• facebook
  • rss
  • Pewien człowiek założył winnicę...

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 31/2014

    dodane 31.07.2014 00:00

    Hobby winne. Powstają w ostatnich kilku latach w Polsce jak grzyby po deszczu. W większości są niewielkie, ale wytwarzane w nich wina mogą konkurować z tymi z zachodnich plantacji.

    Droga z Nałęczowa do Kazimierza to łąki, wzniesienia, wąwozy. Przeciętny turysta nie przypuszczałby pewnie, że wystarczy nieco z tej drogi zboczyć, by zobaczyć krajobraz jeszcze piękniejszy, a przy okazji trafić do jednej z kilku winnic na Lubelszczyźnie. Leży przy trasie rowerowej prowadzącej z Kazimierza Dolnego do Puław. Teren w tych okolicach jest nieco pagórkowaty, więc przy pięknej, słonecznej pogodzie można przez chwilę poczuć, jakby mijało się winnicę w południowej Francji. Krzewy winorośli nie są ogrodzone, a do gospodarstwa prowadzi jedynie drewniana brama. – Nie musimy się przed nikim odgradzać – mówi właściciel winnicy Mariusz Grabka. – Tu nikt nie przyjdzie i nie zerwie mi winogron. Ludzie szanują swoją pracę. Jedynymi nieproszonymi gośćmi są sarny, ale z nimi jakoś dajemy sobie radę.

    Praca i przyjemność

    Winnica nazwana od miejscowości Las Stocki jest od 7 lat własnością Mariusza i Beaty Grabków. Jeszcze całkiem niedawno rosło tu zboże. Małżeństwo spod Warszawy, zwiedzając Kazimierski Park Krajobrazowy, zakochało się chyba ze wzajemnością w tym terenie, bo rok po zakupie działki na lessowej ziemi bogatej w wapń rosło już 650 sadzonek winorośli. – Sadzonki dotarły w listopadzie 2008 roku z Włoch i Niemiec – opowiada Mariusz Grabka.

    – I choć wcześniejsze przygotowanie winnicy wymagało wiele pracy, to samo sadzenie było już przyjemnością – wspomina. – Wywiercone otwory, spulchniona gleba, dobra pogoda bez opadów – to wszystko pozwoliło nam w jeden dzień posadzić wszystkie sadzonki. Niestety, żeby z posadzonego winogrona było wino, trzeba niezwykłej cierpliwości. – Tu są skosy i wąskie rzędy i w związku z tym trudno się to uprawia. Chwasty wokół winorośli trzeba wyrywać ręcznie, bo nie można przecież pryskać herbicydami czegoś, co się później będzie piło – przekonuje właściciel. Za pomocą wyciągów z roślin: pokrzywy, skrzypu polnego i grejpfruta Grabkowie dbają o zdrowie swoich winorośli. – Cieszy nas ta praca, choć do łatwych nie należy – mówi Beata Grabka. – Już od lutego jest zajęcie. Robi się wtedy pierwsze opryski, kształtuje się winorośl, przywiązuje do drutów. Lato to mozolna praca z rośliną. Jesienią myje się zbiorniki, przelewa, miesza, dogląda procesu fermentacji – mierzy się poziom cukru, gęstość, pH. No i cały czas lęk, czy zamiast wina nie powstanie ocet – podkreśla.

    Lata wyrzeczeń

    Fermentacja wina, w zależności od odmiany, odbywa się od września do końca października. W tym roku gospodarze szacują, że ze swoich 25 arów powinni mieć około 1000 litrów wina. – Owoc posadzony w 2008 i 2009 r. w wielu przypadkach dopiero teraz nadaje się do tego, by móc z niego robić wino – opowiada pani Beata. – Długo czekaliśmy, by w końcu napić się własnego wina – śmieje. – A i tak w tym czasie wypadło nam kilka odmian – zauważa pan Mariusz. – Mróz przemroził. Dopiero uczyliśmy się, jak chronić poszczególne odmiany – przyznaje. Dziś jednak winnica państwa Grabków po kilku latach intensywnej pracy właścicieli ma się już całkiem dobrze. W tym roku Grabkowie zarejestrowali się jako producenci wina gronowego z własnych upraw i będą starali się o koncesję na sprzedaż rocznika 2014. Kilkadziesiąt butelek w przydomowej piwniczce, gdzie odbywa się cały proces tradycyjnego wytwarzania wina, czeka na znajomych i przyjaciół pomagających gospodarzom w winnicy. To głównie odmiany Solaris i Zweigelt.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół