• facebook
  • rss
  • Dobrze być katolem

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:00

    – Jak mam doła, biorę różaniec do ręki. Jeśli nie mogę, to w duchu wołam: „Jezu, pomóż!”. To działa i was do tego zachęcam – mówił młodym Muniek Staszczyk z zespołu T.Love podczas Sercańskich Dni Młodych, które odbyły się w Pliszczynie.

    Przyjeżdżają z całej Polski. Zabierają namioty, menażkę na zupę, śpiwór. Niektórzy mają też Pismo Święte, ale nie wszyscy. – Przez 20 lat SDM przewinęło się przez Pliszczyn kilkanaście tysięcy młodych ludzi. Niektórzy przyjechali tu świadomi tego, że chcą się spotkać z Panem Bogiem, inni przypadkiem, bo mieli akurat wolny pierwszy tydzień wakacji albo dostali ulotkę i postanowili sprawdzić, co to jest, albo jakiś kumpel powiedział, że w Pliszczynie pod namiotem można fajnie spędzić czas. Pana Boga nie brali szczególnie pod uwagę. I tutaj nagle, nie wiadomo, skąd, przyszła refleksja, że życie z Panem Bogiem to jest to, czego im brakowało i czego od tej chwili ciągle chcą doświadczać – mówi ks. Jarosław Grzegorczyk, odpowiedzialny za Sercańskie Dni Młodych.

    Tegoroczne, jubileuszowe, bo 20., SDM zgromadziły w Pliszczynie niemal 600 osób. Ogród sercanów zamienił się w wielkie pole namiotowe z kuchnią, kaplicą, miejscem spowiedzi pod drzewem i wieloma miejscami spotkań. – To, co proponujemy młodym ludziom, to spotkanie z Panem Bogiem w normalności. Mamy różnego rodzaju warsztaty, począwszy od plastycznych, muzycznych, przez warsztaty tańca, po rozgrywki sportowe czy kurs pierwszej pomocy. Codzienna Eucharystia i wystawienie Najświętszego Sakramentu przyciągają nie mniejszą liczbę uczestników niż spotkania z gośćmi – gwiazdami, których zapraszamy na nasze spotkania – mówi ks. Jarosław.

    Wierzyć nie znaczy być na haju

    W tym roku jednym z gości był Muniek Staszczyk z T.Love, który mówił młodym, jak Pan Bóg go uratował. – Moje życie było bardzo zakręcone. Było w nim dużo złych, głupich rzeczy. Traciłem poczucie sensu i miałem myśli samobójcze. Wpadałem w takie bagno, z którego myślałem, że nie wyjdę. Nie chodziłem na Mszę, nie mówiąc już o spowiedzi. Czasami w jakimś obcym mieście wchodziłem do kościoła, żeby sobie posiedzieć, ale to tyle. Potem spotkałem na swojej drodze Wojtka, dominikanina, który pożyczył mi książkę pt. „Msza święta”. Najpierw w ogóle nie chciałem do niej zaglądać, kiedy jednak zacząłem czytać, coś się we mnie poruszyło. Chciałem takich książek więcej. Zdecydowałem się też pójść na Mszę świętą, pierwszy raz po jakichś 10 latach. Trochę się bałem, bo myślałem, że wszyscy w kościele będą się na mnie gapić, bo znają mnie z TV. A tu nic. Przeżyłem bardzo Eucharystię. Zaczęło mnie to kręcić, że Bóg jest blisko i że ja się do Niego zbliżam. Poszedłem do spowiedzi. Jechałem na emocjach, że jestem taki nawrócony. Było super, ale nie rozumiałem, że wiara to nie emocje, to nie rodzaj bycia na haju. Kiedy więc emocje opadły, znowu poszedłem na boczne drogi – mówił Muniek.

    Chodzi o wybór

    – Na szczęcie Bóg zawalczył o mnie. Słuchałem Jana Pawła II w 1999 roku i on jakby mówił do mnie. Mówił, że miłość to ciężka walka, że nie przychodzi łatwo i nie zawsze jest przyjemna. Zrozumiałem wtedy, że nie chodzi o emocje, ale o mój wybór. Niektórzy kumple patrzyli na mnie i pytali: „Co ty, katol jesteś?”. A ja odpowiadałem, że nie wstydzę się być katolem. Że to mój wybór i choć daleko mi do doskonałości, próbuję walczyć o moją wiarę. A kiedy mam doła i nie wiem, co dalej, biorę po prostu do ręki różaniec. Kiedy jestem gdzieś, gdzie nie mogę akurat skupić się na Różańcu, wołam w duchu, żeby Jezus mi pomógł. To pomaga – mówił młodym lider T.Love. Młodzi chłoną świadectwa. To one przekonują ich, że można żyć z Panem Bogiem, choć to niepopularna w mediach recepta na udane życie. – W tym roku hasłem SDM były słowa: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Zaczęliśmy od tego, że każda z grup miała przywieźć coś, co kojarzy się im z ich własnym pokojem, takim zwykłym przytulnym miejscem w domu, w którym czują się bezpiecznie. Były różne atrybuty. Jedni przywieźli lampkę nocną, która daje ciepłe światło, inni ukochaną poduszkę, pluszaka czy nawet materac z łóżka. Wyjechali stąd jednak z pokojem w sercu. Umocnieni świadectwami gości i swoimi wzajemnymi. Może te drugie nawet bardziej przemawiały, bo były takie na wyciągnięcie ręki – mówi ks. Jarek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół