• facebook
  • rss
  • Pielgrzymkowe świadectwo Magdy

    ms, rp

    dodane 22.07.2014 16:50

    "Mój nowy rok rozpatruję w czasie od pielgrzymki do pielgrzymki. Ona też stanowi najdoskonalsze rekolekcje, jak i rachunek sumienia z minionego roku" - pisze Magda.

    Nazywam się Magdalena Szczepaniak, mam 23 lata, jestem licencjonowaną pielęgniarką, solistką i chórzystką zespołu GospelON. Moja „przygoda” z pielgrzymką zaczęła się 7 lat temu. Jako dzieci mamy różne marzenia, a moim marzeniem z dzieciństwa było właśnie pójście na pielgrzymkę. Obserwowałam swoje starsze rodzeństwo cioteczne, swoje sąsiadki i obiecałam sobie i Bogu przede wszystkim, że jeśli tylko wyzdrowieję - bo zdarzyło mi się dość poważnie chorować - to pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będzie pójście na pielgrzymkę. I ten pierwszy raz miał miejsce, mimo dość wyraźnego sprzeciwu rodziców, 7 lat temu. Bardzo dokładnie pamiętam nie tylko pierwszą, ale każdą z pielgrzymek, bo każda była wyjątkowa, mimo że przebyta tą samą trasą.

    W moim życiu pielgrzymka jest odzwierciedleniem tego, co działo się przez cały rok. Ja mój nowy rok rozpatruję w czasie od pielgrzymki do pielgrzymki i ona też stanowi zarówno najdoskonalsze rekolekcje, jak i rachunek sumienia z minionego roku.

    Odkąd pamiętam byłam i jestem nadal osobą bardzo silną, z wieloma, jeśli nie z większością rzeczy i spraw chcę sobie radzić sama. Silną nie fizycznie - psychicznie, duchowo, mentalnie. I w dzisiejszym świecie promującym tę siłę, w świecie, w którym nie ma miejsca na słabość i potknięcia, większość ludzi, którymi się otaczałam wtedy, utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie ma w tym nic złego. A jednak... Człowiek uczy się na błędach, ale tylko wtedy kiedy wie, że je popełnia. Jeśli jednak ja, jako człowiek, nie pozwalam sobie na błąd i potknięcie, to znaczy, że nie daję sobie totalnie szansy na rozwój, na pomoc innych, że jestem sama sobie sterem, kapitanem, okrętem, a co najgorsze nie daję szansy Bogu na Jego działanie. Dziś wiem, moje „egzaminy” piszą się same - poprzez to, co robię i myślę, poprzez to, że kocham całym sercem, a egzaminatorem jest Życie, które kiedyś postawi mi ocenę, nie z wiedzy czy inteligencji, ale z miłości. Pielgrzymka była i jest więc czasem, który mnie dociska do ziemi, jako człowieka, który mnie uczy pokory, że słabość jest siłą w nas, podarowaną by po upadku móc i umieć wstać.

    Pielgrzymka, to jest też dla mnie czas, który nie jest totalnym [oderwaniem] od rzeczywistości, bo mam to szczęście i możliwość od lat robić na pielgrzymce to, co robię i kocham robić w życiu – najpierw przez 5 lat śpiewałam i grałam na gitarze w scholi grupy nr 15, teraz po raz drugi pójdę w głównych służbach medycznych.

    Często w życiu codziennym, nawet podświadomie, prosimy o cuda, chcemy trzęsień ziemi, burz z piorunami, a z drugiej strony uważamy, że raz wypowiedziane słowa będą odbijać się echem w nieskończoność, że przyjaźń, miłość i nasze piękne życie nie ma prawa podlegać przemianie. Naszej uwadze umyka jednak fakt, że miłość, najczęściej ta największa i najwierniejsza, jest jak ciepły letni deszcz.

    Pójście na pielgrzymkę nie oznacza, że wszystko się ułoży tak, jak my chcemy, nie oznacza, że nam „przejdzie”. Wcale nie chodzi o to, żeby nam przeszło, ale o to, by to co nas spotyka przeżyć do samego końca. To nie sukcesy, a porażki są najcenniejsze, gdyż dzięki nim możemy przestać liczyć tylko na siebie. To nie powroty, a odejścia zmuszają nas do większej miłości, by nie pozwolić odejść komuś po raz kolejny, by samemu już nie odchodzić. Jeśli chcesz zachwytu – nad sobą, nad drugim człowiekiem, jeśli jesteś gotowy zmienić coś, co może jeszcze nie nazwane, to po prostu wyrusz. Nadzieja w sercu wystarczy…

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .
    przewiń w dół