• facebook
  • rss
  • Dziecko… Nie bój się!

    Justyna Jarosińska


    |

    Gość Lubelski 33/2013

    dodane 15.08.2013 00:15

    Maryjny sierpień. Jest gorąco. Ludzie 
w mieście chowają się do klimatyzowanych pomieszczeń. Ci mieszkający na wsi pracują, 
jeśli już rzeczywiście muszą. Pielgrzymi idą. 


    Takiej pogody podczas pielgrzymki nie było już od wielu lat – mówi pan Tadeusz, który do Częstochowy idzie po raz ósmy. Po kilku dniach marszu w pełnym słońcu wszyscy zaczynają marzyć o deszczu. – Przyzwyczailiśmy się, że zazwyczaj już w Bełżycach po nocce witał nas chociaż kapuśniaczek. A tu nic. Zaczynam się zastanawiać, czy lepiej jest, jak cały czas świeci słońce i jest tak gorąco jak teraz, czy może jednak jak pada deszcz. Człowiek to zawsze wybredny – dodaje ze śmiechem. 


    Naprawdę warto


    Po czterech dniach marszu przychodzi zwątpienie. Dotyka szczególnie tych, którzy na pielgrzymkę wybrali się po raz pierwszy. – Wstyd się przyznać, ale chciałam już zrezygnować, jak tylko wyszliśmy z Lublina – opowiada Katarzyna. – Jakoś przemogłam swoje zmęczenie, ale tuż przed tym, kiedy mieliśmy przeprawiać się na drugą stronę Wisły w Annopolu, poczułam tak wielki kryzys, że stwierdziłam: to koniec podróży. Wtedy zobaczyłam panią Stanisławę. 70-letnia kobieta na pielgrzymce jest już po raz dwudziesty. Opatrywała stopy swojej córce, pewnie niewiele ode mnie starszej. Zapytała, czy mi w czymś pomóc. Powiedziałam: nie, dziękuję. A ona tak na mnie spojrzała dziwnie i powiedziała: dziecko, nie bój się, dasz radę, naprawdę warto. Chciało mi się płakać. Przypomniałam sobie, że na tę pielgrzymkę tak długo się szykowałam. Nie mogę się poddać, przecież idę do Matki, po męża. 


    Mama płakała


    Bolą nogi, stopy, biodra, ramiona. Boli wszystko. Zdarzają się omdlenia. Więcej osób niż zwykle odwiedza jadącą przy pielgrzymach karetkę. Pątnicy wchodzą na Święty Krzyż. W drodze pod górę rozważają stacje Drogi Krzyżowej. Znowu upał. Chyba nie ma takiego człowieka, która by powiedział, że jest łatwo – Przecież ma być trudno – mówi z uśmiechem Kuba. Młody chłopak wszystkich wokół rozśmiesza. Zaraża swoją radością i pogodą ducha. Niektórych nawet chyba to denerwuje, bo podśmiewają się, że to taki chodzący poradnik pozytywnego myślenia. – Rodzice zabrali mnie na pielgrzymkę pierwszy raz, jak miałem 7 lat. Pamiętam, że nie byłem z tego powodu jakoś bardzo szczęśliwy. Wolałem pojechać do dziadka na te dwa tygodnie. Ale prawdopodobnie nie miałem zbyt wiele do gadania, nie pojechałem. Poszedłem po raz pierwszy z rodzicami do Częstochowy. Trochę szedłem, trochę jechałem. To było 12 lat temu. Ale do dziś pamiętam to przeżycie, gdy zobaczyłem klasztor w Częstochowie, a moja mama się rozpłakała. Później przez wiele lat chodziłem na pielgrzymki z rodzicami. Szliśmy z Warszawy, z Gdańska. Teraz chodzę znowu z Lublina. W maju zaczynam odliczać dni. To taka forma uzależnienia. Jak się raz pójdzie, to już nigdy nie zazna się w sierpniu w domu spokoju. 


    Bagaż życia


    Na trasie pątników witają mieszkańcy wsi i miasteczek, przez które idzie lubelska pielgrzymka. Jest poczęstunek i przede wszystkim picie. Zdarza się też prysznic dla ochłody, jak to miało miejsce tuż przed przekroczeniem Wisły, gdzie strażacy rozłożyli wąż i prosto z wozu strażackiego polewali nadchodzących pielgrzymów. – Ludzie są dla nas bardzo życzliwi i mili – opowiada pani Zofia (na pielgrzymce szósty raz). Chcą słuchać opowieści o pielgrzymkowym szlaku, o tym, dlaczego człowiek tak naprawdę idzie na pielgrzymkę. Pamiętam taką dziewczynę, w której rodzinnym domu nocowałam z koleżanką, chyba trzy lata temu. Pół nocy przegadałyśmy, a rano Ola stała przed domem spakowana i czekała, by razem z nami wyruszyć w drogę. 
Każdy z pątników niesie do Częstochowy swój bagaż. I wcale nie chodzi o zapasowe ubrania czy karimaty. Bo te akurat wiozą przygotowane do tego specjalne samochody. Pielgrzymi niosą swoje bagaże doświadczeń życiowych, przeżyć, często zawodów i porażek. Idą, by to wszystko oddać Matce Bożej w nadziei, że przyjmie, uleczy, pocieszy. Często jest to także wielki bagaż dziękczynienia. – Jestem szczęśliwa – mówi młoda kobieta. – Tam stoją moje dzieci i mąż – wskazuje ręką. Mam wszystko, czego potrzebuję. Dzieci są zdrowe, moje małżeństwo jest zdrowe, mam pracę. Nie potrzebuję niczego więcej. Jestem szczęśliwa. Za to chcę podziękować Maryi. 


    Bóg się zatroszczy


    W miarę zbliżania się do Częstochowy zmęczenie jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki mija. Niektórzy już z lekkim żalem zaczynają mówić, że nieuchronnie zbliża się koniec wspólnej drogi. – Wiem, że za chwilę muszę wrócić do pracy, gdzie koledzy z biura patrzą na mnie jak na kosmitę, gdy zdarza mi się powiedzieć coś na temat wiary czy religii – z wyraźnym smutkiem opowiada Tomasz, lubelski informatyk. – Podczas pielgrzymki niczego nie muszę się wstydzić. Nawet tego, że wielokrotnie bardzo poruszają mnie słowa ks. Artura, z którym codziennie rozważam Boże przykazania. 
Droga na Jasną Górę to czas zmian, jak potwierdzają pielgrzymi. Człowiek dorasta i dowiaduje się o sobie tylu rzeczy, których nie wiedział przez wszystkie dotychczasowe lata. – Dzięki pielgrzymce wiem, że wystarczy chcieć, wierzyć i zaufać – mówi Tomasz. – Nie potrzeba nic więcej. Bóg zatroszczy się o całą resztę.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół