• facebook
  • rss
  • Moskwa to nie cały kraj

    ks. Rafał Pastwa

    |

    Gość Lubelski 40/2014

    dodane 02.10.2014 00:15

    O drodze do przyjęcia chrztu z rąk niemieckiego księdza, pracy fotoreporterki, o Rosji i wojnie na Ukrainie z Lidią Muhamadiejewą studiującą dziennikarstwo na KUL-u rozmawia ks. Rafał Pastwa.

    Ks. Rafał Pastwa: Pochodzisz z Czelabińska. O tym mieście ponoć krążą dowcipy jak o naszym Wąchocku.

    Lidia Muhamadiejewa: Ostatnio Czelabińsk kojarzy się najbardziej ze spadającymi meteorytami. W każdym razie jestem z Południowego Uralu.

    Jak trafiłaś do Polski?

    Pracowałam w Czelabińsku przez prawie pięć lat jako fotoreporterka w lokalnej gazecie, ale postanowiłam rozpocząć studia z reżyserii kina. Miałam w związku z tym odbyć staż w Nowosybirsku. Spotkałam tam księdza, misjonarza z Polski. Spodobało mi się, jak mówił po polsku. Wiedziałam wtedy tylko, gdzie jest Polska i to wszystko. Potem na praktyki skierowano mnie do Kazachstanu. Tam było więcej polskich kapłanów, więc poprosiłam, żeby mnie uczyli polskiego.

    Rosjanka z muzułmańskiej rodziny uczyła się polskiego od katolickich księży?

    Moi rodzice są Tatarami z Uralu i są muzułmanami, tak jak ich przodkowie. Ja natomiast i mój brat wstąpiliśmy do Kościoła katolickiego w 2006 roku. Rok później na Wielkanoc przyjęliśmy chrzest. Sakramentu udzielił nam Niemiec, ksiądz Wilhelm Palesch. Niestety wyjechał przed rokiem z Czelabińska, a teraz w parafii mamy dwóch księży: Słowaka i Rosjanina.

    Dlaczego postanowiłaś zostać chrześcijanką?

    Mój brat robił kiedyś wywiad z ks. Paleschem, bo też jest dziennikarzem. Po rozmowie z niemieckim kapłanem postanowił wrócić i porozmawiać z nim, ale już prywatnie. Potem zaprosił także mnie, żebym poszła z nim do kościoła. Mojemu bratu zawdzięczam to, że mnie wprowadził na tę drogę. Oboje odbywaliśmy roczny kurs wiary, poznawaliśmy katechizm i Ewangelię, by wreszcie przyjąć chrzest.

    Dlaczego wybrałaś studia akurat w Lublinie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim?

    Słyszałam o tej uczelni, gdy wracałam do Czelabińska przez Polskę ze Światowych Dni Młodzieży w Madrycie. A KUL wybrałam dlatego, że to katolicka uczelnia. Byłam też ciekawa, jak się studiuje na takim uniwersytecie, bo u nas w Czelabińsku katolicy to zdecydowana mniejszość. Najwięcej jest prawosławnych i muzułmanów, a katolicy stanowią tylko niewielki promil.

    Kiedy przyjechałaś do Lublina na studia?

    Rozpoczęłam studia na KUL-u w ubiegłym roku. Jestem stypendystką Fundacji Jana Pawła II. Nie jestem pierwszą stypendystką tej fundacji z Czelabińska. Mieszkam w domu fundacji w Lublinie.

    Jak Ci się mieszka w Lublinie?

    Atmosferę miejsca tworzą ludzie. A ludzie są tu przyjaźni życzliwi, tak jak w Czelabińsku. Choć czuje się tu w Lublinie atmosferę większego otwarcia na świat.

    Czy jako Rosjanka zauważasz dystans wobec Ciebie?

    Czasami tak. Ponadto człowiek dziwnie się czuje, gdy wchodzi do sklepu, a tam gazety, w których ciągle tylko Putin i Moskwa. To, co się dzieje na Ukrainie, nie jest dobre. Ale Rosja to coś więcej niż Putin i Moskwa. W Rosji żyją też inni ludzie, dobrzy i szlachetni. Jak ktoś mówi, że był w Rosji, bo widział Petersburg i Moskwę, to tak naprawdę nie ma pojęcia, czym jest Rosja.

    Wśród lubelskich studentów są też Ukraińcy. Dogadujecie się?

    W Domu Fundacji w Lublinie mieszka czwórka Rosjan i dziesiątki Ukraińców. Mało tego, mieszkam z Ukrainką w jednym pokoju. Rozmawiamy ze sobą także o tym konflikcie. Towarzyszy mi poczucie bólu i niesprawiedliwości, że ludzie giną. Staram się bardziej słuchać niż oceniać. Mam świadomość, że studenci z Ukrainy wiedzą lepiej ode mnie jak wygląda sytuacja w ich kraju. Rozszerzona wersja rozmowy dostępna na: lublin.gosc.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół