• facebook
  • rss
  • Trędowaci pod Kilimandżaro

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 04/2013

    dodane 24.01.2013 00:15

    W wielkim mieście Arusha u stóp góry Kilimandżaro ich jest równie dużo jak turystów. Czasami na swoich kikutach zamiast stóp wędrują kilka tygodni, by zająć jedno z miejsc na głównej ulicy miasta. Dobre miejsce to szansa na przeżycie.

    Według założeń Światowej Organizacji Zdrowia trąd miał zniknąć z powierzchni ziemi do 2000 roku. Tymczasem problem nie tylko nie został rozwiązany, ale się pogłębia. W wielu miejscach na świecie trędowatych nie stać na leczenie. Żeby zatrzymać postęp choroby, trzeba wykupić antybiotyk o wartości 30 zł. Żeby chorobę całkowicie wyleczyć, potrzeba około 120 złotych. – Dla nas, Polaków, to nie są duże pieniądze, ale dla biednych z Afryki czy Indii to kwoty ogromne. Od kilku lat zbieramy pieniądze na rzecz ośrodków dla trędowatych w różnych częściach świata i ku mojemu nieustannemu zaskoczeniu i radości Lublin zawsze znajduje się w czołówce pod względem zebranych funduszy – mówi s. Cecylia Bachalska, misjonarka Afryki.

    Wykluczeni

    Kiedy zdecydowała się zostać misjonarką, była już z wykształcenia pielęgniarką. Wiedziała, że wyjazd na misje oznaczać będzie także spotykanie trędowatych. – Pierwszy raz zetknęłam się z chorymi na południu Tanzanii. Wiedziałam tylko tyle, że trądem można zarazić się przez krew lub ślinę, podobnie jak znaną w Polsce gruźlicą. Dopiero kiedy w szpitalu, w którym pracowałam, zaczęli zgłaszać się do mnie trędowaci, zaczęłam uczyć się tej choroby – opowiada s. Cecylia. Pamięta swoje pierwsze dni pracy. Pod drzewem na dziedzińcu szpitala czekali jacyś ludzie. Domyślała się, że to chorzy, ale nie miała pewności, bo przepuszczali w kolejce wszystkich, którzy zgłaszali się po nich czy to z malarią, czy z jakąś inną dolegliwością. – Dopiero kiedy już udzieliliśmy pomocy wszystkim, oni na końcu podchodzili do nas – opowiada. Okazało się, że to trędowaci. Nie było pisanego żadnego prawa, które nakazywałoby trędowatemu przepuścić w kolejce innych chorych. Oni sami, wstydząc się swojej choroby, postawili się na marginesie. – W różnych krajach jest różnie, jeśli chodzi o prawa trędowatych. W Tanzanii, gdzie trąd jest niestety bardzo popularny, ludzie wiedzą, jak można się zarazić, i raczej nie odrzucają chorych, choć i z tym bywa różnie. Natomiast w Malezji rząd uznał, że walka z trądem została wygrana i choroby już nie ma. Tymczasem wciąż zdarzają się przypadki zachorowań, których nie ma jak leczyć, bo w wykazie malezyjskich chorób trąd nie występuje – mówią misjonarki.

    U stóp góry

    Arusha to ogromne miasto, gdzie jak rzadko w Afryce można spotkać wielu turystów. Przyciąga ich góra, u stóp której położna jest Arusha. To Kilimandżaro. Jedni przyjeżdżają, by podziwiać ją z daleka, inni aklimatyzują się, szukają miejscowych przewodników i ruszają na szczyt. To turyści przyciągają tutaj trędowatych nawet z bardzo odległych części Tanzanii. Chorzy zajmują swoje miejsca bądź przy głównej ulicy, bądź na uliczkach prowadzących w stronę szczytu i pokazują swoje rany lub zdeformowane dłonie, ręce, twarze, licząc na jakiś datek. To, co uda się im użebrać, skrzętnie chowają, by mieć potem za co żyć. Trędowaci to niejedyni żebracy w Arusha. Na hojność turystów liczy tu każdy. Zdarza się, że uliczne bandy napadają na trędowatych, by ukraść im to, co dostali. – Po pracy w szpitalu często szłam odwiedzać trędowatych na ulicach. Tym, którzy nie mogli dotrzeć do szpitala, nosiłam leki, potrzebującym zmieniałam opatrunki. Pewnego razu poprosili mnie, bym przechowała ich pieniądze, bo boją się napadu. Od tamtej pory byłam nie tylko pielęgniarką i siostrą zakonną, ale ich bankiem, gdzie mogli bezpiecznie zostawić użebrane grosze – opowiada s. Cecylia.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół