• facebook
  • rss
  • Klamka z jednej strony

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:15

    Sercańskie Dni Młodych. Śpią pod namiotami, stoją w kolejkach do łazienki, mają problem z ładowaniem komórek, ale nie zamieniliby tego czasu na pobyt w najbardziej luksusowym hotelu. Na początek wakacji do Pliszczyna przyjechało pół tysiąca młodych ludzi.

    Byłem z dwuletnim synem sam w domu. Gotowałem wodę na herbatę. Gdy czajnik zagwizdał, wyłączyłem gaz i wyszedłem z kuchni. Sięgałem po jakąś płytę z regału, gdy kątem oka zauważyłem, jak mój synek, stojąc przy kuchence, wyciąga rękę po czajnik. Z mojego gardła wyrwał się przerażający krzyk: „Nie!” i ruszyłem biegiem na ratunek. Zdążyłem, ale moja wyobraźnia podsunęła mi obraz, jak syn chwyta gorący czajnik i zrzuca go sobie na głowę, wylewając na siebie wrzątek. Pomyślałem sobie od razu, że za kilkanaście lat, cały w bliznach, zapyta mnie: „Tato, czemu wtedy nie zdążyłeś mnie uratować?”. To była najgorsza chwila w moim życiu. Tyle razy tłumaczyłem małemu: „Synek, nie wolno zbliżać się do kuchenki, szczególnie jak coś się gotuje lub właśnie gotowało, nie wolno dotykać gorących rzeczy, bo można się poparzyć, najlepiej wcale nie bawić się w kuchni”. I nic. Mimo tysięcy przestróg udzielanych synowi on i tak nie rozumiał. Nie potrafił po prostu przewidzieć konsekwencji pewnych czynów.

    Mój syn miał wtedy dwa lata, ale ja mam 32 i potrafię, przynajmniej powinienem umieć przewidywać, co może się wydarzyć, czy zachowam się w taki, a nie inny sposób. Tymczasem zdarza się, że zachowuję się jak mój wówczas dwuletni syn. Pan Bóg, jak normalny ojciec, próbuje na różne sposoby mówić do mnie jak ja do swego dziecka: „Synek, nie rób tego, bo zrobisz sobie krzywdę”, ale to nie zawsze działa. Mówię wam o tym, bo jesteście w wieku, gdzie rozpoznawanie konsekwencji swoich decyzji jest już rozwinięte i warto z tego daru korzystać – mówił Mirosław Kurczuk z zespołu Full Power Spirit, gość Sercańskich Dni Młodych w Pliszczynie.

    Najazd na Pliszczyn

    A młodzi słuchali. Przyjechali z całej Polski, by spędzić tydzień w Pliszczynie, małej wiosce pod Lublinem, teoretycznie bez większych atrakcji. A jednak, jak ktoś raz przyjechał na Sercańskie Dni Młodych, zazwyczaj wraca. – To miejsce ma w sobie coś takiego, co sprawia, że ciepło się robi na sercu i największe problemy, jakie mamy w życiu, zaczynają wydawać się nieco mniejsze – mówi Monika. Ania jest na SDM trzeci raz. – Nie zrezygnowałabym dobrowolnie z przyjazdu tutaj, nawet gdybym miała możliwość zamiast pod namiot do klasztornego ogrodu pojechać do pięciogwiazdkowego hotelu w jakimś uroczym zakątku świata. To nic, że do łazienki jest kolejka, że w namiocie bywa chłodno lub za gorąco, że materac na ziemi trochę twardy. Za to ludzie, jakich tu spotykam, sprawiają, że czuję się członkiem wspólnoty, a to, co przeżywam podczas różnych nabożeństw, porusza moje serce. Do tego świadectwa, często osób znanych lub mających za sobą różne doświadczenia życiowe, pomagają spojrzeć mi na moje życie z zupełnie innej perspektywy – mówi. Podobnych do niej w Piaszczynie było 500. – Nie jest nas dużo – śmieje się ks. Jarek Grzegorczyk, sercanin, organizator SDM. – Bywały takie lata, że było nas nawet 800. Wtedy rzeczywiście nie mogłem spać po nocach, martwiąc się, jak się pomieścimy, jak zorganizujemy posiłki czy jak długo będzie trzeba czekać do toalety. 500 to taka liczba, że mogę zarówno spać spokojnie, jak i bez ścisku przejść między namiotami – mówi ks. Jarek.

    Skazani na Miłość

    Są tacy weterani, którzy byli na niemal wszystkich spotkaniach. Zaczynali jako nastolatki, dziś przywożą tu swoje dzieci, jak choćby Szymon. Ile razy był na SDM-ie, sam nie wie. Pamięta drugi sprzed 20 lat, potem był prawie zawsze. Od czterech lat przyjeżdża na SDM z żoną, od tego roku także z córeczką Anastazją – dziewięciomiesięczna dziewczynka jest najmłodszym uczestnikiem spotkania. – To nie jest odosobniony przypadek. Małżeństw „SDM-owych” mamy całkiem sporo. Młodzi ludzie poznają się tutaj, obserwują w różnych sytuacjach w nie najlepszych przecież warunkach, odkrywają wspólne wartości, zakochują się w Panu Bogu i w sobie. Potem Pliszczyn już zawsze im się kojarzy z początkiem ich miłości i pięknymi wspomnieniami, więc ciągle wracają – mówi ks. Jarosław Grzegorczyk, sercanin, odpowiedzialny za SDM. Co roku SDM ma swój temat. W tym roku to słowa „Skazani na miłość”. – Chcieliśmy pokazać młodym, że miłość Boga nigdy nie rezygnuje z człowieka. Stąd słowo „skazani”, ale w pozytywnym znaczeniu. A miłość, czyli Pan Bóg, czeka zawsze. To tak, jakbyśmy byli zamknięci w pokoju, w którym klamka jest tylko od wewnątrz. To my decydujemy, czy otworzymy drzwi. Pan Bóg może pukać, zaglądać do nas przez okno, wysyłać wiadomości, ale nie wejdzie, jeśli Mu na to nie pozwolimy. To chcemy tym razem młodym przekazać, że miłość na nich zawsze czeka i nie rezygnuje – podkreśla ks. Jarek.

    To już 22. raz

    Początki SDM-u sięgają roku 1994, kiedy to odbył się po raz pierwszy. Przygotowywała go kilkuosobowa grupa księży sercanów pod kierownictwem ks. Stanisława Mieszczaka. Pierwsze spotkanie i szukanie pomysłów odbyło się późną jesienią 1993 r. w Stadnikach. Przyjęte wtedy zostało ogólne hasło: „Ku cywilizacji miłości”, a temat I SDM-u został ustalony jako „Miłość i pojednanie”. Przygotowanie do I SDM-u rozpoczęło się dopiero późną zimą. Nie było wtedy jeszcze wielkiej informacji i reklamy i wszystko czyniono w sposób nieco kameralny. Nikt nie przypuszczał, że pomysł przetrwa tyle lat i będzie co roku przyciągał taką rzeszę młodych ludzi. – Początkowo przyjeżdżali tylko młodzi jakoś związani z sercanami, z naszych parafii z całej Polsce. Okazało się jednak, że ich świadectwo, jakie dawali po powrocie do domów, interesowało też ich rówieśników, którzy nigdy wcześniej z sercanami nie mieli nic wspólnego. Tak w różnych parafiach zaczęły organizować się grupy chętne do udziału w SDM – wspomina ks. Jarek. Po 22 latach formuła spotkań się utrwaliła i sprawdziła. – Dziś wiemy, że jak dobrze się złoży i opisze wojskowe namioty, które służą nam np. za jadalnię, to rozkładanie zajmuje kilka godzin, a nie kilka dni – śmieją się sercanie. Podkreślają też, że niemożliwe byłoby zorganizowanie takiego dzieła i przyjęcie tylu ludzi bez pomocy mieszkańców Pliszczyna. – To oni zapewniają całe zaplecze techniczne. Panie gotują obiady dla tylu setek młodzieży, szkoła udostępnia nam swój budynek na wypadek niepogody. Długo można wymieniać zasługi miejscowych ludzi. Bez nich pewnie by się nie udało – chwalą ludzi sercanie.

    Tu jest power!

    Monika – Jestem na Sercańskich Dniach Młodych czwarty raz i na pewno nie jest to ostatni. Pamiętam, że jadąc do Pliszczyna po raz pierwszy, trochę się bałam, jak to będzie. Tylu obcych ludzi, daleko od domu, pod namiot. Okazało się jednak, że to był wspaniały czas. Ludzie szybko przestali być obcy, a świadectwa gości tak mnie poruszyły, że postanowiłam inaczej patrzeć na róże sprawy w moim życiu. Co roku jest tak samo. Kiedy przyjeżdżam, wstępuje we mnie siła. Jakub – Jestem w Pliszczynie pierwszy raz. Dowiedziałem się o tym od koleżanki, która opowiadała o SDM z taką pasją, że mnie zaraziła. A że sam nie czułem się na tyle odważny, by przyjechać, zaprosiłem kolegę i tak we dwóch dołączyliśmy do ogromnej rzeszy naszych rówieśników. Jestem pod wrażeniem. Sakrament pokuty, modlitwa, Eucharystia, wszystko tu przeżywam głębiej i czuję w sobie wielką radość. Kasia – To już mój kolejny pobyt. Kilka lat temu namówił nas na przyjazd do Pliszczyna ksiądz z naszej parafii. Nie miałam wtedy innych planów na wakacje, więc pomyślałam: „Czemu nie”. Teraz wyjazd na Sercańskie Dni Młodych jest zawsze w planach. Kończy się rok szkolny, a ja jestem spakowana i gotowa, by jechać na spotkanie wspaniałych ludzi i Pana Boga.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół