• facebook
  • rss
  • W Częstoborowicach jak w rodzinie

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 38/2012

    dodane 20.09.2012 00:15

    Wymarzony Dom Młodych. Był stary i zrujnowany, na podłogach leżał gruz. Okna trzymały się w futrynach na słowo honoru i nie było kanalizacji. Dziś obchodzi 15-lecie swojego istnienia.

    Piotr Kaczyński do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży dołączył w 1992 r. – Najpierw poszedłem na pielgrzymkę – opowiada. – Potem wciągnąłem się w różne działania KSM-u. Rozmawialiśmy o rzeczach ważnych. Spotykaliśmy się w wielu miejscach. Ciągle brakowało jednak tego jednego, jedynego, gdzie można by było czuć się jak u siebie. Marzyliśmy o domu. Wszędzie go szukaliśmy. Bożena Kaczyńska, żona Piotrka, wyrosła z puławskiego KSM. – Pamiętam Święto Młodzieży w Łęcznej w 1995 roku. Budowaliśmy wtedy taki dom – makietę. Każdy oddział KSM przynosił wielką tekturową cegłę. Na niej wypisana była wartość: przyjaźń, miłość, prawda, wolność. Z tych cegieł powstał dom. Dach zrobiliśmy z folii. Nazwaliśmy go Wymarzony Dom Młodych. Postanowiliśmy szukać takiego domu, który istniałby naprawdę.

    Śrubki, rurki i 20 kolanek

    W 1997 r. Piotr był w zarządzie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. – Siedzieliśmy w kawiarence przy kościele na Czubach – wspomina. – Wszedł ksiądz Mietek Puzewicz. Wyjął zdjęcie. Na nim była stara rozwalająca się plebania w Częstoborowicach. Musieliśmy podjąć decyzję, czy chcemy ją wyremontować. Jeśli tak, będzie nasza. To było to! Byliśmy szczęśliwi, w euforii, dopóki nie pojechaliśmy jej zobaczyć… Częstoborowicka plebania okazała się kompletną ruiną. Ale młodych poszukiwaczy domu to nie zniechęciło. – Pojechaliśmy na pierwszą tzw. wizję lokalną. Na początku byliśmy nieco zaskoczeni, bo na środku domu zastaliśmy kupę gruzu, rozpadające się okna i wylewające szambo – mówi Piotr. – Nie zraziło nas to jednak, bo jeśli Pan Bóg stawia coś przed nami, a my jesteśmy gotowi, by to wziąć w swoje ręce, to Pan Bóg temu błogosławi. Trzeba tylko otwartości – dodaje Bożena. KSM-owcy byli otwarci. Mieli po 16, 17 lat. Wzięli na swoje barki odpowiedzialność za odremontowanie budynku, zdobycie na to pieniędzy, pozyskanie sponsorów. To była prawdziwie wielka logistyka. Każdy z młodych miał przydzielone jakieś ważne zadanie. – Pamiętam, była taka lista, trzeba było zdobyć 20 kolanek, ileś śrubek, rurek, płytek, toalet – opowiada Bożena. – Potrzebne były meble. Podzieliliśmy się tak, że każdy szukał czegoś innego. Trochę pomagali nam rodzice, jeśli znali się na remontach. Pomagali nam także miejscowi ludzie. My w zamian za ich pomoc pracowaliśmy przy żniwach. Cieszyliśmy się dosłownie wszystkim.

    Nocleg na stole

    Dom w Częstoborowicach z dnia na dzień nabierał wyglądu i dzięki obecności młodych – także ducha. Jak to bywa przy remontach, nie obyło się jednak bez różnego rodzaju wpadek. – Kolega przygotował mi w wiaderku zaprawę murarską – opowiada Piotrek. – Po raz pierwszy miałem w ręku kielnię. Rzuciłem zaprawę na ścianę i ze zdziwieniem stwierdziłem, że się trzyma, drugi raz też. Niestety, tak jak rzucałem, tak od razu zastygało. Kolega pomylił proporcje. Rozprowadzić się już tego nie dało. Trzeba było skuwać. Innym razem zabraliśmy się za lakierowanie podłogi. We wszystkich pomieszczeniach naraz. Okazało się, że zeszliśmy się w jadalni i tam już trzeba było zostać. Spaliśmy na jadalnianych długich i wąskich stołach, czekając, aż lakier wyschnie. Człowiek uczy się na błędach. Jak opowiadają twórcy Wymarzonego Domu Młodych, każda z jego sal miała oddzielną ciekawą historię lub charakterystykę. – W pierwsze wakacje w jednym z pomieszczeń, gdzie spaliśmy, co tydzień w niedzielę pojawiał się, nie wiadomo skąd, grzyb. Taki zwykły, który można spotkać na trawie czy w lesie – opowiada Bożena. W innej sali rosło drzewo. Duże, liściaste. Trzeba było specjalnego sprzętu, żeby je usunąć. – A w jeszcze innej – dodaje Piotr – był jedyny w okolicy zasięg telefonii komórkowej. Telefon też mieliśmy jeden – księdza Mietka. Sali kominkowej jakoś nigdy nie mogliśmy doprowadzić do porządku, bo jak już wszystko było dobrze, to jakaś rurka pękła i od nowa całość trzeba było robić.

    Dom to skarb

    Tymczasem młodym działaczom KSM udało się znaleźć hymn domu. To była piosenka zespołu Manitou „Ciągle szukam swego domu”. Wymarzony dom stał się nie tylko budynkiem, do którego można było przyjeżdżać. To byli konkretni ludzie, którzy się w niego angażowali, historie, które się tam rozgrywały. Najpierw odbywały się spotkania weekendowe, potem dłuższe cztero-, pięciodniowe dla młodzieży KSM-owskiej z całej Lubelszczyzny. Były modlitwa, rozmowy do rana, koncerty.

    – Kiedy zacząłem przyjeżdżać do Częstoborowic, to miejsce stało się dla mnie drugim domem, do którego chętnie, jako członek KSM, potem jako prezes, a później jako kleryk na studiach wracałem – mówi ksiądz Piotr Iracki. – Cały KSM stał się dla mnie miejscem odkrywania swojego powołania. Teraz chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden dom, tam za murem. Kościół parafialny Świętych Apostołów Piotra i Pawła z obrazem Matki Bożej Zwycięskiej stał się domem modlitwy i uzupełnieniem tego domu, który jest tutaj. Tu, w Częstoborowicach, po raz pierwszy uczyłem się medytacji Pisma Świętego. Wiem, że często w domu rodzinnym młodzi ludzie nie czują się sobą, nie czują się kochani, akceptowani, nie mają swojego miejsca. Czasami są problemy alkoholowe. Okazuje się, że mieć dom to wielki skarb nie tylko w wymiarze widzialnym, ale też w wymiarze duchowym. Teraz rozumiem potrzebę istnienia Wymarzonego Domu Młodych.

    Sposób na życie

    Dom w Częstoborowicach na początku był domem otwartym. Piotr Kaczyński mieszkał w nim przez całe wakacje i ferie. – Każdy mógł tu przyjechać i stąd wyjechać, kiedy chciał – opowiada Bożena. – Nie trzeba się było rejestrować. Dziś także każdy tu przyjeżdża ze swoimi problemami i radościami. Młodzi świętują urodziny i ważne wydarzenia. Wychodzą z różnych rodzin i tutaj też kształtują w sobie obraz rodziny, którą będą tworzyć w przyszłości. Jak opowiadają współtwórcy Wymarzonego Domu, w Częstoborowicach od zawsze można było się nauczyć bycia w rodzinie, przez dostosowywanie się do siebie, hartowanie. Ci, którzy go budowali, zarówno od strony materialnej, jak i duchowej, aktualnie tworzą swoje domy, swoje rodziny. Choć dla wszystkich skończył się już beztroski czas KSM-u i każdy poszedł swoją drogą, jak mówi Magda Lenart, prezes KSM ósmej kadencji, w telefonach mają ciągle listę osób, do których zawsze można zadzwonić i na które zawsze można liczyć. – Bo KSM nie jest chwilą, to sposób na całe życie – dodaje Piotr Kaczyński. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół