• facebook
  • rss
  • U nas jednakowoż nie padało

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 14/2015

    dodane 01.04.2015 00:00

    – W Wielkanoc księża mają dużo pracy, nie ma więc czasu na tęsknotę. Zresztą nie ma co tęsknić, bo radość ze Zmartwychwstania w każdym miejscu na świecie jest tak samo wielka – opowiada biskup senior.

    Wielkie porządki zwiastowały nadchodzące święta. Zima, po której trzeba było posprzątać, odchodziła, a wiosna przynosiła nowe życie. Tak jak Zmartwychwstanie. – Święta mojego dzieciństwa to czas przedsoborowy – opowiada bp Ryszard Karpiński. – Msze odbywały się po łacinie, a nabożeństwo Wielkiej Soboty było przed południem. Po Wielkim Piątku, kiedy nawet dzieci obowiązywał post ścisły, nadchodziła Wielka Sobota i ja, jako najmłodszy, miałem wtedy dwa zadania: zanieść do kościoła święconkę i zdobyć wodę święconą, którą w niedzielny poranek ojciec kropił pola, by dobrze rodziły – wspomina.

    Trochę siły, trochę sprytu

    Do kościoła w Michowie z rodzinnej wsi państwa Karpińskich – Rudzienka – były 2 kilometry. – To jakieś pół godziny marszu. Jak nauczyłem się jeździć na rowerze, to na piechotę rzadko chodziłem. Nawet talerz ze święconką wiozłem rowerem i nigdy się nie przewróciłem. Zdobycie święconej wody w Wielką Sobotę to nie była prosta sprawa. Podczas liturgii kapłan święcił wodę w wielkim pojemniku i każdy chciał jej trochę nabrać. Liczyło się, żeby właśnie tą wodą poświęcić pola i mieć ją do dyspozycji przez cały rok. Każdy się pchał, by mu nie zabrakło. Był ścisk i trzeba było mieć silne ramiona lub nie lada zwinność, by napełnić nią własną butelkę. Do tej butelki należało wrzucić choćby mały węgielek z poświęconego w tym dniu ognia. Na szczęście zawsze mi się udawało – opowiada bp Ryszard. W pamięci utkwiły mu też pierwsze święta wielkanocne, które przeżywał jako kleryk. – Przyjechałem na święta do domu i pomagałem w kościele. Mój proboszcz poprosił wtedy, żebym w Wielką Sobotę objaśniał czytania, których było 12. Ksiądz wszystko czytał po łacinie. Dostałem książki, żeby się przygotować. Tak się przejąłem rolą, że nie zauważyłem, że ksiądz jest już przy 6. czytaniu, a ja wciąż objaśniałem pierwsze. Dopiero kiedy po łacinie zwrócił mi uwagę, zorientowałem się, że zostałem daleko w tyle – wspomina bp Ryszard.

    Mama się nie myli

    Kolejne wyjątkowe święta, całkiem inne niż te w Polsce, przeżył, będąc studentem w Rzymie. – Moja mama zawsze powtarzała, że odkąd sięga pamięcią, w Niedzielę Wielkanocną nigdy nie pada deszcz. W Wielką Sobotę lub w Poniedziałek Wielkanocny może, ale w niedzielę nigdy. Kiedy obudziłem się w Rzymie w niedzielny poranek, padało. Było to dla mnie takim zaskoczeniem, że napisałem do mamy list, informując ją o tym fakcie. Ona odpisała mi szybko, donosząc: „U nas jednakowoż nie padało”. Widocznie to łaska udzielana lokalnie – śmieje się biskup. Rzymska Wielkanoc to przeżycie całkiem innego rodzaju.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół