• facebook
  • rss
  • Byłam nad, jestem obok

    dodane 08.01.2015 00:00

    O tym, kto może być mistrzem, jak znaleźć czas na czytanie książek oraz zajrzeć w głąb siebie, z Małgorzatą Wyżlic, dyrektorEM Szkoły Podstawowej „Skrzydła”, która jako pierwsza w województwie postanowiła wprowadzić do programu edukacji tutoring, rozmawia Justyna Jarosińska.

    Justyna Jarosińska: Kiedyś, szczególnie wśród arystokracji, znane było pojęcie guwernera. Czy dzisiejszy tutor to ktoś na wzór ówczesnego domowego nauczyciela?

    Małgorzata Wyżlic: Idea tutoringu wywodzi się z edukacji angielskiej, ale rzeczywiście znana jest od wieków. Jej zasadą jest bezpośredni kontakt uczeń–mistrz. Ich spotkanie to najistotniejszy element współpracy. Mistrz rozumiany tu jest jako towarzysz dzielący się swoim doświadczeniem, swoją wiedzą i umiejętnościami, ale także jako ten, który w kontakcie z uczniem sam też zyskuje.

    Skąd wziął się pomysł, by wprowadzić do szkoły podstawowej tutoring?

    Od początku funkcjonowania naszej placówki wprowadziliśmy ideę opiekuna osobistego, a w zasadzie opiekuna rodziny. Widzimy bardzo dobre rezultaty tej ścisłej współpracy, szczególnie w klasach I–III. Natomiast nasze doświadczenie z dziećmi starszymi pokazuje, że przychodzi moment, gdzie mimo dobrej współpracy z całą rodziną lepsze rezultaty dla samego dziecka daje realna, indywidualna praca z nim samym. I nie chodzi tu o to, by rodziców odstawić na boczny tor. W pracy tutorialnej cele ustalane są razem z uczniem i to on określa, przy pomocy tutora, nad czym chce pracować. Tutor mu w tym towarzyszy, ale w naszym pomyśle na tę współpracę kontaktuje się również z rodzicami, żeby na bieżąco informować ich o pracy, jaką wykonuje dziecko. Chcemy, by na poziomie klas startowych funkcjonował zbliżony do idei opiekuna osobistego tzw. tutorial rodzinny, a na poziomie klas IV–VI oraz gimnazjum zaplanowaliśmy dla ucznia możliwość wyboru między opiekunem osobistym a tutorem. W tutoringu bardzo ważna jest dobrowolność, szczególnie że w tej idei współpracy dziecko wykonuje większość pracy samo.

    Jak w takim razie wygląda taka współpraca między tutorem a uczniem i co ona mu daje?

    Dziś mówi się w szkole bardzo dużo o indywidualizacji nauczania. Te idee są mądre, ale przy klasie 30-osobowej nie do zrealizowania. W tutorialu chodzi o to, by dziecko poznało swoje mocne i słabe strony. By uczyło się pracować ze sobą, korzystając ze swoich mocnych stron i by je wykorzystywało w pracy ze swoimi słabymi stronami. Spotkania z tutorem odbywają się raz w tygodniu i nadają pewien kierunek pracy. Dziecko jednak musi widzieć cel tych spotkań i musi wiedzieć, dlaczego coś chce robić. W tutorialu ogromną wagę odgrywa samoświadomość. Uczeń zyskuje wgląd w siebie i zaczyna rozumieć własne motywy postępowania – dlaczego coś robi albo czegoś nie robi. Otrzymuje tym samym narzędzia, które mogą mu pomóc w przyszłości osiągnąć poważne cele. Dzięki tutoringowi może się nauczyć, że każda próba jest zwycięstwem, a porażka jest w porządku, jeśli wyciągnie z niej wnioski. Oficjalnie z tutorialem w szkole ruszymy na przełomie stycznia i lutego, natomiast ja sama od jakiegoś czasu pilotażowo prowadzę tutoriale z dwoma uczniami. Jeden ma 10, drugi 11 lat. Muszę powiedzieć, że to bardzo ciekawe doświadczenie. Wcześniej byłam ich opiekunem osobistym, więc znam te dzieci i znam ich rodziny. Tutoriale pozwalają mi zobaczyć ich jednak zupełnie z innej perspektywy. W funkcji opiekuna osobistego byłam nad uczniem, natomiast w funkcji tutora jestem obok. Jeden z moich podopiecznych stwierdził na przykład ostatnio, że chciałby czytać książki, ale nie ma kiedy. Postawiliśmy sobie za cel, by do końca marca przeczytał trzy powieści spoza kanonu lektur. Można powiedzieć: „Co to za cel?”. Ale tak naprawdę to wymaga od dziecka przygotowania konkretnego planu. Dzięki – wydawałoby się – prozaicznej rzeczy dowiaduje się, że jeśli chce coś osiągnąć, musi to zaplanować. Przy okazji wychodzą różne problemy, m.in. to, że dziecko być może nie umie planować albo nie lubi. Jeśli uczniowi uda się zrealizować zamierzony cel, zdobyte doświadczenie da mu poczucie siły. Jeśli mu się nie uda, będziemy podczas tutorialu omawiać, dlaczego tak się stało.

    Mamy więc ucznia, a co z tutorem? Czy musi on mieć jakieś specjalne przygotowanie do bycia mistrzem?

    No właśnie, tak naprawdę najważniejszy w tutoringu jest sam tutor. Czyli – po pierwsze – musi to być osoba, która ciągle jest w drodze. Nie może to być ktoś, kto mówi o sobie: „Ja już wszystko wiem, ja już wszystko umiem”. To, co ja aktualnie robię z moimi podopiecznymi, każe mi stawiać pytania o mnie: jak ja sama planuję, czy umiem planować, jak osiągam swoje cele. Tu przecież chodzi właśnie o to, by dzielić się swoim doświadczeniem z dzieckiem. W tutorialach pracujemy na wartościach. Wychowujemy do praktykowania cnót: do męstwa, wytrwałości, pracowitości i odpowiedzialności. Stąd tutor to osoba, która musi wiedzieć, jakie cnoty są jej cnotami deklaratywnymi i jakimi cnotami tak naprawdę żyje. My w naszej szkole aktualnie przygotowujemy do funkcji tutora większość kadry. Chcemy stworzyć specjalne narzędzie do doboru dobrego podopiecznego dla konkretnego tutora. Najważniejsze jest, by obie strony chciały ze sobą współpracować.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół