• facebook
  • rss
  • Garncarstwo i świętość są dla ludzi

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 31/2013

    dodane 01.08.2013 00:15

    Pasja. W glinie tworzy, odkąd skończył 16 lat. Profesjonalnie zajmuje się tym już lat przeszło 20. Piotr Skiba, garncarz z Jadwisina na Lubelszczyźnie, znany jest w całym kraju.

    Droga do domu garncarza, którego naczynia zagrały w filmie „Quo Vadis”, prowadzi pośród pól, łąk i przydrożnych kapliczek. Posiadłość trudno ominąć, bo zaraz przy wjeździe na drzewie i płocie pozawieszane są wazony, wazy i inne gliniane naczynia w różnych kolorach. Gości wita duży pies w kolorze wypalonej rudej gliny, wesoło machający ogonem. Już po otwarciu drzwi samochodu człowiek czuje się jakby był w zupełnie innym świecie. Niby tylko dwadzieścia kilometrów od Lublina, a klimat iście sielankowy. Pan Piotr zaprasza do swojej pracowni.

    Spokój z gliny

    W niewielkim kamiennym budynku z ubiegłego wieku gwar. Pięć młodych dziewczyn uczy się niełatwego rzemiosła pod okiem mistrza. Maja, która na co dzień mieszka w Krakowie, z zapałem kręci kołem garncarskim i wyciska powietrze z gliny – powietrze to zabójca dla naczyń glinianych – wyjaśnia. Ania spod Piły poprawia wyrzeźbionego w glinie małego konika, ozdobę-uchwyt do pokrywki od cukierniczki. Inne układają zrobione przez siebie naczynia do wyschnięcia. Wszystkie jednocześnie słuchają wykładu pana Piotra, który w praktyczny sposób omawia powstawanie wazy z przykrywką. Trwa jeden z kursów, które Piotr Skiba prowadzi dwa razy w roku. Chętni do nauki ginącego zawodu, jakim jest garncarstwo, przyjeżdżają na podlubelską wieś z całego kraju. Mieszkają w gospodarstwie pana Piotra tydzień, zaprzyjaźniają się z nim i jego rodziną, ucząc się nie tylko idealnego kręcenia kołem i odpowiedniego formowania gliny, ale także przejmując spokój i radość swojego nauczyciela.

    Koło własnej roboty

    – Podczas pracy przy kole garncarskim jest czas na refleksję i zadumę – opowiada garncarz. – Pamiętam swoje wakacje spędzane u dziadków jako małe dziecko. Największym przeżyciem były wyprawy furmanką na pobliski targ. Spośród wielu różnych atrakcji najbardziej ciekawiły mnie gliniane naczynia. Patrzenie na nie i dotykanie ich sprawiało mi dziwną radość, były niezwykle ciepłe. Zrządzeniem losu, gdy skończyłem 16 lat, moja rodzina osiedliła się w Urzędowie – starym ośrodku garncarskim, gdzie tradycje tego rzemiosła sięgają XVI w. Wtedy już rzeźbiłem trochę w drewnie. Pamiętam, kiedyś wybrałem się do pracowni Czesława Ambrożkiewicza (znanego ówcześnie garncarza) po glinę do rzeźbienia, i to tam po raz pierwszy zobaczyłem garncarza przy pracy. Robił flakon. Byłem zaskoczony, jak szybko zmieniają się kształty, jak cudownie powstaje naczynie pod jego palcami. Cały proces trwał zaledwie kilka minut. Od tego momentu zafascynowałem się garncarstwem. Postanowiłem odwiedzać pana Czesława i poznać to rzemiosło. Młody Piotr uczył się sztuki garncarskiej, studiując równocześnie geografię i ochronę środowiska. Garncarzy odwiedzał z grupą Warsztatu Teatralnego, którego był członkiem. Już wówczas sam wykonywał rekwizyty potrzebne do spektakli. Rzemiosłem zajął się na poważnie po studiach, kiedy zrobił sobie pierwsze kolo garncarskie. – Wtedy wszystko było drogie. Nie stać mnie było na zakup gotowego urządzenia. A później, gdy się okazało, że rodzinę coraz trudniej utrzymać z nauczycielskiej pensji, swoją pasję przekułem na pewnego rodzaju biznes – opowiada. Dziś Piotr Skiba nie jest już nauczycielem geografii, ale za to w Zespole Szkół nr 4 w Lublinie uczy niepełnosprawne dzieci lepienia w glinie. – Pracuję głównie z dziećmi autystycznymi jako terapeuta – wyjaśnia. – Te zajęcia pomagają im w skupieniu, absorbują uwagę i wyciszają, rozładowują napięcie. Żeby móc takie zajęcia prowadzić, skończyłem też pedagogikę specjalną.

    Atmosfera pracowni

    W gospodarstwie pana Piotra są dwa piece do wypalania naczyń. Jeden nowoczesny elektryczny, a drugi stary, ziemny, zbudowany przez garncarza własnoręcznie. Piec ziemny opalany jest drewnem i wykorzystywany w półroczu letnim do wypalania naczyń biskwitowych (nieszkliwionych). Wypał w tym piecu trwa około 30 godzin. Zazwyczaj kończy się go nocą, gdyż końcowe etapy oraz temperaturę pieca określa się na podstawie koloru płomienia. Naczynia wypalane są w temperaturze od 900 do 1000°C. Potem, żeby mogły być w pełni użytkowane, trzeba je szkliwić i ponownie wypalać w temperaturze ok. 1100°C. W pracowni pana Piotra używane są szkliwa bezołowiowe i bezkadmowe, bezpieczne dla zdrowia. Glinę, której garncarz potrzebuje do pracy, wykopuje się jesienią. Zimą i wczesną wiosną przechowywana jest na pryzmie, gdzie się „sezonuje” – zmienia swoją strukturę na jednolitą plastyczną masę przez działanie czynników atmosferycznych: deszczu, śniegu i mrozu. Na wiosnę, po dodaniu wody i wyrobieniu w starej maszynie zwanej walcami, nadaje się do pracy.

    Dawniej deptano glinę bosymi stopami na drewnianej podłodze i oczyszczano, tnąc metalowym strugiem. – Klusowanie gliny (ugniatanie) odbywa się tak jak dawniej, ręcznie na drewnianej ławie. Po ubiciu odpowiedniej jej porcji i zrobieniu „gałki” rzucamy ją na koło i do dzieła! – śmieje się Skiba. W ręku sprawnego garncarza wybrane naczynie powstaje w ciągu kilkunastu minut. Potem trzeba je suszyć. – Suszenie trwa od kilku do kilkunastu dni, w zależności od wielkości naczyń oraz ich rodzaju i kształtu – wyjaśnia garncarz. – Odbywa się w „atmosferze pracowni”, gdzie jest dużo naczyń w różnych fazach wysychania i panuje duża wilgotność powietrza przy temperaturze około 20°C. Mniejsze i średnie naczynia po dwóch dniach suszymy do góry dnem.

    Pasja i powołanie

    Piotr Skiba oprócz swojej pasji, która jest równocześnie pracą i zajmuje mu wiele czasu, swoją energię wykorzystuje także na działalność w parafii. Od wielu już lat jest zaangażowanym członkiem zarówno parafialnej, jak i diecezjalnej Akcji Katolickiej. Swoje życie religijne wraz z żoną formuje także w oazie rodzin, którą założyli ze znajomymi w swojej parafii w Kawęczynie. Ma czworo dzieci. – Najmłodszą dwójkę właśnie odwieźliśmy na oazę – opowiada. – Starsza córka tuż po maturze wstąpiła do jadwiżanek wawelskich, a najstarszy syn ma od niedawna swoją rodzinę. Cieszę się, że mimo wykonywania innej pracy również ze swoją żoną lepią garnki. Piotr Skiba w ostatnim czasie napisał też książkę o garncarstwie. To pierwsza od pół wieku pozycja opisująca specyfikę polskiego garncarstwa, jego bogatą historię, tradycje, tajniki zawodu garncarza, metody pracy na kole garncarskim, sposoby zdobienia i wypalania naczyń. – Jest to także poradnik dla ceramików hobbystów, osób pragnących otworzyć własne pracownie, animatorów kultury, pedagogów prowadzących świetlice oraz terapeutów zajęciowych – wyjaśnia autor. W swojej książce opisuje garncarza jako człowieka, który musi zapanować nad pięcioma żywiołami: ziemią, wodą, ogniem, powietrzem i samym sobą. – Z ziemi wydobywa się glinę i tworzy z niej naczynie – wyjaśnia. – Woda ożywia glinę, nadając jej plastyczność, powietrze suszy wyroby, a ogień wypala naczynia i utrwala ich kształt. Garncarz musi panować nad samym sobą, cierpliwie dążyć do celu i nie zniechęcać się, bo nauka garncarstwa na początku jest dosyć trudna. Uświadomił mi to Zygfryd Gajewski, również z Urzędowa-Bęczyna, którego pracownię odwiedzałem, będąc studentem. Podczas jednej z wizyt, gdy niecierpliwie chciałem się jak najszybciej wszystkiego nauczyć i od razu pracować na kole elektrycznym, powiedział mi: – Ucz się robić wszystko po kolei i nie myśl o tym, że coś nie wychodzi. Bo chociaż dłużej ci zejdzie, będziesz za to lepszym majstrem. Nie święci garnki lepią. Garncarstwo jest dla ludzi, podobnie jak świętość. Garncarz może być artystą. Potrzebne są wytrwałość i samodyscyplina oraz oczywiście zdolności manualne i dobry nauczyciel – podkreśla pan Piotr.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół