• facebook
  • rss
  • Biskup na trudne czasy

    dodane 07.08.2014 00:00

    Bronił prawa do używania języka polskiego w kościołach. Przeciwstawiał się wszelkim formom rusyfikacji, a w czasie strajków szkolnych w 1902 i 1905 roku stanął po stronie polskich dzieci i polskiej młodzieży.

    Pochowany w krypcie lubelskiej archikatedry, pośród innych lubelskich biskupów, jest nieco zapomniany przez wiernych. Od jego śmierci minął równo wiek. Z tej racji lubelscy biskupi przypomnieli postać swego poprzednika, któremu przyszło kierować lokalnym Kościołem w bardzo trudnych czasach. Wywodził się z rodziny szlacheckiej. Jego bratankami byli społecznik Kazimierz Jaczewski i badacz Syberii Leonard Jaczewski.

    Kiedy rodził się Franciszek, dogasało właśnie powstanie listopadowe. Gdzieś jeszcze trwały potyczki, ginęli ludzie. Wielu już zsyłano na Sybir, inni uciekali na Zachód. W takiej atmosferze rósł. Uczył się w różnych szkołach. Nie była to łatwa sprawa, ale i z tym poradzili sobie jego rodzice, którzy w wykształceniu upatrywali nie tylko zdobywanie wiedzy, ale i kształtowanie patriotyzmu.

    Kapłaństwo i sprawa polska

    Franciszek postanowił zostać księdzem. Do seminarium duchownego wstąpił w roku 1850 w Janowie Podlaskim. Przez cztery lata studiował w Akademii Duchownej w Warszawie. W 1855 roku przyjął święcenia kapłańskie. Pierwszy wikariat wypadł mu w Sokołowie Podlaskim, niemal u siebie. Natomiast już od 1857 roku z nominacji bp. Beniamina Szymańskiego został wicerektorem seminarium janowskiego i profesorem Pisma Świętego oraz teologii moralnej. Lata powstania styczniowego przeżył u boku biskupa, w seminarium janowskim. Straszne były to czasy. To one hartowały młodego księdza i utwierdzały w bronieniu polskiej sprawy. Wraz z upadkiem powstania władze carskie zaczęły stosować różne represje i sankcje wobec Polaków. Jedną z nich była likwidacja diecezji podlaskiej. Ksiądz Franciszek Jaczewski opuścił Janów Podlaski i otrzymał nominację na rektora Wyższego Seminarium Duchownego w Lublinie. Funkcję tę pełnił przez 3 lata, potem został przeniesiony na probostwo w Stoczku Łukowskim. A po 13-letnim kierowaniu nim wrócił do Lublina na poprzednie stanowisko. W roku 1885 otrzymał godność kanonika katedralnego w Lublinie. W krótkim czasie kapituła wybrała go na wikariusza kapitulnego po śmierci ks. biskupa Kazimierza Józefa Wnorowskiego (zm. 1885), a także na administratora diecezji.

    pasterz lubelski

    W roku 1889 otrzymał nominację Stolicy Apostolskiej na pasterza diecezji lubelskiej. I tak stał się następcą nie tylko biskupa lubelskiego, ale i janowskiego, czyli podlaskiego. Uroczysty ingres do katedry lubelskiej odbył się 1 czerwca 1890 roku. Zawołaniem biskupim stały się słowa: „Nulla dies sine linea” (Ani dnia bez kroku naprzód), które zwracały uwagę na naukowe zainteresowania nowego pasterza i jego troskę o poziom wykształcenia duchowieństwa. Pracy miał dużo. Jednak nie zniechęcał się. Z całym poświęceniem oddał się tej nowej misji. Odwiedzał liczne parafie, udzielał sakramentu bierzmowania, konsekrował kościoły. Pamiętał o nauce i kulturze. Chciał, by księża byli wykształceni i służyli ludziom, mając do tego odpowiednie przygotowanie. Starał się też na różne sposoby pomagać unitom, którzy rozkazem carskim zostali włączeni do Cerkwi prawosławnej. Gdy carat wydał ukaz tolerancyjny, do Kościoła katolickiego włączył około 2 tys. dawnych unitów, którzy pozostawili narzucone im prawosławie. Bronił też prawa do używania języka polskiego w kościołach. Przeciwstawiał się wszelkim formom rusyfikacji. Dostrzegał narastające rozwarstwienie i zubożenie społeczeństwa. W 1891 roku wystosował do duchowieństwa odezwę o Towarzystwie Jedwabniczym, w której zachęcał do sadzenia drzew morwowych i hodowli jedwabników. Jednak te zabiegi nie znalazły większego odzewu. Popierał starania o poprawę losu robotników po zamieszkach rewolucyjnych w 1905 roku w Lublinie i Puławach. Wydał list mówiący o setkach zabitych i rannych, wzywał na modlitwę do katedry, do pojednania, do życia w prawdzie. Odszedł z tego świata w prze- dedniu wybuchu I wojny światowej, nie doczekawszy się wolności, o którą tak usilnie zabiegał. Na trzy dni przed śmiercią zażyczył sobie, aby ks. Józef Pruszkowski (1837–1925) zaśpiewał mu zakazaną wówczas pieśń: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Jego pogrzeb był wielkim wyznaniem wiary tysięcy uczestników przybyłych z Podlasia i Lubelszczyzny.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół