• facebook
  • rss
  • Mówili mu wuju

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 17/2014

    dodane 24.04.2014 00:00

    Dla jednych był przyjacielem, dla innych kolegą z pracy. Cenili go wszyscy, ale pewnie niewielu przypuszczało, że niepozorny ksiądz w dresowych spodniach za ich życia zostanie ogłoszony świętym.

    Gdy go poznałam, był świetnie rozwijającym się młodym naukowcem – wspomina Karola Wojtyłę siostra profesor Zofia Zdybicka. – W wieku 33 lat był już docentem i miał liczące się naukowe dokonania. Równocześnie czuliśmy jednak, że świadomie wybrane kapłaństwo przeżywa głęboko – dodaje.

    Sala nr 33

    Profesor Maria Braun-Gałkowska była jedną ze studentek ks. Karola Wojtyły. – Pamiętam wspólnie spędzany czas na spływach kajakowych i wycieczkach – opowiada. – Śpiewaliśmy przy ognisku piosenki o starym kowboju i szumiącej nocce. Byliśmy wtedy na pierwszym roku i na ćwiczeniach w parku razem czytaliśmy i komentowaliśmy „Etykę nikomachejską”. Kompletnie nie zrażał się naszą bezgraniczną ignorancją w temacie. Przez cały rok nie udało nam się przebrnąć nawet przez jedną księgę, ale on uważał, że najważniejsze, by student nauczył się po prostu myśleć – wspomina.

    – Pamiętam też, że kiedyś mimo licznych obowiązków przyjechał specjalnie do nas z Krakowa. Zapytałam wtedy „Czy nie szkoda wujowi czasu?”, a on się zdziwił i powiedział: „Jak to szkoda? Po prostu przyjechałem do was i jestem z wami”. Czuliśmy się kochani, każdy osobiście, a nawet podejrzewam, że po cichu każdy przypuszczał, że to on jest tym najbardziej kochanym – relacjonuje. Ksiądz docent Karol Wojtyła należał do najbardziej popularnych wykładowców na KUL-u. – Poznałem go jako student pierwszego roku filozofii KUL – wspomina prof. Jerzy Gałkowski, uczeń i doktorant ks. Karola Wojtyły. – Dopiero od paru lat wykładał na uczelni. W największej sali nr 33 na jego wykładach był zawsze tłok. Siedzieliśmy na oknach, pod podium, przy którym stał, na podłodze, staliśmy pod ścianami. Na wykłady przychodzili często także studenci innych wydziałów. Pamiętam słowa kolegi, księdza z teologii, że słucha pilnie i nadprogramowo jego wykładów, bo to jest najlepszy materiał do kazań. Był naprawdę znakomitym wykładowcą. Nie był teoretykiem, ukazywał życiowy sens omawianych problemów. – Nazywaliśmy go wujem. Tak po prostu. Zwracaliśmy wielką uwagę na jego modlitwę, a także, szczególnie koleżanki, na przetarte rękawy u sutanny, zniszczone zielone spodnie od dresu, podniszczone buty – wspomina prof. Gałkowski – Był chyba jedynym, który w przerwach między zajęciami po prostu modlił się w kościele – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół