• facebook
  • rss
  • Teraz mamy nowy świat

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:15

    Wilków po powodzi. Minęło pięć lat, a mieszkańcy gminy Wilków o każdej porze dnia i nocy są w stanie podać dzień i godzinę, kiedy skończył się dla nich stary świat. Zbudowali nowy. Lepszy i ładniejszy. Oby tylko Wisła znów go nie zabrała.

    Piątek 21 maja 2010 roku, 16.30. Pęka wał w Zastowie. Wisła wdziera się na teren gminy, zalewając ją niemal w 100 procentach. Rozlewisko rozciąga się na 15 km. W powódź nikt nie wierzył, choć od wielu dni strażacy, wojsko, wolontariusze pilnowali wałów. Mówiono, że ich wysiłki mogą nie przynieść oczekiwanych rezultatów. – Oczywiście każdy z nas przygotowywał się na podtopienia. Wilków zawsze był terenem zalewowym, więc pamiętaliśmy, by w piwnicach nie trzymać nic cennego, a jak jest alarm przeciwpowodziowy, to z parteru wynieść na piętro rzeczy, które nie lubią wody. Mieliśmy w głowie lata 1997 i 2000, kiedy też groziła nam powódź. Wówczas nawet wójt nakazał przymusową ewakuację wszystkich mieszkańców. Opuściliśmy domy, ale poza podtopieniami i wodą w piwnicach nic się nie stało. Teraz więc, gdy znowu mówiono o ewakuacji, ale dobrowolnej, a nie bezwzględnej, jakoś nikt bardzo się nie przejął – wspominają mieszkańcy gminy.

    Dobytek na strychu

    Sytuacja na wałach była coraz bardziej dramatyczna. Przesiąki były już tak duże, że prawdopodobieństwo przerwania wału zbliżało się niemal do 100 proc. – Nie jestem panikarą. Przeżyłam już niejedno podtopienie, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, więc nie zamierzałam się ewakuować nawet wtedy, gdy po wsi jeździły autokary, które chciały zabierać ludzi w bezpieczne miejsce. Kiedy jednak mój szwagier, który jest strażakiem, przyjechał powiedzieć, żeby przygotować się na powódź, potraktowałam to serio. Byłam w domu sama z dwoma synami. Jeden miał pięć lat, drugi 12. Wszystko, co się dało, wynieśliśmy na strych. Na dole zostały tylko ciężkie meble. Szkoda mi było jeszcze pralki i lodówki, więc poprosiłam sąsiada, by mi pomógł je postawić choć na stół. Śmiał się ze mnie, że jestem panikara – opowiada pani Iwona. Na wszelki wypadek spała z synami na strychu. Rano, gdy się obudziła i otworzyła okno, zobaczyła wszędzie wodę. – To nie była jeszcze wysoka woda. Może tak po kostki. Wsiadłam szybko na rower i pojechałam do sklepu kupić wodę, chleb i jakieś jogurty, byśmy mieli co jeść, bo wiadomo było, że pękł wał i woda cały czas płynie, podnosząc poziom. Mieszkamy daleko od sąsiadów, telefony przestały działać, a ja należałam do tych, którzy nie mieli komórki, więc musiałam liczyć na siebie. Dziś mam dwie komórki, z którymi się nie rozstaję – mówi. Woda rzeczywiście cały czas się podnosiła. – To nie był łagodny strumyczek czy spokojnie rozlewające się jezioro. Im wody było więcej, tym była głośniejsza. W końcu był taki szum jak obok wodospadu. Woda zaczęła zalewać parter i wdzierać się na piętro. Były takie miejsca w gminie, gdzie jej poziom sięgał 3–4 metrów. Kto nie miał piętra, ratował się, wchodząc na dach. Stamtąd ludzi zabierały łodzie lub helikopter – wspominają mieszkańcy.

    Utopiona krowa

    W takich sytuacjach człowiek zapamiętuje różne rzeczy, niektóre obrazy zostają na całe życie. – Zanim przyszła duża woda, na elewacje domów zaczęły wdrapywać się różne zwierzęta. Z ziemi wyszły krety, dżdżownice, robactwo. Wszystko po murze pięło się jak najwyżej. Kiedy ludzie zobaczyli, jak uciekają zwierzaki, niektórzy wpadli w panikę i trzeba było ich ściągać z dachów helikopterem. W takich sytuacjach człowiek nigdy nie wie, jak się zachowa – mówią ludzie z Wilkowa. – Ja z powodzi najbardziej zapamiętałam utopioną krowę, którą rzeka przyniosła pod drzwi szkoły. Dobrze, że dwa dni wcześniej zarządzono zamknięcie szkoły i wszystkie dzieci zostały odebrane przez rodziców. Dla nich taki widok pewnie byłby jeszcze większym szokiem niż dla mnie – wspomina Grażyna Jarska. Woda była bezwzględna, niszczyła niektóre budynki, niosła ze sobą połamane drzewa, śmieci, meble, utopione samochody. Z cmentarza wypłukała niektóre trumny. – Nie da się opowiedzieć tego, co czuliśmy, patrząc na to wszystko. Wydawało się nam, że to koniec świata. W ciągu kilku godzin zniknęło wszystko, co znaliśmy. Nie każdy był ubezpieczony. Patrząc na rozlewisko brudu, bo tak wyglądała woda – brązowa, mętna, śmierdząca – każdy myślał, jak to będzie potem, z czego będziemy żyć – przyznają mieszkańcy.

    Krajobraz po powodzi

    Gdy woda opadła, ukazał się rozmiar zniszczeń. – To było jeszcze gorsze niż widok zatopionych domów. Wszędzie szlam, który pokrywał sprzęty, budynki, drzewa. Nie wiadomo, w co włożyć ręce, by sprzątać – wspominają ludzie i podkreślają, że gdyby nie pomoc tysięcy wolontariuszy z całej Polski, sami nie daliby rady. Kiedy trwały porządki, zaczęto suszyć rzeczy, przyszła druga fala powodziowa. Był 6 czerwca. – Druga fala była jeszcze większa niż pierwsza. Zalała drugi raz ten sam teren, tylko woda była jeszcze wyższa. Za pierwszym razem uchowała się góra mojego domu, druga fala wdarła się na piętro – mówi pani Iwona. Poziom wody został zaznaczony na kościelnej bramie. Dziś to jedno z miejsc pokazujących, jak wysoka była woda. – W kościele wyryto na murze znak poziomu wody z 1833 roku. W 2010 roku doszła podobnie wysoko, w kościele sięgała wysokości niemal 2 metrów. Kiedy ministrantom udało się wpłynąć kajakiem do środka, by ratować, co się da, ich oczom ukazał się przedziwny widok pływających na powierzchni ciężkich drewnianych ławek. Potem okazało się, że stare meble najlepiej przeżyły powódź. Wszystkie nowe rozkleiły się i wypaczyły tak, że musieliśmy je wyrzucić. Stare dębowe po wysuszeniu i renowacji służą nam do dziś – mówi ks. Zbigniew Szumiało, proboszcz parafii.

    Fala dobroci

    Dotknięty tragedią Wilków stał się najbardziej znaną wsią w Polsce. Z różnych zakątków kraju płynęła pomoc. – Pomagały nam instytucje i osoby prywatne. Ludzie mogli wyjechać na odpoczynek w przepiękne zakątki Polski, by poczekać tam, aż woda opadnie i będzie można wrócić do domów i sprzątać. Dzieci były na wielu wycieczkach i koloniach. Gdyby nie ta tragedia, jaka nas spotkała, nigdy nie moglibyśmy sobie pozwolić na takie wyjazdy. Z jednej strony doświadczaliśmy utraty wszystkiego, z drugiej nie mogliśmy się nadziwić życzliwości obcych ludzi, ich otwartości i dobroci – mówi Bożena Rządkowska, dyrektor szkoły w Wilkowie. Gdy woda opadła, w szkole zaczął się wyścig z czasem, by zdążyć z remontem do września. – Pieniądze na remont, o które tak bardzo się martwiliśmy, płynęły ze wszystkich stron. Dzieci z różnych szkół, a nawet przedszkoli w Polsce organizowały zbiórki na rzecz Wilkowa i przysyłały nam pieniądze. Firmy dawały materiały do remontu i wyposażenia szkoły. Dostaliśmy tablice multimedialne, laptopy, pomoce naukowe, o jakich nam się nie śniło. Koszmar powodzi zaczął się przeradzać w radość z ludzkiej życzliwości. Myślę, że dziś szkoła w Wilkowie jest jedną z najlepiej wyposażonych w okolicy – mówi dyrektorka. Podobnie jest w całej gminie. To, co zniszczyła woda, odbudowali ludzie piękniej i lepiej. Paradoksalnie po pięciu latach od tamtych wydarzeń można powiedzieć, że powódź się opłaciła. W całej gminie są nowe drogi, odremontowane budynki, niemal każde gospodarstwo ma nowy sprzęt rolniczy. Wilków stał się gminą nowocześniejszą i zwyczajnie ładniejszą. – Powódź nauczyła nas wielu rzeczy, za które nigdy byśmy się może nie zabrali, gdyby nie zmusiła nas sytuacja. Nauczyliśmy się korzystać z funduszy unijnych. Dziś niemal każde podwórko wyłożone jest kostką brukową, a przed powodzią było tam klepisko. Na pola i do sadów prowadzą nowe asfaltowe drogi, które zastąpiły wyboiste drogi gruntowe. W gminie Wilków jest teraz nowy świat – podkreślają mieszkańcy. Jak długo ten świat przetrwa, nikt nie umie powiedzieć. Może będzie tak, jak pokazują daty wyryte na kościelnych murach. Od ostatniej tak wielkiej powodzi w 1833 roku do kolejnej równie niszczącej minęło ponad 170 lat. – Woda na pewno do Wilkowa przyjdzie. Może nie tak szybko, bo udało się odbudować solidne wały, ale ile lat wytrzymają, tego nie wie nikt. My boimy się dziś, czy wytrzymają w razie czego wały powyżej Wilkowa, w gminie Łaziska. Jeśli tam woda je przerwie, wszystko spłynie do nas. To czarny scenariusz, ale wiemy, że nie niemożliwy. Dlatego dziś każdy jest ubezpieczony, tak na wszelki wypadek. To kolejna lekcja, jaką otrzymaliśmy – podkreślają ludzie. Przyznają też, że powódź nauczyła ich wspólnego działania, choć były na początku różne niesnaski i poczucie krzywdy w związku z udzielaną poszkodowanym pomocą. Dziś jednak ludzie nauczyli się żyć od nowa. Nawet sady, z których utrzymuje się większość mieszkańców, wydały pierwsze po powodzi owoce. – Woda sprawiła, że wszystkie drzewa trzeba było wyciąć. Posadziliśmy nowe. Na owoce trzeba czekać cztery lata. W ubiegłym roku mieliśmy pierwsze zbiory. Naszą radość przygasiło embargo na polskie jabłka wprowadzone przez Rosję, bo nie mieliśmy ich gdzie sprzedać, mamy jednak nadzieję, że w tym roku będzie lepiej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół