• facebook
  • rss
  • Nie żałuję żadnego dnia

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 05/2015

    dodane 29.01.2015 00:00

    Jej życie jest przykładem, że jak coś ofiaruje się Panu Bogu, to On w zamian oddaje z nawiązką. Siostra Zofia Józefa Zdybicka, Urszulanka Serca Jezusa Konającego, jest jedną z najstarszych sióstr zakonnych w Lublinie.

    Jest w zakonie ponad trzy razy dłużej, niż trwało jej życie, zanim zdecydowała się zostać zakonnicą. Ma 86 lat i podkreśla, że przez ten czas nie było ani jednego dnia, w którym żałowałaby swojej decyzji. A ta wcale nie była łatwa. – Od dzieciństwa chodziły mi po głowie myśli, by zostać zakonnicą. Nie marzyły mi się małżeństwo i dzieci. Marzyłam za to, że któregoś dnia znajdę jakiś klasztor, w którym będę mogła spędzić resztę życia – wyznaje. – Dziś z perspektywy tak wielu lat widzę, że to Pan Bóg dawał mi znaki, jaki ma plan dla mojego życia – wspomina siostra Zofia. W jej rodzinnym domu w Kraśniku, gdzie mieszkała z mamą i starszą siostrą po śmierci ojca, wiara była bardzo żywa, ale nigdy nikt nie rozważał życia w zakonie. Gdy Zofia zaczęła przebąkiwać, że rozważa taki scenariusz, spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem matki. – Nigdy nie miałam kontaktu z żadną siostrą zakonną, nie wiedziałam, jakie zakony istnieją i jak się do nich dostać, mimo tego nabierałam pewności, że to właśnie jest moja droga – opowiada.

    Determinacja

    W Kraśniku w czasie okupacji była tylko szkoła handlowa, do której Zofia uczęszczała, nie można było jednak zrobić w niej matury. Dziewczyna jednak zawsze bardzo dobrze się uczyła i mama chciała, by zdała maturę, a potem poszła na studia. Tak trafiła na dwa lata do Lublina do szkoły Vetterów, gdzie mogła uzupełnić wykształcenie. – Wspominam te lata jako wspaniały okres w moim życiu. To wtedy, jako młodziutka dziewczyna, słuchałam kazań lubelskiego biskupa Stefana Wyszyńskiego. Czasem widywałam go na ulicy, jak szedł w szarym płaszczu do kościoła na Fabryczną, gdzie głosił kazania dla robotników – przywołuje sytuacje sprzed lat s. Zofia. Im bliżej było matury, tym rosła w niej pewność, że zostanie siostrą zakonną. Wraz z jej determinacją, rósł też sprzeciw bliskich, którzy powtarzali, żeby najpierw skończyć studia, a potem decydować o takich rzeczach.

    (Nie)przypadkowa spowiedź

    – Ja jednak nie chciałam czekać. Zdałam właśnie maturę i chciałam już być w jakimś zgromadzeniu. Tylko nie miałam pojęcia w jakim. Zaczęły się wakacje. Byłam w Lublinie w pierwszy piątek miesiąca i poszłam do spowiedzi do kościoła jezuitów, gdzie zwykle lubiłam się modlić. Nie zamierzałam akurat opowiadać o swoich rozterkach i historii życiowej. Wyspowiadałam się i chciałam iść, gdy ojciec jezuita zapytał mnie, ile mam lat i co robię. Powiedziałam, że 20, właśnie zdałam maturę i chcę wstąpić do zakonu, ale nie mam pojęcia do jakiego. Tak od słowa do słowa dowiedziałam się o urszulankach, a nawet dostałam książkę o matce Urszuli Ledóchowskiej – opowiada siostra Zofia. Okazało się, że jezuita był wychowankiem Urszuli Ledóchowskiej i miał kontakt z siostrami. Zofia wróciła do domu. Usiadła w swoim pokoju, otworzyła książkę i zaczęła czytać. Wstała dopiero wtedy, gdy przeczytała całą. Wraz z ostatnią stroną książki była gotowa się spakować i jechać do Pniew. Przygotowania trwały dwa miesiące. Trzeba było zgromadzić niezbędne dokumenty, spakować jakieś osobiste drobiazgi, przygotować małą wyprawkę. – Pomogła mi starsza siostra, szyjąc bieliznę pościelową. Byłam gotowa. 24 września przekroczyłam próg naszego domu w Pniewach – wspomina. W rozmowie z matką przełożoną o swoim pragnieniu i wątpliwościach związanych ze studiami, usłyszała, że będąc w zakonie, też można studiować. Na razie zaprowadzono ją do refektarza, gdzie zgromadziła się cała wspólnota urszulanek, jakieś 120 sióstr, przedstawiono ją jako tę, która pragnie do nich dołączyć ofiarowując swoje życie Bogu. – Poczułam się wtedy jak w domu – wraca pamięcią do 1948 roku s. Zofia.

    Siostra Józefa

    Jako że miała skończoną szkołę handlową, skierowano ją do Otorowa pod Pniewami, gdzie siostry prowadziły dom dziecka i powierzono pieczę nad kasą i księgowością. – Po kilku dniach przeszkolenia prowadzonego przez siostrę Ledóchowską, siostrzenicę św. Urszuli, powierzono mi pieczę nad całymi finansami domu. Dziś z podziwem patrzę na tamte siostry, które młodej dziewczynie, nieznanej sobie przecież, z ufnością oddały tak ważne sprawy – opowiada. Tam pracowała i formowała się przez kolejne lata s. Zofia, która jako imię zakonne wybrała sobie Józefa. – Zawsze miałam szczególne nabożeństwo do św. Józefa, a w zakonie stał mi się jeszcze bliższy. Jego więc wybrałam sobie na patrona i zaczęłam być siostrą Józefą. Potem, po latach, gdy przyszło mi pełnić różne funkcje i reprezentować zgromadzenie, podpisując dokumenty, miałam wiele problemów z posiadaniem dwóch imion, a w zasadzie to czterech, bo rodzice nazwali mnie Zofią Różą, a w zakonie byłam Marią Józefą. Dziś już nie praktykuje się przyjmowania imion zakonnych z powodu zawiłości administracyjnych – dodaje.

    Spełnienie młodzieńczych marzeń

    Podejmując różne obowiązki czasem myślała o studiach, ale jako że nikt jej nie proponował takiej możliwości, pogodziła się z tym, że nigdy studiów nie skończy. – Wybierałam życie zakonne, a nie naukę, więc w końcu po kilku latach jakichś tam nadziei na studia, ze spokojem serca zrezygnowałam z tego marzenia dla Pana Boga. Wtedy niespodziewanie zawołała mnie przełożona i powiedziała, bym zdecydowała, co chcę studiować. Wybrałam filozofię, bo wówczas teologię mogli studiować tylko księża – wspomina. Na studia skierowano ją na KUL. Wróciła do Lublina, gdzie była już wspólnota urszulańska, gdyż uczelnia prosiła urszulanki, by zaopiekowały się studentkami. Siostry prowadziły dom studencki i „kulowskie” gospodarstwo, hodując świnie, krowy, uprawiając ziemię i sad. Po skończeniu studiów, siostra Zofia mogła robić doktorat, ale przełożeni uznali, że dalsze wykształcenie nie jest jej potrzebne i skierowali ją do różnych zwykłych posług w swoich domach. Jednak po kilku latach nowa matka generalna zdecydowała, by siostra wróciła na KUL i doktorat napisała. Tu miała szczęście współpracować z o. Krąpcem i ks. Karolem Wojtyłą. Ten osobiście napisał list do matki przełożonej, prosząc o pozwolenie dla siostry Zdybickiej na zrobienie habilitacji. Tak się stało. Od tamtego czasu przez resztę życia s. Zofia była związana z KUL. – Patrząc z perspektywy lat, widzę wyraźnie, jak Pan Bóg zrealizował po swojemu moje marzenia. Skończyłam studia, a nawet zostałam profesorem. Poznałam wielu wspaniałych ludzi, mogłam odwiedzić wiele niezwykłych miejsc na świecie. To więcej niż oczekiwałam. Dziś, mając za sobą 66 lat życia zakonnego, nie żałuję ani jednego dnia – podkreśla s. Zdybicka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół