• facebook
  • rss
  • Ksiądz na wagę złota

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 04/2015

    dodane 22.01.2015 00:00

    Przez myśl mu nie przyszło, że kiedykolwiek przyjedzie do Polski i że właśnie tutaj zacznie spełniać się jego marzenie. Ashur Temurazovi w ciągu czterech miesięcy nauczył się języka polskiego i zaczął studia teologiczne.

    Jego rodzina mieszka w Gruzji od kilku pokoleń, choć Gruzinami z pochodzenia nie są. Mówią o sobie Asyryjczycy. W domu posługują się językiem staroaramejskim, być może bardzo podobnym do tego, w którym mówił Jezus. To On wyznacza też historie ich życia. – Dziadek mojej babci mieszkał w Iraku, ale tam zaczęło się prześladowanie chrześcijan. Zabrał swoją rodzinę i wolał opuścić miejsce swego zamieszkania niż wyrzec się wiary – opowiada Ashur. Przeprowadzili się do Iranu, ale długo tam w spokoju nie zamieszkali. Wyjechali do Turcji. – Tam urodziła się moja babcia. Dziadkowie myśleli, że w tym kraju, gdzie działał św. Paweł, znajdą spokój i możliwość wyznawania swojej wiary – tłumaczy. Jednak i tym razem byli w błędzie. To był początek XX wieku. W Turcji wrogość wobec chrześcijaństwa zamieniła się w ludobójstwo Ormian, a przy okazji śmierć groziła wszystkim, którzy przyznawali się do Jezusa. Dziadkowie znowu musieli uciekać. Tym razem wybrali Azerbejdżan. Tam mieszkali kilka lat. – Moja babcia dorosła, spotkała dziadka, za którego wyszła za mąż i z nim przyjechała do Gruzji. Tu urodził się mój tata. Kiedy dorósł, spotkał piękną dziewczynę z Armenii. To była moja mama. Pobrali się, zamieszkali razem w małym gruzińskim miasteczku Gardabani, 40 km od Tibilisi, gdzie urodziłem się ja i moje rodzeństwo – mówi Ashur.

    Kraj dla wszystkich

    Historia jego rodziny pokazuje, jak ważna od pokoleń była w tej rodzinie wiara. Gruzja jest krajem w większości prawosławnym, ale pokojowo żyją tam także chrześcijanie, żydzi, muzułmanie. – Nas, chrześcijan, jest stosunkowo niewielu, więc i parafii katolickich dużo nie ma. W naszym Gardabani nie ma katolickiego kościoła, najbliższy jest w Tbilisi. Teraz to nie problem, gdy prawie każdy ma samochód, jest komunikacja, żeby pojechać te 40 km na Mszę, nawet w dzień powszedni, ale moi dziadkowie, a nawet rodzice przed laty do kościoła chodzili pieszo. Musiał być naprawdę jakiś poważny powód, żeby opuścić niedzielną Mszę święta – opowiada. Sam Ashur wspomina, że od zaw- sze w kościele czuł się dobrze. – Kiedy przychodziłem na Mszę, czułem jakiś taki wielki spokój. Widocznie Bóg w niebie miał taki plan dla mnie – zastanawia się. – W naszej parafii w Tbilisi jest ksiądz z Polski. Z nim rozmawiałem o swoim powołaniu. Gdy patrzyłem na jego pracę, jak oddaje cały swój czas ludziom, jak mówi pięknie o Bogu, jak zawsze można liczyć na jego pomoc, myślałem, że ja też tak chcę. I kiedy tak myślałem, czułem się szczęśliwy – przyznaje.

    Do dalekiego kraju

    Gdy podjął decyzję, że chce zostać księdzem, polski kapłan zaproponował mu pomoc w dostaniu się do polskiego seminarium. Po porozumieniu z miejscowym biskupem wysłano do kilku seminariów w Polsce zapytania o możliwość przyjęcia na studia kleryka z Gruzji. Lublin odpowiedział pozytywnie. – W naszym seminarium jest wieloletnia tradycja przyjmowania na studia kandydatów do kapłaństwa z innych krajów, które u siebie nie mają możliwości kształcenia księży – mówi ks. Wojciech Rebeta, ojciec duchowny z lubelskiego seminarium. – W murach naszego seminarium studiują razem katolicy i grekokatolicy, więc prośba z Gruzji nie była dla nas czymś nadzwyczajnym – dodaje. Kiedy Ashur powiedział o swojej decyzji, w domu w pierwszej chwili zapanowała konsternacja. – Moja rodzina naprawdę kocha Pana Boga, ale w pierwszej chwili mama, gdy usłyszała, że chcę być księdzem i jechać na studia do Polski, zachwycona nie była. Jestem jej najmłodszym dzieckiem i chyba miała nadzieję, że najdłużej zostanę pod jej opieką, a potem się ożenię i będzie miała wnuki blisko siebie. No ale Pan Bóg ma chyba dla mnie inny plan – podkreśla.

    Nie mam czasu na tęsknotę

    Do Lublina przyjechał w październiku na studia, nie znając języka polskiego. Jednak jego zapał i determinacja okazały się ogromne. – Wiem, że mówię słabo, ale rozumiem prawie wszystko, a na wykładach, jak czegoś nie wiem, to potem pytam kolegów i oni mi wyjaśniają po polsku lub po angielsku. Każdą wolną chwilę staram się wykorzystać na naukę języka, by jak najszybciej móc w pełni uczestniczyć w życiu seminaryjnym. Na ile dobrze rozumiem wykłady, okaże się pewnie przy pierwszej sesji egzaminacyjnej – uśmiecha się kleryk. – Na każdym kroku spotykam się z wielką życzliwością ludzi, i w seminarium, i poza nim. Wystarczy zapytać czy poprosić o coś i wszyscy chętnie pomagają. Tylko nie spodziewałem się, że w Polsce jest tak zimno. U nas w Gruzji też jest zima, ale kiedy u was trzeba zakładać kurtkę z pierza, czapkę, szalik, a i tak się marznie, u nas wystarczy sweterek – podkreśla. Za Gruzją na razie nie tęskni, bo... nie ma czasu. Nauka języka, studia, czas na modlitwę, nowe środowisko. – Mam tyle wrażeń, że o tęsknocie na razie nie ma mowy. Może jak dzwonię do domu, trochę żal, że nie mogę zobaczyć się z bliskimi, ale oni już się pogodzili z moją decyzją i mnie wspierają, więc jest mi łatwiej odkrywać drogę, którą Bóg dla mnie przygotował – przyznaje Ashur. Przed nim 6 lat studiów zanim zostanie kapłanem. Jeśli mu się to uda, chce wracać do Gruzji, bo, jak mówi, tam każdy ksiądz jest na wagę złota.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół