• facebook
  • rss
  • Tysiące promieni przeszyło me ciało

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 41/2013

    dodane 10.10.2013 00:15

    Ewangelizacja. Panie, prosimy Cię, przyjdź teraz z mocą do naszych serc. Przyjdź z wyzwoleniem z grzechu. Przyjdź z uwolnieniem z nałogów. Przyjdź i odnów nasze życie.

    Pierwsza środa miesiąca. Dobiega osiemnasta. Za chwilę w kościele księży pallotynów przy al. Warszawskiej w Lublinie rozpocznie się Msza św. z modlitwą o uzdrowienie. W promieniu 300 metrów od kościoła z każdej strony stoją samochody. Morze samochodów. Rejestracje głównie lubelskie, ale są również auta z Kraśnika, Świdnika, Puław, Warszawy, Rzeszowa, Tarnowa. Uprzedzona o trudnościach, zostawiam samochód kilka ulic dalej. Wtapiam się w tłum, który szybko zmierza do świątyni. Jedni idą w skupieniu, inni żywo opowiadają sobie przeżycia z wrześniowego spotkania u pallotynów. Słyszę, jak dwie elegancko ubrane panie przekonują nieco sceptycznie nastawioną koleżankę: co ci szkodzi pójść się pomodlić. Przecież nic nie tracisz. Tam dzieją się prawdziwe cuda. Myślę: naprawdę muszą dziać się cuda, bo do ogromnego kościoła trudno wejść. Znajoma, którą spotykam, przekonuje, że tłum potrafi być znacznie większy. – Gdybyś widziała, jak potrafi być ciasno, gdy przyjeżdżają tu autokary.

    Bóg gra w otwarte karty

    Rozpoczyna się comiesięczna Msza św. z modlitwą o uzdrowienie. Obserwuję stojących obok mnie i zastanawiam się, co ich skłoniło do przyjścia. Większość nie wygląda na schorowanych. Wręcz przeciwnie. Młodzi, uśmiechnięci. Dużo małżeństw z maleńkimi dziećmi. Są też starsi. Ci, jeśli nie udało im się znaleźć miejsca w ławkach, najwidoczniej nauczeni doświadczeniem, porozkładali obok siebie turystyczne krzesełka. Tuż za mną ustawia się kolejka do spowiedzi. Wydaje się nie mieć końca. Przesuwam się w inne miejsce. Okazuje się jednak, że cały tył kościoła to ludzie, którzy chcą się wyspowiadać. Ciągle dochodzą nowi. Przeciskam się do przodu. Ksiądz Krzysztof Kralka rozpoczyna homilię. – Bóg niczego przed człowiekiem nie kryje – mówi. – Chce pokazać, jaki jest, byśmy wybierając Go świadomie, wiedzieli, na co się decydujemy. Bóg gra zawsze w otwarte karty. Pytanie tylko, czy my jesteśmy gotowi, by poznać prawdę o Nim. Widzę zasłuchane twarze. Małżeństwa się przytulają. Młody chłopak przede mną sadza sobie na barana malutkiego synka. Bocznym wejściem co chwila dochodzą kolejni wierni.

    Tobie zostawiam wszystko

    Ksiądz Krzysztof kończy Mszę św. ogłoszeniami i zachęca, by wszyscy ci, którzy kiedyś w tym kościele zostali przez Pana Boga uzdrowieni, podzielili się swoją radością z innymi. Do mikrofonu pewnym krokiem podchodzi młoda dziewczyna. – Mam na imię Agnieszka – mówi. – Zostałam uzdrowiona na spotkaniu z ostrego zapalenia kolan. Wcześniej tylko 15 minut potrafiłam wytrzymać w jednej pozycji. Potem ból stawał się nie do zniesienia. Kolana zaczynały być gorące. Czasami nie mogłam spać. Podczas modlitwy o uzdrowienie kilka miesięcy temu usłyszałam, że trzy kobiety zostały uzdrowione z bólu kolan. Pomyślałam wtedy: „Panie Jezu, może i ja jestem wśród tych trzech, ale Tobie zostawiam wszystko”. Spotkanie się skończyło. Wsiadłam do autobusu i po jakichś 15–20 minutach zdałam sobie sprawę, że nie czuję bólu, a przecież już po takim czasie powinnam. Zdziwiłam się. Kiedy przez cały miesiąc chodziłam i nie czułam bólu, zrozumiałam, że byłam jedną z tych trzech osób. Chwała Panu! Z głośnika płynie pieśń uwielbienia w wykonaniu zespołu „Razem za Jezusem”. Ludzie podnoszą ręce. Każdy zaczyna modlić się po swojemu. Niektórzy po zachęcie ks. Krzysztofa także językami. – Pan Jezus chce napełniać sobą całego człowieka – przekonuje ks. Krzysztof. – Wszystko dla Niego w nas jest ważne. Chcę Panie pozwolić, abyś przemieniał dziś moje serce, abyś we mnie działał. Abyś wyprowadzał mnie z moich ciemności, abyś zapraszał mnie do decyzji przemiany mojego życia. Przyjdź do mojego serca przez moc Ducha Świętego, przyjdź Panie. W kościele słychać szmer powtarzanych przez wiernych słów.

    Jezus uzdrawia

    Ludzie wstają, podnoszą ręce. Kapłan zachęca, by patrząc na Najświętszy Sakrament, dokonać wyznania wiary. – Czy wyrzekasz się szukania innych sposobów ratunku dla swojego życia poza tym, czemu błogosławi Bóg? Czy wierzysz w Boga, który kocha Cię nieskończoną miłością? Czy wierzysz w Ducha Świętego, którego Jezus posyła nam, byśmy mogli wyznawać naszą wiarę? Czy wierzysz, że Bóg jest obecny w Kościele? Czy wierzysz, że Bóg dzisiaj może Ciebie uzdrowić? Zgromadzeni odpowiadają głośno. Nawet dzieci, te zupełnie malutkie, jakby w potwierdzeniu zaczynają popłakiwać. Z głośników dobiega głos: – Pan przychodzi z łaską uzdrowienia. Jezus teraz uzdrawia tych, którzy od dłuższego czasu cierpią na ból karku. Ludzie wokół mnie zaczynają się rozglądać. Kapłan prosi, by uzdrowieni podnieśli ręce. Wśród tłumu trudno zauważyć nieśmiało wyciągane do góry dłonie. Za chwilę kolejne osoby, tym razem uleczone z bólów reumatycznych, podnoszą wysoko ręce. Rozlegają się oklaski. Kapłan zachęca, by położyć swoje dłonie na te miejsca swojego ciała, które potrzebują łaski uzdrowienia. Widzę, że niektórzy obok mnie dotykają swych głów, brzuchów, ale większość tylko się modli. Jakby nie przyszli tu jedynie po fizyczne uzdrowienie, ale po coś znacznie więcej.

    Dlaczego ja?

    – Nazywam się Marcin Kostrzewski. Mam 39 lat i od 19 lat jestem mężem wspaniałej kobiety, z którą mamy 4 córki. Moja żona jest prawdziwą katoliczką, ja byłem przypadkiem beznadziejnym. Moje życie to pasmo grzesznych zachowań, braku spowiedzi od ponad 4 lat, zwątpienia w instytucję Kościoła i ciągłe wyszukiwanie negatywów z jego życia, które miały usprawiedliwiać moje zachowania. Wierzyłem, że Bóg istnieje i tyle. Nie kryłem się ze swoimi poglądami, lecz żona ciągle próbowała mnie nawracać, walczyła o mnie, twierdząc, że mam dobre serce, ale się pogubiłem. Poprosiła mnie, żebym towarzyszył jej na Mszy św. i modlitwach o uzdrowienie. Zgodziłem się, bo ją kocham i wiedziałem, że to sprawi jej przyjemność, a może dlatego, że gdzieś w głębi serca chciałem dostać od Boga bardziej namacalny sygnał, że nie tylko istnieje, ale też jest wśród nas.

    Kiedy zaczęła się modlitwa o uzdrowienie, miałem wielką nadzieję, że kolejną osobą, która doświadczy cudu będę właśnie ja. Ksiądz powiedział, że jest taki człowiek, któremu wypadł dysk. Od razu pomyślałem, że może chodzi o mnie. I w tym momencie poczułem w dolnej części pleców ciepło, które przybierało na sile, aby w jednej sekundzie stać się tysiącem promieni przeszywających moje ciało. To było tak intensywne, że nie da się tego z niczym pomylić. Te promienie to było najprzyjemniejsze uczucie w moim życiu. Rozeszły się po moim ciele i w tym momencie ból, który towarzyszył mi ostatnimi czasy prawie nieustannie, ustąpił w jednej chwili. Płakałem jak dziecko. A po chwili poczułem, jak uginają się pode mną nogi, które zrobiły się jak z waty, a całe moje ciało przeszły dreszcze. Uklęknąłem w ławce i płacząc, przez dłuższą chwilę mówiłem do Boga. Dziękowałem za to, co dla mnie uczynił, jednocześnie zadając ciągle pytanie: Dlaczego ja? Dlaczego taki grzesznik? Noc, która nastąpiła po modlitwie, była pierwszą od bardzo długiego czasu, po której rano wstałem z łóżka bez bólu. Poranek był pierwszym od wielu miesięcy, kiedy mogłem normalnie pochylić się nad umywalką. Ale ważniejsza od pleców jest moja chęć zbliżenia się do Boga, bycia dobrym katolikiem i zmiany myślenia.

    Życie w obfitości

    – Pamiętajcie, że nie jesteśmy tutaj, by sobie u Pana Boga załatwić uzdrowienie – mówi z mocą ks. Krzysztof. – Jesteśmy tutaj, by otrzymywać to, czego Pan Bóg dla nas pragnie. Bo nie chodzi tylko o to, by Bóg uzdrowił wasze żołądki czy kręgosłupy. To jest najmniej istotne. Chodzi o nową jakość życia. Chodzi o życie w obfitości. Modlitwa powoli dobiega końca. Już dawno nie stałam w jednym miejscu bez ruchu przez trzy godziny, nie spoglądając nawet na zegarek. „Razem za Jezusem” nadal prowadzi uwielbienie śpiewem. Ludzie ciągle jeszcze się modlą. Jedni na stojąco, inni na kolanach. Z kościoła wychodzą powoli. Ze spokojem idą do swoich aut. Mijam straż miejską. Odnoszę wrażenie, że comiesięczna Msza św. u pallotynów to dla nich prawdziwe żniwa. Wszystkie źle zaparkowane auta mają wciśnięte za wycieraczki mandaty. – Od dłuższego czasu zawsze tu ktoś dostaje mandat – dopowiada moja znajoma, z którą wychodzę z kościoła. – Wiem, bo jestem na tej Mszy co miesiąc. Na pytanie, z czym przychodzi do Pana Boga, o jakie uzdrowienie prosi, Ewa odpowiada: – Nie proszę. Dziękuję. Ja się tu nawróciłam.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół