• facebook
  • rss
  • W cieniu baobabów

    ks. Rafał Pastwa 


    |

    Gość Lubelski 25/2014

    dodane 19.06.2014 00:00

    Będzie pracował wśród Malgiaszy. Najpierw trzy miesiące – jak się sprawdzi, to zostanie na dłużej. Nie jest księdzem ani zakonnikiem. Pracuje na co dzień w przedszkolu.

    Pochodzi z Chełma. Tam się wychował. Razem z narzeczoną Moniką postanowił kontynuować pracę z dziećmi – tyle że na Madagaskarze. Misja do której wybiera się Radosław Jarecki znajduje się na terytorium grupy etnicznej nazywanej Tsimihety, co oznacza – „ci, którzy nie obcinają włosów”. Plemię Malgiaszy wchodzi w skład Tsimihety. Według starego zwyczaju, po śmierci króla na znak żałoby, trzeba było obowiązkowo obciąć włosy, ale kiedyś większość plemienia należąca do grupy Tsimihety się zbuntowała i włosów nie ostrzygła. Nazwa funkcjonuje do dziś.

    Powołanie od małego


    Sam pomysł misji narodził się w nim już w dzieciństwie. Gdy rodzice wychodzili do pracy, on zostawał z opiekunką, panią Ireną, w domu. Obejrzał z nią pewnego razu film o pomocy dzieciom w krajach afrykańskich. To był pierwszy impuls. Kolejny wypłynął z przesłania misyjnego zawartego w Ewangelii. – Od dziecka miałem styczność z problemami ludzkimi i dramatami. Moja opiekunka poważnie zachorowała. Mój kuzyn, z którym się wychowywałem i bawiłem, urodził się z zespołem Downa. To mnie uwrażliwiło na potrzeby innych. Ale myślałem ciągle o pracy w Afryce – wyznaje Radosław Jarecki. Marzenia i plany to nie wszystko. Potrzeba jak zawsze dodatkowego impulsu. Podczas jednych z Dni Kultury Chrześcijańskiej w Chełmie gościli świeccy wolontariusze z Madagaskaru. Radosław ich poznał, dużo rozmawiał, wypytywał o warunki pracy na misjach. – Daniel i Dominik uczestniczyli w wolontariacie organizowanym przez salezjanów na Madagaskarze. Umocnili we mnie chęć wyjazdu do pracy z dziećmi właśnie tam – mówi Radosław. Wsparciem dla jego pomysłu był także Tadeusz Boniecki, chełmski społecznik.

    Nikt się nie dziwi


    – Mój starszy brat zareagował na mój pomysł bardzo pozytywnie. Rodzice zastanawiali się, skąd mój wybór. Opowiedziałem im historię, jak to się we mnie rodziło. Teraz akceptują moją decyzję i są zadowoleni. Część znajomych się dziwi temu, co zamierzam, bo dzisiaj mało kto potrafi robić coś bez oczekiwania na zapłatę – stwierdza Jarecki. – Będzie to misja świecka, ale będę pracował razem z misjonarzami ze zgromadzenia Ducha Świętego. Nie będę się zajmował w sensie ścisłym ewangelizacją, ale będę to robił pośrednio, bo chcę edukować i prowadzić animację kulturalną wśród dzieci – mówi Radosław. W tej chwili gromadzi środki na wyjazd na Madagaskar. Planuje go we wrześniu. Mieszkańcy Chełma wspierają finansowo nowego misjonarza, są z nim solidarni i podziwiają go za chęć niesienia pomocy dzieciom potrzebującym nauki i wiary daleko od Polski. Zbiórkę organizuje stowarzyszenie Hospicjum Domowe im ks. Kazimierza Malinowskiego w Chełmie. W podróż ze sobą Radosław i jego narzeczona chcą zabrać kilkadziesiąt kilogramów pomocy naukowych dla dzieci z parafii Mampigony. Zbierają zwłaszcza piórniki wyposażone w ołówki i długopisy oraz kolorowe kredki.

    Jak św. Franciszek


    Na terenie parafii można się porozumieć w języku angielskim, natomiast rdzenni mieszkańcy używają własnego dialektu i języka francuskiego, który zna narzeczona Radka. – Zdaję sobie sprawę z trudności, jakie na mnie czekają. Ale zawsze odwołuję się do św. Franciszka i jego życia. Inspiruje mnie też obecny papież. Wiem, że są ludzie przeznaczeni do pracy w kraju i ci, którzy mają predyspozycje pracy w trudniejszych warunkach. Jadę tylko na trzy miesiące, bo żeby zdobyć wizę na dłuższy pobyt na Madagaskarze, trzeba to robić za pośrednictwem ambasady Madagaskaru w Moskwie. A to jest teraz dość trudne. Jednak misjonarze zapewnili mnie, że będą mnie wspierać w tym, bym pozostał na Madagaskarze dłużej – dodaje.

    Ludzkie marzenia


    Misja, do której się wybiera, znajduje się w miasteczku Mampigony na wschodnim wybrzeżu Madagaskaru. Do parafii przynależy kościół i 36 wiosek z kapliczkami. W porze deszczowej dotarcie do większości z nich jest niemożliwe i wówczas odwiedza się tylko kilka placówek, które znajdują się wzdłuż drogi asfaltowej. – Diecezja Port-Bergé, do której należy parafia Mampigony, od strony struktury personalnej nie jest zbyt liczna. Tworzy ją jeden biskup i 13 księży, w tym dwóch duchaczy, czyli członków zgromadzenia Ducha Świętego, jeden diakon i około 30 sióstr zakonnych z kilku zgromadzeń. Według statystyk mamy 2 proc. wierzących na terenie naszej misji – mówi o. Michał Apiecionek, ze zgromadzenia Ducha Świętego. Cywilizacji jest jak na lekarstwo. Dla Europejczyka to trudne zderzenie z rzeczywistością Madagaskaru. Poczta dociera raz w tygodniu. Prąd jest, ale tylko czasami. Są problemy z wodą. – Sytuacja dzieci na Madagaskarze jest trudna. Nie mają często rodziców, nie potrafią pisać i czytać, brakuje im jedzenia i ciepła. Będę wdzięczny Bogu jeśli choć trochę uda mi się to zmienić – mówi Radek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół