• facebook
  • rss
  • Bóg wybiera

    ks. Rawał Pastwa

    |

    Gość Lubelski 22/2014

    dodane 29.05.2014 00:00

    Nowi księża. Piętnastu diakonów z seminarium diecezjalnego przyjmie święcenia prezbiteratu. Po sześciu latach studiów i formacji duchowej zostaną posłani do wiernych.

    Powołanie to łaska, czyli dar, taki prezent od Pana Boga. Wyróżnienie. Choć pewnie niejeden powie, że co to za wyróżnienie być księdzem w dzisiejszych czasach. – Dzisiaj z pewnością trudno jest się przyznać młodemu mężczyźnie przed klasą, że idzie do seminarium. Nie jest też łatwo w ogóle podjąć taką decyzję. Trendy we współczesnym świecie wskazują zgoła odmienne kierunki poszukiwania szczęścia i realizacji siebie – mówi ks. Paweł Bartoszewski, prefekt Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie. Bóg sam wybiera tych, których chce. Jak mówi Pismo, od łona matki nas zna, kształtuje i powołuje. Zmienia się świat, więc i Pan Bóg posługuje się innymi metodami i wybiera pasterzy na właściwe czasy. Kiedyś większość kandydatów do seminarium duchownego stanowili mężczyźni tuż po zdanej maturze. Obecnie coraz częściej mury na Wyszyńskiego przekraczają ci, którzy studia mają już za sobą. Alumni doświadczają, czym jest trud studiowania filozofii i teologii, dyscyplin najważniejszych dla duchownego. Choć w zakresie studiów nie brakuje także miejsca na bioetykę, prawo czy psychologię. Oprócz tego kandydat na księdza wie, czym jest praca fizyczna, czym pomoc dla biednych i ubogich, czym godziny modlitwy i medytacji.

    Jak w mrowisku

    Pobudka o 5.40 rano. Wszyscy. Codziennie. Modlitwy w kościele seminaryjnym o godz. 6.10. Jutrznia i medytacja nad fragmentem Ewangelii. Kolejno Msza św. razem z wychowawcami, często także z biskupem. Potem śniadanie i początek dnia wykładów i ćwiczeń. Następnie znów modlitwy i obiad. Chwila przerwy i czas na studium, czyli naukę. Teraz czytanie duchowne, czyli lektura pobożna. Kolacja i ponad godzinę czasu na rekreację. Znów modlitwy i silentium sacrum, czyli święte milczenie. Po wieczornych modlitwach nikt z nikim nie rozmawia, to czas na ciszę pośród innych, by po dniu pełnym zabiegania i wielu obowiązków do głosu doszedł Bóg. Dwa razy w tygodniu jest dla wszystkich wyjście na kilka godzin poza seminarium, jednak w sprawach ważnych można też opuścić jego mury po uprzednim uzyskaniu pozwolenia od przełożonego. Już niebawem 15 diakonów po sześciu latach formacji duchowej i studiów przyjmie święcenia w archikatedrze lubelskiej. Dla nich to czas podsumowania, ale myli się ten, kto myśli, że święcenia kapłańskie to koniec pewnego etapu.

    Jak Jonasz

    Każda historia powołania jest inna i specyficzna. – Myśl o wstąpieniu do seminarium rodziła się u mnie już w czasie liceum. Pociągał mnie też przykład życia księży wikariuszy w mojej rodzinnej parafii w Krasnymstawie. Grali na gitarze, grali w piłkę i modlili się. Pokazali mi, że życie księdza nie jest nudne. Po pierwszych dniach w seminarium odczułem trudności, zwłaszcza te związane z porannym wstawaniem i rygorem. Niekiedy brakowało mi czasu dla siebie, bo było wiele obowiązków i pracy – wspomina dk. Piotr Stasieczek. – Byłem ministrantem, odkąd pamiętam, ale nie myślałem o tym, żeby zostać księdzem. Odstraszało mnie dodatkowo to, że ludzie mi ciągle powtarzali: „Ty to będziesz na pewno księdzem”. Z czasem jednak powołanie dało znać o sobie. Nie żałuję swej decyzji – zapewnia dk. Michał Guz. Droga diakona Piotra była nieco inna niż pozostałych kolegów z roku. Najpierw skończył zawodówkę, technikum, potem przyszedł do seminarium. Wyjechał jednak do pracy za granicę, chciał przemyśleć wszystko. Wrócił po trzech latach i czeka na święcenia. – Wyjechałem do Anglii do pracy, chciałem się zastanowić i sprawdzić, czy rzeczywiście mam powołanie – tłumaczy dk. Piotr Kazimierski. – Może to była ucieczka jak w stylu Jonasza. Ale myślę, że chciałem się zorientować, czy nie lepsze byłoby dla mnie życie w rodzinie. – Dość wcześnie pojawiły się u mnie myśli, by wstąpić do seminarium. Potem zacząłem robić wszystko, by księdzem nie zostać. Zainteresowałem się medycyną. Sądziłem, że głos powołania kapłańskiego po prostu minie. Ale nie minął. Wstąpiłem do seminarium. Z dnia na dzień tylko utwierdzałem się w powołaniu – opowiada dk. Łukasz Piętal. Pójdę, dokąd zechcesz Pierwsza parafia zapisuje się szczególnie w pamięci każdego księdza. To atmosfera pierwszej placówki duszpasterskiej kształtuje w dużym stopniu charakter kapłański i styl duszpasterstwa. Diakon Piotr Stasieczek cieszy się z faktu, że już niebawem zostanie księdzem. – Nie mam konkretnych oczekiwań co do miejsca mojej przyszłej posługi. Nie jest istotne, czy będzie to wieś, czy miasto. Byleby parafianie mnie akceptowali, a proboszcz był wyrozumiały – dzieli się. – Przez sześć lat seminarium nauczyło mnie otwartości i odwagi. Już się nie obawiam wyjść na ambonę czy przed ołtarz twarzą do ludzi. Na początku miałem z tym ogromny problem – przypomina sobie dk. Guz. – Nie ma znaczenia, dokąd zostanę skierowany do pracy przez mojego arcybiskupa. Nie chcę, by kiedykolwiek zabrakło mi kultury albo delikatności w stosunku do osób, które spotkam. Piękne kazania to jedno, a życie to drugie – mówi dk Kazimierski. – Chcę być blisko ludzi, ale nie chcę też rozmyć mojej tożsamości kapłańskiej – dodaje dk Piętal.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół