• facebook
  • rss
  • Dziecko tu nie zginie…

    dodane 20.06.2013 00:15

    – To miejsce dla dzieci, które mają problemy z przyswajaniem wiedzy w zwykłych szkołach 
– mówi dyrektor Beata Michniewicz.

    Mecz między rodzicami a nauczycielami i uczniami niestety przerwał deszcz, jednak to nie przeszkodziło w dalszym świętowaniu. 4 czerwca Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy im. Henryka Sienkiewicza w Świdniku z racji Dnia Rodziny odwiedziło wielu gości. – Jest to idea, która służy integracji dzieci, rodziców, środowiska szkolnego i społeczności Świdnika. Promujemy również szkołę. Rozwieszamy plakaty, rozdajemy zaproszenia, by mieszkańcy miasta mogli przyjść, zobaczyć naszą pracę i nas poznać. W ramach różnych spotkań w tym dniu są prowadzone zajęcia otwarte, w których uczestniczą rodzice, mogący obserwować swoje dzieci,
angażujące się w zajęcia – mówi Elżbieta Krupa, zastępca dyrektora.


    Sukces


    Artur Pinkos, nauczyciel wychowania fizycznego, jest w ośrodku już 20 lat. – Praca w takiej szkole to kwestia pasji i powołania. Wymaga ona wiele serca, cierpliwości, indywidualnego podejścia do każdego ucznia i poświęcenia mu czasu. Tę szkołę od masowych wyróżnia rodzinna atmosfera, której budowaniu służy także Dzień Rodziny – zaznacza.
Nauczyciele, jak wszędzie, muszą pokonywać różne przeszkody i przeciwności. – Najtrudniejsze jest zaakceptowanie monotonii wynikającej z powtarzania pewnych zajęć. Niektórzy uczniowie po prostu nie są w stanie zapamiętać, opanować czynności i trzeba je wykonywać ponownie niemal każdego dnia. Jednak to uczy pokory. Myślę, że ja i wielu moich kolegów, koleżanek już nie podchodzi do tej pracy w ten sposób, by za wszelką cenę osiągnąć sukces pedagogiczny. Może okazać się, że uczeń zmienia się dopiero po wielu latach pracy i wtedy widać owoce – zaznacza pan Artur. Potwierdza to historia wielu absolwentów ośrodka. – Był w naszej szkole pewien uczeń z zespołem Downa, bardzo trudno się z nim pracowało. Uciekał, nie chciał nawiązywać relacji z nauczycielami. Przebywał z nami przez cały okres swojej edukacji i dopiero pod koniec dostrzegliśmy efekty. Stał się fundamentem naszej drużyny piłkarskiej. Teraz, gdy spotyka któregoś z nauczycieli na ulicy, zatrzymuje się, wita, rozmawia. To dla nas duży sukces – opowiada Pinkos.


    Bardzo ważny but


    Wychowankowie ośrodka uczestniczą również w katechezie. – Ksiądz staje się tu jednym z nauczycieli, bo nie tylko przekazuje wiedzę religijną podopiecznym, ale często po prostu włącza się w naukę podstawowych rzeczy, takich jak: wiązanie buta, obsługa komputera, mycie rąk i wiele codziennych czynności – mówi ks. Piotr Mendel, katecheta. Dzieci są przygotowywane do I Komunii św. i bierzmowania. – Trzeba dużo roztropności, cierpliwości, odpowiedniego czasu i bardziej indywidualnego podejścia, żeby przygotować dziecko do zrozumienia i przyjęcia sakramentu – zaznacza katecheta. Uczniowie podczas rodzinnego świętowania i każdego dnia sprawiają wiele radości swoim nauczycielom. – Jeden z moich zawodników na starcie biegu w czasie zawodów zgubił but, który okazał się ważniejszy niż rywalizacja. Pomimo zachęt, by biegł bez niego, zatrzymał się i wrócił po zgubę. Ja z uśmiechem przyjąłem fakt, że szansa na zdobycie pierwszego miejsca przepadła. But okazał się prezentem od mamy – opowiada pan Artur.


    Decyzja rodziców


    Ciągłe reformy edukacji nie omijają również specjalnych ośrodków zajmujących się dziećmi i osobami dotkniętymi różnego rodzaju dysfunkcjami. Nie zawsze jednak sprawdzają się one w praktyce. – Pracuję 32 lata w szkolnictwie, w tym 22 w specjalnym, i myślę, że powinny funkcjonować różne formy kształcenia dzieci ze specjalnymi potrzebami: szkoły integracyjne, specjalne i nowa forma nauczania włączającego, tak by rodzice, znając chorobę swojego dziecka, jak również plusy i minusy wszystkich możliwości, mogli zdecydować o tym, co będzie najlepsze dla ich pociechy – mówi dyrektor. Z różnych powodów społeczeństwo broni się przed szkołami specjalnymi, nazywając je gettami, kształceniem segregacyjnym i wyłączającym. Natomiast wytyczne unijne zmierzają do ich likwidacji. Często rodzice obawiają się takich szkół. Jednak praktyka pokazuje ich siłę i skuteczność. 
– Nie wszystkim dzieciom z deficytami może służyć szkoła masowa, gdzie mamy 700 uczniów i klasy integracyjne czy tzw. nauczanie włączające. Idea indywidualnego podejścia do takiego ucznia może być trudna do realizacji – zaznacza Michniewicz. Najważniejsza okazuje się decyzja rodziców. – Trafiła do nas dziewczynka z upośledzeniem lekkim. Jednak matka, widząc różne dzieci w naszym ośrodku, również te z upośledzeniem głębokim, z oburzeniem mówiła, że z takimi jej córka nie będzie przebywać. Po ciągłych zmianach placówek w końcu ponownie skierowano ją do naszej szkoły, jednak z diagnozą upośledzenia w stopniu znacznym. Przyjęliśmy zalęknioną dziewczynkę, a opuszczała nasze mury już jako osoba bardzo komunikatywna, niemająca problemów z załatwieniem podstawowych spraw w życiu społecznym. Rodzi się tylko pytanie, po co tyle lat niepotrzebnego cierpienia… – mówi pani Beata.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół