• facebook
  • rss
  • Godzina pożegnania z życiem. Rocznica stanu wojennego

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 50/2014

    dodane 11.12.2014 00:00

    Stan wojenny. 13 grudnia 1981 roku. 1.30 w nocy. Do mieszkania państwa Szaciłowskich dobija się milicja. Kiedy otworzono drzwi, Stefan usłyszał: „Pójdzie pan z nami, proszę się tylko ciepło ubrać”. Właśnie zaczął się stan wojenny.

    Zima była mroźna. Śnieg przykrywał Lublin, do tego panował siarczysty mróz. W kraju było niespokojnie. Przez całą Polskę przelewała się fala strajków. Ludzie czuli, że ten system musi się zawalić. Nie wiedzieli tylko jak. – Przez chwilę myśleliśmy, że coś zaczyna się zmieniać na lepsze, gdy władze zgodziły się na powstanie Niezależnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Ja sam zostałem lektorem „Solidarności” czyli kimś takim, kto jeździł po różnych zakładach pracy na Lubelszczyźnie i zakładał w nich nowe związki. Myślałem sobie, że skoro tyle tysięcy ludzi się w nie angażuje, to damy radę coś zmienić. Pracowałem wtedy w Biurze Projektów Wiejskich w Lublinie. Kiedy dostaliśmy zlecenie na zaprojektowanie 1000 cielętników w przedziwnych miejscach Lubelszczyzny, które miały pomóc w zaopatrzeniu olimpiady w Moskwie w 1980 roku, wiedziałem, że paranoja władzy ludowej trwa w najlepsze. Upatrywałem więc w „Solidarności” wielką szansę na normalność – opowiada pan Tadeusz Zieliński, lubelski działacz „Solidarności”. Nie przypuszczał wtedy, że za tę wiarę w normalność przyjdzie mu trafić do więzienia.

    Konspirację przekazują w genach

    Walkę o wolną Polskę Szaciłowscy mają we krwi. Dziadkowie za swoje działania zostali zesłani na Sybir, ojciec walczył w powstaniu warszawskim, dla syna więc było naturalne zaangażowanie się w działania przeciw władzy ludowej PRL. – Byłem studentem polonistyki KUL. Już samo to czyniło mnie podejrzanym. A ja, jak większość moich kolegów z KUL, robiłem różne nielegalne rzeczy. Wydawaliśmy gazetki, czytaliśmy zakazane książki, uczyliśmy się prawdziwej historii. Któregoś razu na uczelnianej stołówce podszedł do mnie kolega Janusz Krupski i zapytał, czy można do mnie do mieszkania wstawić powielacz. Zgodziłem się. Pojechałem do domu i powiedziałem mamie, że od jutra będzie się u nas drukować materiały konspiracyjne. „Czego ode mnie oczekujesz?” – zapytała. Powiedziałem jej, że niczego, chcę tylko, żeby wiedziała. Dla niej było to normalne, w naszej rodzinie konspiracja przechodziła z pokolenia na pokolenie – opowiada Stefan Szaciłowski. Nauczony doświadczeniem swojej rodziny, wiedział, że za swoje przekonania i działania może skończyć w więzieniu lub nawet stracić życie. – Byłem świadomy niebezpieczeństwa, może w odróżnieniu od kolegów z „Solidarności”, którzy przecież wówczas działali legalnie za zgodą władz. Na co dzień jednak nie zastanawiałem się nad tym, czy mnie aresztują. Robiłem swoje. W 1981 roku byłem świeżo upieczonym absolwentem polonistyki, właśnie zaczynałem swoją pierwszą pracę związaną z kulturą i teatrem. Jak wszyscy próbowałem jakoś żyć w rzeczywistości kartek na wszystko, gdzie i tak nic nie można było kupić – wspomina. Fale strajków, które od 1980 roku przechodziły przez Lublin, sprawiały, że ludzie z jednej strony mieli nadzieję na zmianę, a z drugiej zachowanie władz budziło lęk.

    Pięścią w drzwi

    Zimą 1981 roku strajkowali między innymi studenci. Władze wykonywały nerwowe ruchy, sprowadzając do Lublina funkcjonariuszy z okolic. Szykowali się. O 1.30 w nocy z 12 na 13 grudnia do drzwi mieszkania Szaciłowskich zaczęli dobijać się milicjanci. – Do drzwi podeszła mama. Przez wizjer zobaczyła, że na korytarzu stoi milicja, powiedziała, żeby sobie poszli i przyszli o 6.00 rano, jak skończy się cisza nocna. Wydawało się nam, że odeszli, ale oni tylko poszli po łom. Kiedy zaczęli wyważać drzwi, zdecydowałem, że otwieramy. Weszli, zapytali, czy mieszka tu Stefan Szaciłowski, bezrobotny. Powiedziałem, że mieszka, ale mają nieaktualne informacje, bo ja od pół roku pracuję. To dało mi też pewność, że listy zatrzymanych były przygotowane już dawno i nieuzupełniane na bieżąco. Kazali mi się zbierać. „Tylko niech się pan ciepło ubierze” – powiedział jeden. Wiedziałem więc, że biorą mnie na dłużej – wspomina. Zawieźli Stefana na komendę przy ulicy Północnej. Tam przejął go jakiś funkcjonariusz, który odczytał mu, że w związku z wprowadzeniem stanu wojennego zostaje internowany we Włodawie. – Zapytałem, czy mogę zadzwonić do domu. Zaśmiał mi się w twarz. Nie zrozumiałem, dlaczego. Potem okazało się, że nie działały telefony. Chciano pozbawić ludzi możliwości komunikowania się. Tak więc nasi bliscy nie wiedzieli, co się z nami stało. Zapakowano nas kilku do małej więźniarki i ruszyliśmy. Jeden z zatrzymanych ze mną kolegów pochodził z Cycowa, znał wiec dobrze drogę do Włodawy. Wyglądał przez szparę w więźniarce i informował nas, że rzeczywiście jedziemy we wskazanym kierunku. Nagle zbladł i powiedział: „skręcamy w polną drogę do lasu”. Wszystkim przeszła przez głowę myśl, że nas rozstrzelają. Pamiętam do dziś, że zakląłem, co rzadko mi się zdarzało, i pomyślałem, że tylu rzeczy jeszcze w życiu nie zrobiłem. Po godzinnym postoju w lesie ruszyliśmy dalej do więzienia we Włodawie, ale tamtą godzinę życia pamiętam do dziś wyraźnie – wspomina.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół