• facebook
  • rss
  • To nie bajka o dobrej wróżce

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 02/2015

    dodane 08.01.2015 00:00

    Nie czuje się osobą wyjątkową. Pomaga, bo ma czas i lubi ludzi. Andrzej Fryzel w lubLINIE uczy uchodźców języka polskiego.

    Niektórzy uciekli ze swoich domów w popłochu jak najdalej od wojny. Słyszeli od znajomych, że jak dotrą do Polski, to się nimi ktoś zajmie, dostaną schronienie, jedzenie, pracę, lepsze życie. Na granicy więc proszą o azyl. Trafiają do jednego z ośrodków dla uchodźców w Polsce. Na Lubelszczyźnie są takie trzy, w tym w Lublinie jeden. – Większość z tych ludzi ma fałszywe informacje na temat praw i warunków dla uchodźców w Polsce. Ktoś im coś naopowiadał, a wyobraźnia podsunęła obrazy, jakich w rzeczywistości nie ma – martwi się Urszula Czegus, koordynator programu „W drodze – wolontariat na rzecz uchodźców” z lubelskiego Centrum Wolontariatu. – Bycie uchodźcą to nie bajka o dobrej wróżce, która spełnia życzenia. Bycie uchodźcą to trudna sprawa, konieczność uczenia się obcego języka, mieszkania w ośrodku bez luksusów, załatwianie setek dokumentów i czekanie na decyzję władz RP o prawie pobytu lub konieczności powrotu do kraju swego pochodzenia – mówi Urszula Czegus. Żeby mimo wszystko pomóc tym, którzy zdecydowali się uciekać do Polski czy przez Polskę, zastęp wolontariuszy z Centrum Wolontariatu w Lublinie uczy ich języka polskiego, organizuje zajęcia dla dzieci, spotkania na temat kultury i tradycji w Polsce, by pomóc przystosować się do całkiem nowych i zupełnie innych warunków niż te, które znają.

    Coś dla mnie

    Andrzej Fryzel skończył filologię rosyjską. Pracy w zawodzie nauczyciela języka rosyjskiego nie szukał. Pracuje jako przedstawiciel handlowy. – Moje spotkanie z wolontariatem nie należy do nadzwyczajnych – przyznaje. – Miałem czas i chciałem go jakoś pożytecznie zagospodarować. Usłyszałem o naborze do wolontariatu i poszedłem na spotkanie. Zainteresowały mnie dwa programy spośród wielu prezentowanych. Jeden to „Gorący patrol” spieszący z pomocą bezdomnym, drugi był program pomocy uchodźcom. Okazało się, że w tym drugim bardzo się przyda moja znajomość rosyjskiego, więc wybór był prosty. To było coś dla mnie – opowiada Andrzej. Zaczął jeździć do ośrodka dla uchodźców na Wrońskiej w Lublinie i uczyć ich polskiego oraz prowadzić zajęcia z polskiej kultury. – To ludzie o zupełnie innej tradycji. Gdy w jednym z urzędów pani poprosiła siedzącego mężczyznę, by ustąpił miejsca kobiecie, ten był zaskoczony. W Czeczenii nigdy z taką sytuacją się nie spotkał. Nasze zajęcia mają oswajać uchodźców ze zwyczajami i normami panującymi w Polsce tak, by unikać podobnych sytuacji – mówią wolontariusze.

    Polski w trzy miesiące

    Poważne zadanie stanęło przed Andrzejem przed wakacjami. Do lubelskiego ośrodka dla uchodźców trafiły dwie ukraińskie rodziny z dziećmi. Troje z nich było w wieku nakazującym podjęcie obowiązku szkolnego. Dwoje od września miało zacząć się uczyć w liceum, jedno w gimnazjum. Żadne po polsku nie mówiło. Uchodźcy najczęściej nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich dzieci będą zobowiązane do podjęcia nauki w Polsce. Jak się okazało, dla ukraińskich nastolatków nie było to problemem. – Różnie bywa z nauką polskiego, to naprawdę trudny język i zdarza mi się przez wiele lekcji wprowadzać alfabet, ale tym razem chęć do nauki i determinacja moich uczniów były ponad wszystko. Spotykaliśmy się trzy razy w tygodniu, a dzieci wręcz chłonęły wiedzę. Z koleżanką uczyliśmy ich nie tylko prostych formuł niezbędnych do dogadania się w codziennym życiu, ale i języka specjalistycznego używanego na lekcjach matematyki, chemii, biologii – wspomina Andrzej. Po trzech miesiącach dzieci poszły do szkoły i okazało się, że doskonale sobie radzą. Dziś już sporadycznie proszą Andrzeja o przetłumaczenie czegoś. – Ostatnio tłumaczyłem im „Mitologię”, bo przerabiali taki temat w szkole. Zdarza się także, że tłumaczę im coś z historii, co trudno im zrozumieć, ale poza rzadkimi przypadkami radzą sobie same – podkreśla. Jest bardzo dumny ze swoich uczniów, ale nie uważa ich osiągnięć za swój sukces. – To po prostu bardzo zdolne dzieciaki i bardzo zdeterminowane. Bez ich zaangażowania moje wysiłki nie przyniosłyby żadnych rezultatów – podkreśla. Za poświęcony czas, otwartość, wysiłek i zwykłą radość, jaką Andrzej wnosi w życie uchodźców, został nominowany do nagrody wolontariusza roku Lubelszczyzny. Razem z nim zgłoszono 9 innych wolontariuszy. Kapituła jednak zdecydowała, że to on otrzyma tytuł. Dla niego samego było to wielkim zaskoczeniem. – Nie robię nic nadzwyczajnego, pomagam, jak potrafię, ale nie robię tego dla tytułów czy nagród. Uważam po prostu, że jeśli można się czymś podzielić z innymi, jakoś komuś pomóc, to warto to robić – mówi wolontariusz roku.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół