Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Spotkamy się w niebie

Kolejka do kuchni polowej jak niegdyś za mięsem na kartki. Hit śniadań i kolacji – pasztet w różnych odmianach. Przenośna umywalnia często tylko z zimną wodą – luksus codziennej kąpieli. Spanie w namiocie na wystającym korzeniu obok chrapiącego kompana – szczyt marzeń.

Adam Trejgel na Przystanku stawił się po raz trzeci. – Bogu niech będą dzięki za ten czas łaski – mówi. – Żadne niedogodności nie są w stanie przysłonić najpiękniejszych przeżyć, czyli niesienia Dobrej Nowiny innym ludziom. Adam, mimo że od wyjazdu z Kostrzyna minęło już trochę czasu, ciągle jest pod wrażeniem dziewczyny, która opowiedziała mu historię swojego życia. – Kiedy usłyszałem o jej kilku próbach samobójczych i problemach rodzinnych, wzruszyłem się do łez. Usłyszałem zaraz słowa: „Niech pan nie płacze, niech pan nie płacze” – pocieszała mnie – ewangelizatora! Codziennie modlę się za tę osobę – dodaje. – Pamiętam też rozmowę z chłopakiem, który na koniec zapytał, czy może mnie uściskać. I tak się żegnaliśmy ze trzy razy. Mam nadzieję, że go kiedyś spotkam w niebie – mówi.

Zafascynowani Jezusem

Olga, studentka Uniwersytetu Przyrodniczego, po raz pierwszy w tym roku wybrała się na Przystanek Woodstock. – Trochę z ciekawości, ale także by posłuchać dobrej muzyki – opowiada. – Jestem wierząca, ale chodzić do kościoła nie lubię, a czas tam spędziłam jednak głównie w okolicach białego krzyża. I wcale nie dlatego, że muzyka mi się nie podobała. Woodstockowych ludzi dobrze znam, bo tacy są moi przyjaciele. Natomiast ci z Przystanku Jezus byli dla mnie niesamowitym odkryciem. Na razie jestem oszołomiona ich zafascynowaniem Jezusem. Niektórych moich znajomych to śmieszy. Mnie nie. Ciągle analizuję to, co tam usłyszałam – dodaje. Pewnie nie tylko ona. Paweł Dylon z Lublina był w grupie ewangelizatorów. – Po raz pierwszy brałem udział w ewangelizacji na tak szeroką skalę – wspomina. – To, co zobaczyłem i usłyszałem, utwierdziło mnie w przekonaniu jak bardzo w dzisiejszym świecie potrzebna jest taka forma docierania do młodego człowieka. Wszystkie spotkania i rozmowy, które odbyłem pokazały mi, jak bardzo ludzie są poranieni, samotni. Często za całe zło, które ich spotkało, obwiniają Boga. Wiele z tych osób najbardziej potrzebuje, żeby ktoś ich po prostu wysłuchał i zaakceptował ich takich jakimi są – mówi.

Irokez pod krzyżem

Zbyszko Stojanowski-Han mieszka w Lublinie. Wakacje zazwyczaj spędza w rodzinnych stronach w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Jak opowiada, nigdy do tej pory nie uczestniczył w Przystanku Jezus, mimo że ma tak blisko. – W tym roku bardzo chciałem tam pojechać – mówi – szczególnie, że byłem świeżo po kursie ewangelizacyjnym św. Pawła. Niestety nie zarejestrowałem się na przystankowego ewangelizatora, czego bardzo żało- wałem. – Pojechałem do Kostrzyna zaledwie na parę godzin – opowiada. – Pośród morza ludzi, którzy byli dosłownie wszędzie, zauważyłem wysoki biały krzyż, co oznaczało, że wokół niego jest baza Przystanku Jezus. Wiedziałem, gdzie iść. Było akurat tuż przed 15.00, co oznaczało godzinę, w której ewangelizatorzy schodzili się z pola woodstockowego pod krzyż, by odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Na miejscu zobaczyłem scenę, na której młodzież ewangelizowała przez śpiew, taniec, pantomimę, dyskusję czy obraz. Na całym placu, zarówno pod sceną, wokół krzyża, jak i pod specjalnie rozstawionym namiotem, byli ewangelizatorzy. Morze ewangelizacji – śmieje się Zbyszko. – To było dla mnie jako dla Przystankowego „laika” czymś naprawdę zaskakującym. W pamięci utkwił mi głęboko obraz młodego mężczyzny z irokezem, który stał pod krzyżem ze spuszczoną głową i złożonymi rękoma. Cały był zatopiony w modlitwie. Zdawało się, że nic mu nie jest w stanie przeszkodzić, żaden szum czy hałas płynący ze sceny. Mam nadzieję, że spotkał tam swego Pana, który go zbawił na krzyżu.

Justyna Jarosińska

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy