• facebook
  • rss
  • Zabrakło dwóch godzin

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 39/2012

    dodane 27.09.2012 00:15

    Historia. Był spakowany. Wystarczyło wsiąść na rower i udawać, że właśnie jedzie na wakacje. Był rok 1944. Czekał do szóstej rano, by skończyła się godzina policyjna. O czwartej jednak rozległ się łomot do drzwi. Od tamtej pory losy Tadeusza Responda są nieznane.

    Tadek był przystojny. Oglądały się za nim dziewczęta, chętnie dawały mu swoje zdjęcia. Niemal wszystkie z dedykacją: „Tadzikowi, żebyś o mnie nie zapomniał”. Dziś te zdjęcia przegląda jego siostra, odtwarzając w pamięci swego 11 lat starszego brata, którego ostatni raz widziała latem 1944 roku. – Rodzice długo łudzili się, że brat żyje. Jeszcze kilka lat po wojnie zdarzało się, że ktoś mówił, że widział go na Zachodzie czy słyszał, że szuka rodziny przez Czerwony Krzyż. Wszystkie ślady okazywały się jednak fałszywe i coraz więcej wskazywało na to, że niemal w ostatnim dniu pobytu Niemców w Lublinie Tadeusz został zamordowany – mówi Danuta Pietras, najmłodsza z czworga rodzeństwa Respondów.

    Przed wojną

    Zapowiadało się piękne lato. Tadek i jego koledzy właśnie zdali maturę. Byli młodzi, dorośli, pełni planów. O wojnie się mówiło, ale wszyscy mieli nadzieję, że do niej nie dojdzie. Nawet kiedy chłopcy dostali wezwanie na szkolenie wojskowe, myśleli, że będą to tylko ćwiczenia. Tadek i jego przyjaciele mieli stawić się w jednym z obozów szkoleniowych na Litwie. Tam zastała ich wojna. Nie zdążyli nawet podjąć walki, zostali internowani. Z korespondencji i fotografii, które zachowały się wśród rodzinnych pamiątek, wynika, że obóz internowania nie był ciężki. Jego członkowie zostali robotnikami przymusowymi w okolicznych litewskich majątkach. – Robiąc porządki, natknęłam się na zdjęcia brata z tamtego okresu, które przysyłał rodzicom. Na wielu jest w grupie swoich rówieśników bądź z jakimiś ludźmi, prawdopodobnie gospodarzami, u których pracował. Każde ze zdjęć opatrzone jest jakimś sympatycznym podpisem brata. Wnioskuję z tego, że polskie rodziny, które tam miały swoje posiadłości, brały do siebie młodych internowanych Polaków jako robotników, ale w rzeczywistości po prostu ich wspierały – mówi pani Danuta. Sytuacja zmieniła się w 1941 roku, kiedy to Związek Radziecki i Niemcy znaleźli się w stanie wojny. Wtedy wielu Polaków internowanych na Litwie postanowiło zaryzykować i wrócić w rodzinne strony. Tadek był jednym z nich.

    Niespodziewany gość

    To było przed Bożym Narodzeniem 1941 roku. Niemcy czuli się panami świata. Wydawało się, że w Lublinie zadomowili się na dobre. Zaczynał właśnie działać obóz koncentracyjny na Majdanku, a straszne wieści o tym, co tam się dzieje, lotem błyskawicy rozchodziły się wśród mieszkańców. Na zamku działało więzienie, do którego każdy mógł trafić z ulicy. Stamtąd droga na Majdanek była już prosta. Ludzie żyli w nieustającym lęku. Dlatego gdy któregoś dnia rozległo się niespodziewane pukanie do drzwi, wszyscy w rodzinie Respondów zamarli. – Pamiętam, jak ojciec poszedł otworzyć drzwi. Długo nic nie było słychać, aż w końcu usłyszeliśmy: „tatuś mnie nie poznaje”. To Tadzik przedostał się z Litwy do Lublina. Wszyscy płakaliśmy ze szczęścia – wspomina pani Danusia. Niestety, jako zbieg z obozu internowania nie miał żadnych dokumentów. Oznaczało to, że nie może wychodzić z domu, gdyż każda niemiecka kontrola, jakich na ulicy nie brakowało, oznaczała dla niego więzienie na zamku, a może i Majdanek. Brak dokumentów oznaczał także brak możliwości podjęcia pracy. – Jedna z moich starszych sióstr była już wtedy mężatką i mieszkała we wsi Jedlnia koło Radomia. Nie wiem, jakim sposobem Tadeuszowi udało się dotrzeć do niej na początku 1942 roku. Tam z pomocą siostry i szwagra wyrobiono mu dokumenty. Mógł więc już legalnie przebywać w Lublinie i zacząć szukać pracy – opowiada pani Danuta.

    Zwerbowany do AK

    Znalazł pracę w magistracie, w wydziale ogólnym, gdzie między innymi przechowywane były dane adresowe mieszkańców. Do pracowników tego wydziału zwracali się Niemcy z żądaniem ustalenia adresu osoby, którą planowano aresztować. Szef wydziału był członkiem AK. Szybko się zorientował, że Tadeusza można wciągnąć do organizacji. Tak się stało. Jego zadaniem było między innymi ostrzeganie Polaków, po których adresy zgłaszali się Niemcy. – Nie wiem, co jeszcze brat robił, bo wszystko było tajne i rodzina nigdy nie miała na ten temat informacji. Rodzice domyślali się, że Tadek działa w podziemiu, ale ja jako 10-latka nie byłam w nic wtajemniczona. Pamiętam tylko rozmowy rodziców, którzy martwili się o syna, ale nigdy nie zabraniali mu pracy dla podziemnej Polski. Myślę, że byli z Tadzia dumni, choć drżeli o jego życie – mówi pani Danusia. Na początku 1944 roku była w Lublinie jakaś wielka wsypa. Wielu działaczy AK zostało aresztowanych i rozstrzelanych. Odbyła się nawet publiczna egzekucja. – Brat wiedział, że pali mu się grunt pod nogami. Niemcy nie czuli się już pewnie, front zbliżał się do Lublina, więc nie szukali dowodów obciążających. Aresztowali i rozstrzeliwali podejrzanych. Dlatego Tadeusz postanowił uciekać z Lublina. Był lipiec, więc złożył w pracy oficjalne podanie o urlop. Powiedział mamie, że musi opuścić miasto, a gdyby ktoś go szukał, rodzina ma mówić, że wyjechał na wakacje. Wiem, że mama spakowała mu wtedy jakąś zmianę bielizny i jedzenie. Tadek naszykował rower do dłuższej podróży. Miał wyruszyć koło 6 rano, jak tylko skończy się godzina policyjna. O czwartej jednak Niemcy wtargnęli do naszego mieszkania i aresztowali brata. Wtedy rodzina widziała go ostatni raz – wspomina pani Danusia.

    Nieznany los

    Tadeusz trafił na zamek. Jego nazwisko figuruje wśród więźniów tam przetrzymywanych.

    Kup wydanie papierowe lub e-wydanie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół