• facebook
  • rss
  • Niczym się nie różnimy

    ks. Rafał Pastwa

    |

    Gość Lubelski 35/2015

    dodane 20.08.2015 00:00

    Dąbrowica. – Po wybudzeniu ze śpiączki nie poznawałem rodziny, nie wiedziałem nawet, jak się nazywam i kim jestem. Gdy dostawałem jedzenie, nie potrafiłem ze wszystkich rzeczy skorzystać. Raz chciałem zjeść banana ze skórką – wspomina Jacek, uczestnik wczasorekolekcji.

    Mimo upału Dom Spotkania w Dąbrowicy tętni życiem. Tu nikt nie zwalnia tempa w korzystaniu z obecności innych. Wprawdzie w pobliskim parku trawa uschła zupełnie, a ściółka pod iglakami jest jak pieprz, ale tu, w cieniu, odbywa się modlitwa różańcowa. Dosłownie przed godziną uczestnicy turnusu pożegnali się z bp. Józefem Wróblem, który modlił się z nimi podczas Mszy Świętej. Niektórzy nadal trzymają w dłoniach pamiątkowe obrazki od biskupa. Tu każde spotkanie z gościem jest celebrowane. Podopieczni nie rezygnują z przebywania na powietrzu, bo przecież większość czasu w ciągu roku spędzają w czterech ścianach mieszkań lub domów opieki społecznej. Siłą tego miejsca są ludzie, zdrowi i chorzy, tworzący wspólnie przestrzeń akceptacji i nadziei.

    Jacek

    Czasami spotykamy osoby, które mają tak potężny intelekt i tak niezwykle ciekawą osobowość, że chciałoby się ich słuchać godzinami. Tak było podczas spotkania z Jackiem, uczestnikiem wczasorekolekcji w Dąbrowicy. Czekałem na niego na ławce przy wejściu do domu spotkania. Szedł o kulach. Z daleka się uśmiechał. Usiadł. Przywitaliśmy się. Początkowo nie wiedziałem, jak rozpocząć rozmowę. Jacek zaczął sam. – W 2008 r. uległem wypadkowi. Siedziałem z tyłu w samochodzie, gdy doszło do zderzenia. Doznałem uszkodzenia pnia mózgu. Moje życie odwróciło się do góry nogami. Przed wypadkiem był aktywnym i zdolnym studentem Politechniki Lubelskiej. Już na początku studiów myślał o znalezieniu pracy, bo miał olbrzymi potencjał. – Po wypadku straciłem pamięć. Początkowo nie poznawałem nawet własnych rodziców. Do dawnej sprawności umysłowej już nigdy nie powrócę. Już się z tym pogodziłem, choć i tak cudem jest to, że udało się odzyskać aż tyle. A może jestem zbyt pazerny na zdrowie i chciałbym zbyt wiele... – śmieje się Jacek. Podkreśla, że w obecnej sytuacji czuje niedosyt, bo ma świadomość, jak wyglądało jego życie przed wypadkiem.

    Banan ze skórką

    Proces rehabilitacji trwał bardzo długo. – Początkowo byłem w śpiączce farmakologicznej, potem znalazłem się w stanie śpiączki naturalnej. Po wybudzeniu nie tylko  nie poznawałem rodziny, ale sam nie wiedziałem nawet, jak się nazywam i kim jestem. Nawet doszło do tego, że gdy dostawałem jedzenie, nie potrafiłem ze wszystkich rzeczy skorzystać. Do tego stopnia miałem problemy, że raz chciałem zjeść banana ze skórką – wspomina Jacek. Nie pamięta żadnego przełomu, raczej uważa, że to długoetapowa praca. – Nie dokonało się to z dnia na dzień. Nie było tak, że z poziomu wegetacji nagle przeszedłem na poziom dyskusji zaawansowanej intelektualnie. Bardzo dużo zawdzięczam moim rodzicom. Oni włożyli wiele wysiłku w mój powrót do obecnej kondycji. Zdaję sobie sprawę, że pomagali też inni, także ci, którzy pamiętali o mnie czy się za mnie modlili – dodaje.

    Zdążyć na zielonym

    Teraz ma 28 lat. Każdego dnia pracuje nad poprawą swoich umiejętności. Ćwiczy mięśnie i umysł. Wyjątkowe w przypadku Jacka jest to, że wraz z powracaniem pamięci wróciły jego dawne zainteresowania. – Czytam zazwyczaj krótkie artykuły w prasie motoryzacyjnej i komputerowej. Mam, niestety, nadal defekt i proszę mi pozwolić, że nazwę to mianem defektu – mam strasznie krótkotrwałą pamięć. Na wielką powieść się nie porwę, bo nie miałoby to obecnie żadnego sensu. Czytając zakończenie, nie pamiętałbym początku. Jednak proszę się nie martwić, jutro będę pamiętał, że rozmawialiśmy – żartuje. Mimo niepełnosprawności nie jest zgorzkniały. Stara się dostrzegać pozytywne zjawiska, choć nie jest obojętny na to, co utrudnia funkcjonowanie osobom niepełnosprawnym. – Mimo że w wielu miejscach w Lublinie zlikwidowano bariery w poruszaniu się dla osób takich jak ja, to nadal jest ich zbyt wiele. Aktualnie daję radę przejść na drugą stronę ulicy w czasie, gdy pali się zielone światło, ale nie tak dawno było to niemożliwe. Dużo ćwiczyłem. W autobusach i środkach komunikacji publicznej ludzie zawsze ustępują mi miejsca, nigdy nie muszę o to prosić. Kultura naszego społeczeństwa jest moim zdaniem na wysokim poziomie. Jednak osoby poruszające się na wózkach mają znacznie gorzej. Nawet w niektórych kościołach nadal nie ma podjazdów. Już nie wspomnę o wysokich krawężnikach chodników czy progach w niektórych urzędach i lokalach – konkluduje Jacek.

    Luksusowa usługa

    Podopieczni z Dąbrowicy wysoko oceniają pracę wolontariuszy i opiekunów. Podkreślają, że nie czują się tu wyobcowani ze względu na swoje kalectwo. – Tu niepełnosprawność jest normą i nikt się temu nie dziwi – mówi Michał Woźniak. Marzą o szerszym dostępie do rehabilitacji na co dzień. Nie wszyscy mogą liczyć na finansowanie z NFZ, a prywatna rehabilitacja dla wielu z nich jest zbyt kosztowna. Agnieszka Karpiuk jest rehabilitantką, prowadzi własny gabinet w Chełmie. Podczas pierwszego turnusu wczasorekolekcji w Dąbrowicy pracowała z podopiecznymi. – Rehabilituję głównie osoby z dziecięcym porażeniem mózgowym, z przykurczami oraz innymi dolegliwościami. Niektórzy znajdujący się tutaj nie mają na co dzień w ogóle rehabilitacji. Są rehabilitowani dwa razy do roku. Problem wynika z trudnej sytuacji finansowej tych osób lub z powodu zamieszkania na terenach wiejskich – tłumaczy. Bez rehabilitacji niepełnosprawność tych osób, niestety, pogłębia się. – Pytam każdego, czy ma zapewnioną rehabilitację. Przeprowadziłam niejako wywiad i dostrzegam, że w tym zakresie jest duży problem. Niepełnosprawni powinni mieć zapewniony choćby minimalny dostęp do takiej usługi. Tutaj na każdym kroku czuję wdzięczność osób, z którymi pracuję. To bardzo mnie umacnia i mobilizuje – podkreśla pani Agnieszka.

    Rozpieszczanie i niezrozumienie

    Magdalena Kłosowska na co  dzień prowadzi razem z mężem firmę. Wakacje w tym roku spędza z osobami niepełnosprawnymi i starszymi w Dąbrowicy. Zdecydowała się na taką formę wolontariatu po raz pierwszy. – Tak jak każdy pracuję, by zarabiać pieniądze. Jednak mam również zainteresowania, które każą mi robić pewne rzeczy nieodpłatnie. Interesuje mnie człowiek, jego funkcjonowanie w społeczeństwie. Dlatego się tutaj znalazłam – opowiada. Pierwsze dni w Dąbrowicy nie były dla niej łatwe. – Nie mogłam się do końca odnaleźć. Z dnia na dzień było coraz lepiej. Zauważyłam, że te osoby oczekują właśnie tego, co ja mogę im zaoferować, czyli bliskości, rozmowy, pomocy, dotyku. Może to zabrzmi banalnie i głupio, ale dla mnie najtrudniejsza była styczność z ograniczeniem ciała mojej podopiecznej. Było mi na początku trudno umyć najbardziej intymne jej części ciała, teraz nie stanowi to już żadnego problemu – wyjaśnia. Magdalena świadomie rozpieszcza swoją podopieczną, bo uważa, że to ma być wyjątkowy czas dla niej. – Chcę dać jej radość, której na co dzień nie będzie miała. A jej wdzięczność jest dla mnie cenniejsza niż cokolwiek innego – dodaje. Najbliżsi pani Magdaleny zaakceptowali jej pomysł. Jednak nie podzielają jej zainteresowań i uznają je za dziwne. – Rozmawiałam z dziećmi i mężem, starałam się odpowiedzieć na ich pytania i wątpliwości. Mimo że tego nie rozumieją – w pełni akceptują. Mąż odwiedził mnie w Dąbrowicy, ale czuł się nieswojo. Kiedyś sama nie wiedziałam, jak zachować się w kontakcie z osobami niepełnosprawnymi. Teraz jest zupełnie inaczej – konkluduje.

    Obawy diakonów

    Oprócz studentów świeckich, polskich i ukraińskich, na wczasorekolekcjach w Dąbrowicy jest kilku diakonów lubelskiego seminarium. Odbywają praktyki, jak pokolenia księży przed nimi. Każdy z nich oprócz posługi liturgicznej ma pod swoją opieką osobę z niepełnosprawnością. – Zawsze jest pewien niepokój przed przyjazdem na takie wczasorekolekcje. Bo to lęk przed nieznanym. Ale już po kilku chwilach strach ustępuje. Bardzo szybko odnalazłem tu swoje miejsce. Moim zdaniem jest to doświadczenie, którego nie powinno zabraknąć podczas formacji do kapłaństwa – mówi diakon Dariusz Borowski. Opory przed przyjazdem do Dąbrowicy miał również diakon Adam Patyjewicz. – Gdyby nie konieczność odbycia praktyk, pewnie sam bym się nie zdecydował na przyjazd. Obawiałem się, że sobie nie poradzę, że nie podołam, bo nie miałem wcześniej kontaktu z osobami niepełnosprawnymi. Z dzisiejszej perspektywy żałuję, że nie byłem tu wcześniej. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na potrzeby osób niepełnosprawnych, także w przestrzeni kościelnej – tłumaczy diakon. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół