• facebook
  • rss
  • Nie chcieliśmy oddać wolności

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 50/2012

    dodane 13.12.2012 00:15

    Stan wojenny. Najgorszy był odgłos czołgów jadących ulicami Lublina. Wtedy rzeczywiście rodził się gdzieś w człowieku lęk. Nie wiedzieliśmy, jak to się skończy. Liczyłem się nawet z tym, że mogą nas zastrzelić.

    Zima była mroźna. Śnieg przykrywał Lublin, do tego siarczysty mróz. W kraju było niespokojnie. Od listopada przez całą Polskę przelewała się fala studenckich strajków. Był to znak protestu wobec zmian ustawy o szkolnictwie wyższym i mianowania przez władze PRL rektora w Radomiu. Środowiska akademickie były oburzone taką ingerencją w wewnętrzne sprawy uczelni. Lubelscy studenci dołączyli do kolegów z innych miast, rozpoczynając strajk. Zajęcia akademickie zostały zawieszone. Hubert Pietras był wtedy na II roku biologii UMCS. – Dla nas, studentów, ale także dla wielu pracowników naukowych, nie do przyjęcia było zachowanie władz. Do strajku nikt nas nie namawiał. Sami chcieliśmy pokazać, że nie zgadzamy się na takie postępowanie. Paradoksalnie tą decyzją władze zamiast ograniczyć swobodę na uczelniach, wywołały powiew wolności. Nie było normalnych zajęć, ale wykładowcy przygotowywali dla nas wykłady, jakich nie było w programie. Mówili nam o prawdziwej historii Polski, o sprawach, jakie były ukrywane przez władze. Miałem wrażenie, że strajkując, zaczęliśmy jakby głębiej oddychać, poczuliśmy się wolni – mówi Hubert Pietras.

    Kiedy na rozkaz władz oddziały ZOMO zaatakowały strajkujących studentów z Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie, nie tylko studenci, ale wielu ludzi w całym kraju zdało sobie sprawę, że władza gotowa jest do rozwiązań siłowych. Na uczelniach strajk zakończono, dochodząc do wniosku, że cel został osiągnięty i dalszy protest nie ma sensu. – Na UMCS strajk zakończył się w czwartek 10 grudnia. Uznaliśmy, że swoim zachowaniem wyraźnie pokazaliśmy, że nie zgadzamy się na takie rozwiązania, a przy okazji zmieniła się mentalność ludzi. Wielu z nas, studentów, poznało, co znaczy czuć się wolnym. To dawało nadzieję, że kiedyś wszyscy w Polsce będą doświadczali życia w wolności – mówi Hubert.

    Nocna taksówka

    W czwartek po zakończeniu strajku studenci rozeszli się do domów i akademików. Wciąż jednak żyli wydarzeniami, w których przez ostatnie tygodnie uczestniczyli. Ci zaangażowani w działalność solidarnościową, sprzątali jeszcze po strajku i uważnie nasłuchiwali informacji płynących z różnych źródeł. Przed północą 12 grudnia 1981 roku osoby wracające z miasta do akademika przekazywały informacje o wzmożonym ruchu milicji na ulicach Lublina. Wkrótce dotarła wiadomość o tym, że rozpoczęły się aresztowania działaczy „Solidarności”. Głuche zrobiły się telefony. To było potwierdzeniem, że coś się dzieje i trzeba ostrzec ludzi. Dzięki pomocy jednego z lubelskich taksówkarzy studenci ruszyli od domu do domu działaczy solidarnościowych, by ich powiadomić o grożącym im niebezpieczeństwie. – Jeździliśmy taksówką pod znane nam adresy. Udało się nam uchronić kilka osób przed internowaniem. Nasza nocna taksówka stała się samochodem operacyjnym spieszącym na ratunek. Nie do wszystkich udało się nam dotrzeć na czas.

    Niedziela w Chatce Żaka

    Hubert Pietras w niedzielę wstał jak zwykle i poszedł do Chatki Żaka. – To było takie nasze studenckie centrum. Po zakończeniu strajku na uczelniach tam się spotykaliśmy. Nie wiedziałem, że jest stan wojenny. Poszedłem zwyczajnie zorientować się w sytuacji – wspomina. Na miejscu dowiedział się, co się dzieje. – Atmosfera była gorąca i napięta. Ludzie byli odcięci od wszelkich źródeł informacji. Jedyny komunikat, jaki był przekazywany przez oficjalne media, to fakt wprowadzenia stanu wojennego. Wywiesiliśmy więc na zewnątrz Chatki Żaka megafon, przez który podawaliśmy bez przerwy zebrane przez nas informacje. Informowaliśmy o zniszczeniu siedziby Zarządu Regionu „Solidarności” i o aresztowaniach działaczy – wspomina Hubert. Mieszkańcy Lublina przez całą niedzielę przychodzili pod Chatkę Żaka, by słuchać informacji. To było jedyne miejsce w Lublinie, gdzie ktoś do ludzi mówił o tym, co się dzieje. O dziwo, milicja nie interweniowała i megafon nadawał przez cały dzień. – Wprowadzenie stanu wojennego było dla nas faktem, którego nie mogliśmy zaakceptować. Nawet przewodniczący Socjalistycznego Związku Studentów Polskich uznał, że władza przesadziła i oddał do naszej dyspozycji powielacz. Zaraz zaczęliśmy druk ulotek z informacjami o tym, co się wydarzyło. Całą niedzielę drukowaliśmy i roznosiliśmy ulotki po Lublinie. Ludzie chętnie je brali. Dawaliśmy nawet żołnierzom, którzy też je czytali – mówi Hubert.

    Strajkujący Lublin

    W niedzielę wieczorem studenci zdecydowali się przenieść ze swoim centrum do jednego z akademików w miasteczku akademickim. – Zajęliśmy „Feminę”. Przenieśliśmy tam powielacz i zaczęliśmy strajk na znak protestu przeciw wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wiedzieliśmy, że krzyżujemy tą decyzją plany władz, które chciały w akademikach zakwaterować oddziały ZOMO – wspomina Hubert. Strajk trwał już także w wielu lubelskich zakładach pracy. – Nie godziliśmy się z zaistniałą sytuacją, wiedzieliśmy jednak, że sprzeciwiając się władzy, narażamy się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Na mnie największe wrażenie robił odgłos czołgów jadących ulicami Lublina. Drżała cała ziemia. Wtedy stan wojenny nabierał realnego kształtu wojny. Docierało do mnie, że za druk ulotek i roznoszenie ich po mieście grozi mi niebezpieczeństwo. Bałem się, pewnie jak każdy, ale czułem, że muszę przeciwstawić się złu – mówi Hubert. Sytuacja się pogarszała. Propaganda w telewizji i radiu, zastraszająca społeczeństwo i oskarżająca o zaistniałą sytuację „Solidarność”, robiła swoje. Studenci spoza Lublina zdecydowali się w większości wrócić do swoich rodzinnych domów, obawiając się represji. Na miejscu została nieliczna grupa strajkujących studentów. – Wtedy postanowiliśmy dołączyć się do strajku w Lubelskich Zakładach Naprawy Samochodów. Zabraliśmy nasze rzeczy z „Feminy” i przenieśliśmy się na ulicę Droga Męczenników Majdanka, gdzie mieściły się zakłady – wspomina Hubert. Po opuszczeniu akademika przez studentów wtargnęły tam oddziały milicji i ZOMO. Studenci, którzy tam zostali, pakując swoje rzeczy, zostali spałowani.

    Wraz z robotnikami

    Robotnicy chętnie przyjęli studentów. – Wspieraliśmy się wzajemnie. My wciąż drukowaliśmy ulotki informujące o sytuacji w wielu strajkujących zakładach i zachęcaliśmy ludzi do oporu. Początkowo stałem za powielaczem, ale pomyślałem sobie, że to zbyt mały wkład w stawianie oporu władzy, więc zacząłem rozdawać ulotki na ulicach. Sytuacja znacznie różniła się od niedzielnej, choć minęły zaledwie 2–3 dni. Ludzie teraz niechętnie brali ulotki. Myśmy się jednak tym nie zrażali, wiedząc, jaka jest prawda – mówi Hubert Pietras. Na duchu podtrzymywała nas Msza św., którą codziennie odprawiał dla nas ks. Mieczysław Brzozowski w hali fabrycznej na masce autobusu, a radiowęzeł stale nadawał piosenki niepokorne. LZNS strajkował do czwartku. Wtedy pod zakład podjechały czołgi, wyważono bramę. Pod budynkiem ustawił się szpaler ZOMO-wców z pałkami w tzw. ścieżkę zdrowia. Wszyscy wychodzący musieli przejść pomiędzy funkcjonariuszami, obrywając z każdej strony pałką. Wielki mróz sprawiał, że ludzie byli grubo i ciepło ubrani, co uratowało ich przed dotkliwym pobiciem. Studenci opuścili LZNS wraz z robotnikami, zostawiając w zakładach wiele swoich osobistych rzeczy. I choć wtedy wydawało się, że przegrali, dziś wiedzą, że przyczynili się do odzyskania przez Polskę wolności.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół