• facebook
  • rss
  • Bezpieka użyła broni

    dodane 13.06.2013 00:15

    Jest jednym z nielicznych pamiętających dramatyczne wydarzenia, które rozegrały się zaraz po wejściu Armii Czerwonej w lipcu 1944 roku. Miał wtedy 9 lat, ale to, co zobaczył, na zawsze zostało mu w pamięci.

    Jerzy Szkutnicki mieszkał w Janiszowie, małej wiosce położonej 3 km od Wisły na trasie Opole Lubelskie–Piotrawin. Wioska należała wówczas do powiatu puławskiego. W czasie okupacji niemieckiej była to silna placówka Armii Krajowej. Pierwsze jednostki Armii Czerwonej weszły na ten teren 26 lipca 1944 roku. Żołnierze rozlokowali się w domach i w tzw. ziemiankach, a w pobliskim zagajniku ustawiła się bateria artylerii ciężkiej. Wraz z wojskiem frontowym przybyły formacje NKWD. – Pamiętam ciemnoniebieski kolor otoków i gwiazdy na uprzężach koni – wspomina pan Jerzy. Już w ostatnich dwóch dniach lipca oddziały NKWD, znające nazwiska i adresy, odnalazły i schwytały większość miejscowych żołnierzy AK, którzy nie stawiali oporu. Zostali przewiezieni do poniemieckiego obozu „Majdanek” w Lublinie. Dowódca drużyny Michał Szkutnicki „Grzmot” i jego zastępca Bolesław Strachacki „Bór” znaleźli się pod nadzorem, a pozostałych umieszczono na strzeżonym, ale otwartym polu, otoczonym drutem kolczastym. Ci słabiej pilnowani pod osłoną nocy, korzystając z ogólnego bałaganu, wykonali podkop pod drutem w dolinie rowu odwadniającego i uciekli z obozu. Skorzystali z pomocy okolicznych mieszkańców i dotarli najpierw do swoich domów, a następnie chronili się w różnych kryjówkach. Niektórzy nie cieszyli się długo wolnością, dowódcy zaś zostali niebawem wywiezieni w głąb Rosji.

    Bez litości

    19 marca 1945 roku pojawił się w Janiszowie uzbrojony, polski oddział milicji i sił bezpieczeństwa. Otoczono wieś, poszukując ukrywających się zbiegów. Udało im się pojmać 37-letniego Mieczysława Sochalskiego. Świadkiem tych wydarzeń był Stanisław Strawa. Mieczysław Sochalski został doprowadzony na jego podwórko i pozostawiony pod strażą. Pozostali ubecy rozbiegli się, licząc, że schwytają innych. Mieczysław postanowił ratować się ucieczką, zaczął biec w kierunku pobliskiego zagajnika. Pilnujący go ubek otworzył ogień i zranił go w nogi. Mieczysław upadł i kiedy ubek podbiegł do niego, ranny podniósł ręce do góry. Nie wiadomo, czy prosił, aby nie strzelać, czy też odruchowo się osłaniał. Ubek bez wahania przeszył go serią z karabinu maszynowego. Mieczysław Sochalski pozostawił żonę Anielę i kilkuletnią córkę Krysię. Bezpieka po „wykonaniu zadania”, nie znalazłszy żadnego z żołnierzy AK, odjechała. Sąsiedzi przynieśli ciało zamordowanego i ułożyli na podwórku. – Do dziś pamiętam na jego piersi krwawe ślady serii kul, niczym korale. Żona Aniela spazmowała, dziecko płakało, a mama staruszka rzuciła się na ciało syna i zemdlała. Panowało ogólne przerażenie i zgroza. Mieszkańcy nie widzieli czegoś takiego w czasie okupacji niemieckiej – opowiada pan Jerzy.

    Nie do wiary

    Kolejną tragedią, która wstrząsnęła Janiszowem, było zabójstwo trzech żołnierzy AK dokonane przez funkcjonariuszy byłego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach. W nocy z 15 na 16 listopada 1945 roku oddział ubeków uzbrojonych w broń automatyczną wtargnął do domów i uprowadził żołnierzy AK. Byli to: Wacław Kręcisz, Ignacy Łach i Stanisław Stola. Zaprowadzili pojmanych do lasu około dwóch km od ich mieszkań i dokonali egzekucji. Zwłoki zakopali i zamaskowali to miejsce. Wczesnym rankiem 16 listopada rodziny rozpoczęły poszukiwania krewnych. Wielką determinację wykazały siostry zamordowanych Lucyna Kręcisz i Kunegunda Stefanek. Przekazały one swoje podejrzenia na posterunku milicji w Opolu Lubelskim, gdzie niechętnie i z niedowierzaniem przyjęto doniesienie. Poszukiwania mimo wszystko trwały. Na podstawie różnych informacji o odgłosach strzałów z pobliskiego lasu i o spostrzeżonej tam grupie umundurowanych uzbrojonych mężczyzn odnaleziono miejsce z rozrzuconymi łuskami i śladami krwi. Zawiadomiono ponownie milicję, skąd otrzymano polecenie, aby czekać na przyjazd prokuratora i lekarza. Przyjechał jednak tylko lekarz, który nakazał wydobycie zwłok i stwierdził, że jeden z zamordowanych zginął na miejscu, a dwóch pozostałych najprawdopodobniej zakopano rannych, ale jeszcze żywych. – Pamiętam także ułożone na ziemi, oblepione piaskiem i krwią ciało Wacława Kręcisza. Płacz i rozpacz towarzyszyły przygotowywaniu pogrzebów. Wystraszeni mieszkańcy pytali się między sobą, co to jest za władza wydająca takie wyroki i kto może być kolejnym zamordowanym? Miałem 9 lat. Nie rozumiałem do końca, co się działo. Dziś wiem, że nie można o takich wydarzeniach zapomnieć, że trzeba o nich dawać świadectwo ku przestrodze przyszłym pokoleniom – podkreśla Jerzy Szkutnicki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół