• facebook
  • rss
  • Patent na geniusza

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 49/2013

    dodane 05.12.2013 00:15

    Edukacja. Pewna kobieta zapytała specjalistę: Kiedy zacząć uczyć dziecko czytać? – A ile lat ma pani dziecko? – Pięć. – To niech pani szybko biegnie do domu, bo właśnie straciła pani najcenniejsze lata.

    Opinii, kiedy i w jaki sposób rzeczywiście zacząć uczyć dziecko czytać, zarówno wśród rodziców, jak i nauczycieli jest wiele. – My doświadczyliśmy na naszej córce pozytywnych rezultatów, które wynikły z nauczania dziecka metodą Glenna Domana – opowiadają Monika i Maciek Celewiczowie, rodzice 7-letniej dziś Julii, uczennicy trzeciej klasy.

    Nieodzowny komponent

    Kiedy Julia miała dwa lata, okazało się, że jej rozwój fizyczny i fizjologiczny nie przebiega prawidłowo. – Zaczęły pojawiać się różne problemy: jąkanie, zez, dysplazja, nierównomierny chód. Lekarze oceniali przyczyny różnie i jeszcze bardziej różnorodnie chcieli się tych problemów pozbyć. Niektóre metody wydawały się nam jednak dosyć radykalne – opowiada Monika. – Zaczęliśmy więc na własną rękę szukać jakiejś pomocy. W 2009 roku Celewiczowie uczestniczyli w kursie z Neuro-Re-Edukacji, prowadzonym przez Bożenę Bednar-Sławow, wieloletnią współpracowniczkę Glenna Domana. – Przez przypadek znaleźliśmy Instytuty Domana. Mówiono tam o profilu rozwoju człowieka. O tym, co dziecku jest potrzebne do prawidłowego rozwoju. To właśnie czytanie było określane jako jedna z najważniejszych funkcji mózgu, która równocześnie rozwija wzrok, koncentrację i potencjał intelektualny dziecka. Ale na szkoleniu podkreślane były również walory ćwiczeń fizycznych, które wspierają rozwój obu półkul mózgowych. Czytanie było określane jako jeden z komponentów, który nie zadziała, jeśli nie będzie ruchu – opowiadają małżonkowie. Problemy Julii stopniowo zniknęły po tym, gdy dziewczynka opanowała ruch naprzemienny, czyli pełzanie, którego nie wykształciła, zanim zaczęła chodzić. Potem doszło czytanie. Pomoce dla Julki rodzice przygotowali sami. – Pokazywaliśmy jej kartoniki, na których napisane były wyrazy. Litery były duże i kolorowe. Julia zobaczyła ponad 300 takich kartonów. Zaczęła czytać, gdy miała zaledwie trzy lata.

    Im wcześniej, tym lepiej

    Jak przekonują Celewiczowie, metodą Glenna Domana można nauczyć się dosłownie wszystkiego, a najbardziej sprawdza się ona przy dzieciach niepełnosprawnych i tych, które mają problemy z dysleksją. – Trzeba tylko pamiętać, że wiedzę małemu dziecku należy dostarczać w krótkich jasnych formach dostosowanych do jego wieku – mówi Maciek Celewicz – i oczywiście w odpowiednim momencie. Dlatego dwulatkowi nie można pokazać encyklopedii, gdzie narysowany jest malutki słonik, i opowiadać mu o nim. Dziecko musi zobaczyć duże zwierzę i wielkie, najlepiej czerwone litery. Wystarczy wtedy, że pokaże się kilka razy taki obraz i zadziała prawa półkula mózgu. Zarówno słowo, jak i obraz pozostaną w pamięci długotrwałej. Podobno im wcześniej zaczniemy w ten sposób z dziećmi pracować, tym lepiej, informują Celewiczowie. W Polsce jednak nadal kontrowersyjne pozostaje pytanie, czy w ogóle jest sens małe dziecko uczyć czytać. Przecież gdy pójdzie do szkoły, będzie i tak wdrażane w poznawanie liter w kolejności alfabetycznej. – Taki sposób uczenia w dzisiejszych czasach to anachronizm – przekonuje Maciek. – Jeśli każdą literkę, która jest jednym bitem informacji, zamienimy na jeden wyraz, również stanowiący jeden bit informacji, nasze zdolności będą znacznie większe. Jeśli przyzwyczaimy mózg do pracy na wolnych obrotach, to później mamy teki efekt, że dzieci w gimnazjum rozumieją jedynie 30 proc. czytanego tekstu i nie nadążają za wymogami, które stawia dzisiejsza szkoła. – Glenn Doman zachęcał, żeby uczyć dzieci od urodzenia. Wielu innych ekspertów potwierdza, że już małe dzieci są gotowe na pokazywanie im kart ze słowami. Jeśli widzimy, że dziecko potrafi skupić wzrok, czyli zerknąć na wydrukowane słowo (czerwone, 8 cm), możemy zaczynać. Jeśli mamy wrażenie, że wzrok dziecka nie jest jeszcze dojrzały do takich zabaw, warto zacząć od pokazywania kontrastowych, najlepiej czarno-białych plansz przedstawiających proste kształty: kropki, uśmiechnięte buźki – dodaje Monika.

    Nie tylko po polsku

    Gdy Celewiczowie uporali się z problemami zdrowotnymi córki, wyjechali z Polski do Anglii. Tam też zaczęli przekładać nowo poznaną metodę nauki czytania na sposób nauki języka angielskiego przez polskie dzieci. – Nasza córka po pół roku lepiej czytała po angielsku niż dzieci angielskie. One miały trudności z przejściem od etapu głoskowania do płynnego czytania – opowiadają Monika i Maciek.

    – Jako społeczne przedsiębiorstwo, które w Anglii stworzyliśmy, dostaliśmy dofinansowanie z Banku Lloyds na przygotowanie programu nauczania języka angielskiego dla polskich dzieci. Dziś taki program chcemy wdrożyć w szkołach w Polsce. Chcemy jednak uczyć nie tylko angielskiego, ale także i innych języków. Podobno są takie dzieci, które ucząc się czytać metodą Domana, swoją pierwszą książeczkę potrafią przeczytać już po kilku tygodniach. – Tak naprawdę dopiero po pokazaniu dziecku kilkuset słów zaczyna ono samodzielnie czytać – mówi Monika. – Na początku wykorzystuje pamięć fotograficzną i jeśli wyrazy na kartkach są podobne, może je łatwo pomylić. Ale nadchodzi moment, w którym dziecko odkrywa reguły rządzące językiem. Dostrzega, jak słowa są stworzone i nawet jeśli nie zna alfabetu, zaczyna czytać słowa, których nigdy nie widziało. We wczesnej nauce czytania, jak informują Celewiczowie, nie chodzi o to, by chwalić się, że nasze dziecko potrafi czytać, nie chodzi też o to, by mu w domu robić szkołę. – To jest pewnego rodzaju profilaktyka – przekonuje Maciek. – A poza tym to czas spędzony z dzieckiem, który buduje dobrą więź – dodaje Monika. – Niektórzy mówią, że my dzieciom chcemy zabierać dzieciństwo, ale przecież to jedynie kilka minut dziennie, które może być bardzo fajną zabawą.

    Licencja dla Chińczyka

    Monika i Maciek w poszukiwaniu najlepszej formy nauczania swojego dziecka odkryli również niezwykłą, za to oczywistą prawdę. Dziecko uczy się czytać po coś. Po to, by mogło w krótkim czasie samo zacząć czytać książki. Musi mieć do tej nauki motywację. Więc trzeba mu w odpowiednim momencie podsunąć właściwe książki. – Wtedy, gdy najbardziej potrzebowaliśmy takich materiałów, nikt nam nie zaproponował odpowiednich książeczek dla Julki. Postanowiliśmy więc sami stworzyć to, co wydawało nam się najodpowiedniejsze dla naszego dziecka – opowiada małżeństwo. – Sposobem garażowym wydrukowaliśmy nasze pierwsze książki, które były kontynuacją nauki czytania metodą Glenna Domana. Byliśmy pierwszymi w Polsce, którzy takie książki przygotowali. Przetestowaliśmy je na rodzicach i znajomych przedszkolakach i rozszerzyliśmy to na druk offsetowy. Aktualnie Monika i Maciej są w trakcie przygotowywania aplikacji na system Windows, dzięki której dzieci z epoki tabletów i smartfonów mogłyby uczyć się czytać za pomocą komputera. – Założyliśmy, że małe dziecko nie potrzebuje jakiejś skomplikowanej grafiki – mówi Maciek. – W programie zawarte będą poszerzalna baza słów oraz obrazy. Będzie też można tworzyć swoje własne książeczki oraz uczyć się na podstawie wybranego tematu. Jeśli program przejdzie pozytywnie testy, które aktualnie trwają, będzie dostępny na rynku już na początku przyszłego roku. Celewiczowie przygotowują się również do uczestnictwa w największych targach książki dla dzieci w Bolonii. Chcą zaprezentować rozszerzony sposób na uczenie dzieci czytania zarówno w języku ojczystym, jak i obcym. Być może ich pomysł z książkami do nauki czytania metodą Glenna Domana kupi jakiś Chińczyk lub bogaty Saudyjczyk. W Lublinie aktualnie można wziąć udział w warsztatach z czytania globalnego organizowanych w Szkole Podstawowej „Skrzydła”. Są one prowadzone przez eksperta wczesnej edukacji, który od wielu lat stosuje tę metodę w pracy z dziećmi.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół