Nowy numer 16/2018 Archiwum

Dajcie mi chleba

Z księdzem prałatem Władysławem Kowalikiem, byłym więźniem obozu na Majdanku, uczestnikiem robót przymusowych w III Rzeszy, o wspomnieniach obozowych oraz o odkrywaniu Bożego piękna w każdych warunkach życia, rozmawia ks. Rafał Pastwa.

Ks. Rafał Pastwa: Niebawem 70. rocznica powstania Państwowego Muzeum na Majdanku. Ksiądz razem z rodzicami i rodzeństwem był więźniem tego obozu. Proszę opowiedzieć, jak to było.

Ks. prał. Władysław Kowalik: Pochodzę z Łukowej koło Biłgoraja. W 1942 roku zaczęła się pacyfikacja Zamojszczyzny. Działania hitlerowców dotknęły także powiat biłgorajski. 23 lipca 1943 roku Niemcy rozpoczęli przewożenie mieszkańców Łukowej do obozu na Majdanku. Byłem wtedy dzie- ckiem, miałem 5 lat. Moje wspomnienia są wyrywkowe.

Co Ksiądz prałat pamięta z tego czasu?

Już wcześniej docierały do nas informacje od partyzantów, że dochodzi do pacyfikacji polskiej ludności na terenach Zamoj- szczyzny. Wielu mieszkańców okolicznych wsi uciekało i kryło się w pobliskich lasach. Jednak 23 lipca Niemcy spędzili wszystkich mieszkańców Łukowej pod kościół parafialny. Podjechały ciężarówki i segregowano ludzi do wywózki.

Ja i moja rodzina pierwszym transportem, jaki wyruszył tego dnia, zostaliśmy przewiezieni na Majdanek. Ten moment mam w głowie, bo jako dziecko nie brałem wcześniej udziału w takich zgromadzeniach. Nigdy wcześniej nawet nie widziałem samochodu. Do dziś się wstydzę, bo zacząłem się cieszyć, że jadę samochodem. Dopiero gdy zobaczyłem wyraz twarzy rodziców i usłyszałem płacz ludzi, uświadomiłem sobie, że to, co się dzieje, nie jest wcale dobre. Jakże różni się psychika dziecka od dorosłego. Mama siedziała przy burcie samochodu, ponieważ na kolanach trzymała moją siostrę, która miała złamaną w łydce nogę. Przywieziono nas pod Majdanek i prowadzono do obozu. Siostra nie mogła iść, więc rodzice nieśli ją na rękach, pomagali także inni ludzie.

A w obozie?

Nie zapomnę, jak przeprowadzali nas przez tzw. łaźnię. Kazali się wszystkim rozebrać. Dzieci szły z matkami, mężczyzn prowadzono osobno. Jak weszliśmy do środka, uruchomiono lodowatą wodę. Za chwilę z góry spadł na nas wrzątek. To był szok, słychać było tylko wrzask. Po wyjściu dostaliśmy ubrania. Potem przeprowadzono nas na plac obozowy nr 5. Ojca zabrano do pracy obok obozu, a ja z trójką rodzeństwa zostałem z mamą.

Doskwierał wam głód?

Podczas jednego z apeli, w porze obiadowej, podjechała kuchnia obozowa. Mama powiedziała wtedy do mnie: „Idź, poproś o chleb”. Byliśmy ogromnie głodni. Więc poszedłem i poprosiłem: „Dajcie mi chleba”. Do dziś się dziwię, jak to się stało. Niemcy pozwolili i dostałem niewielki kawałek. Mama podzieliła to, co przyniosłem, między nas wszystkich i poprosiła, żebyśmy jedli powoli, żeby dłużej oszukiwać głód.

Trafiliście też na roboty do Niemiec…

Niemcy potrzebowali młodych ludzi do prac w gospodarstwach na terenie III Rzeszy. Wybierano zdrowe i młode rodziny do wywózki, wśród których znaleźliśmy się i my. Było to już pod koniec lipca 1943 roku. Załadowano nas do pociągu w Lublinie i dotarliśmy na teren Niemiec. Trafiliśmy do pierwszego bauera, który był bardzo surowy i źle nas traktował. W gospodarstwie pracowali rodzice oraz najstarszy brat. Starsza siostra sprzątała w domu u gospodyni, a ja i rok starsza siostra siedzieliśmy sami w domu. Było to w Stradow koło Cottbus. Po dwóch latach przeniesiono nas do majątku w Rietzneuendorf. Właściciel był na froncie, a gospodarstwem zarządzała jego żona. Była bardzo dobrą kobietą. Gdy nas przywieziono wieczorem do jej gospodarstwa, zaprosiła nas do swojego stołu, chciała poczęstować, ale my się baliśmy. Chciała mnie i młodszą siostrę zapisać nawet do niemieckiego przedszkola, ale mama się nie zgodziła.

Jakie były Wasze losy, kiedy kończyła się wojna?

Kiedy przyszła wiosna 1945 roku i front przesunął się pod Berlin, znów zaczął się strach. Uciekaliśmy przed Rosjanami razem z tą Niemką do lasu, bo baliśmy się, że nas wszystkich zabiją. Czerwonoarmiści kazali nam jednak wracać do Polski. Ojciec zdobył konia i wóz. Potem leczył rannego konia, który ledwo nas wiózł. Spod Berlina, na wozie, wróciliśmy do domu. Ale całą drogę przebyliśmy w strachu, bo wojsko rosyjskie wiele razy chciało ojca zatrzymać. Więc podróżowaliśmy także nocą. Po powrocie do rodzinnego domu tata zaczął odbudowywać gospodarstwo. Bóg okazał się większy niż wszelkie zło. Także w czasie wojny stawiał na naszej drodze dobrych i szlachetnych ludzi.

Zostało już niewielu świadków tamtych wydarzeń. Jak powinniśmy troszczyć się o pamięć?

Uważam, że to zadanie dla nas wszystkich. W historię Lublina wpisuje się przecież bolesne doświadczenie Majdanka. Także Kościół ma w tym względzie ważną rolę do spełnienia. Zwłaszcza w kwestii pojednania i przebaczenia. Pamięć o Majdanku powinna być wpisana w plan duszpasterski naszej archidiecezji. Każda rocznica związana z Majdankiem musi mieć także charakter religijny, a nie wyłącznie świecki. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma