• facebook
  • rss
  • Dwaj panowie w Nałęczowie

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 35/2015

    dodane 20.08.2015 00:00

    Wakacyjne wędrówki. Jeden przyjeżdżał do Nałęczowa, by się leczyć, drugi – zarabiać na życie. Ponoć nie przepadali za sobą, choć właśnie w Nałęczowie musieli spędzać wspólnie sporo czasu. Bolesław Prus i Stefan Żeromski pozostawili w mieście sporo swych śladów.

    Drewniana jednoizbowa chata stoi nieco na uboczu Nałęczowa. Dla Żeromskiego to dobrze. Miał gdzie się schronić przed rodziną żony, która nie była zadowolona z tego małżeństwa. Chatka, dziś muzeum Żeromskiego, była jego pracownią i samotnią, a także miejscem śmierci jego syna Adasia. Nikt nie znał młodego bruneta, który pojawił się w Nałęczowie jako guwerner dla córek państwa Górskich, właścicieli uzdrowiska. Polecił go poprzedni nauczyciel dziewczynek, który zrezygnował z posady. Stefan pojawił się w Nałęczowie 10 września 1890 roku. Było to wtedy nowe modne uzdrowisko, do którego, szczególnie na czas letni, zjeżdżało znaczące towarzystwo z Warszawy, w tym wielu literatów i artystów. – Na początku Nałęczów go nie zachwycił. Dopiero wypuszczając się na wycieczki w okoliczne wąwozy i poznając ludzi, którzy tu przyjeżdżali i mieszkali, zaczął doceniać miejsce i towarzystwo – mówi Maria Mironowicz-Panek, kierownik Muzeum Stefana Żeromskiego w Nałęczowie. Na razie jednak była jesień, kuracjusze się rozjechali, więc w wolnych chwilach Żeromski chodził na pocztę, gdzie miejscowe towarzystwo grało w szachy.

    Młoda wdowa

    Wieść o nowym młodym inteligentnym człowieku dotarła do Konrada Chmielewskiego, dyrektora uzdrowiska. Polecił swemu synowi, by zaprosił Żeromskiego. Tak się stało i w Boże Narodzenie 1890 roku Stefan przyszedł do willi „Oktawia”, gdzie mieszkali państwo Chmielewscy. Tam pierwszy raz spotkał Oktawię, swoją przyszłą żonę, choć wtedy absolutnie nic nie zapowiadało, że młodych może coś połączyć. Oktawia była wdową z małą córeczką. Właśnie zmarł jej mąż Henryk Rodkiewicz. Wielkim przyjacielem Oktawii i całej rodziny był od dawna Aleksander Głowacki, czyli Bolesław Prus, któremu nawet rada familijna powierzyła opiekę nad osieroconym dzieckiem. Przez dom Chmielewskich przewijało się wówczas wielu wybitnych ludzi, z którymi Oktawia się przyjaźniła. Żeromski od zawsze marzył o sławie, a dom Chmielewskich sprzyjał zawieraniu znajomości, dyskusjom i zachęcał do pisania. – Rzeczywiście okres ten był dla Żeromskiego bardzo owocny. W Nałęczowie powstała jedna z jego pierwszych nowel – „Siłaczka”, potem kolejne. Zresztą pierwowzorem Stasi Bozowskiej, bohaterki „Siłaczki”, jest autentyczna postać Faustyny Morzyckiej, która działała w Nałęczowie – mówi kierownik muzeum. Wówczas też między Żeromskim a Oktawią zaczęły się bliższe stosunki. I choć początkowo Oktawia próbowała go swatać ze swą przyjaciółką, ostatecznie sama została żoną Stefana, wbrew radom rodziny.

    Pierwsze muzeum

    Młodzi Żeromscy wyjechali wkrótce z Nałęczowa, najpierw do Szwajcarii, potem do Warszawy, gdzie urodził się ich syn Adam, w końcu zamieszkali w Paryżu. Tam małżeństwo rozpadło się, gdy Stefan wdał się w romans z Anną Zawadzką. Z tego związku urodziła się córka Monika. W tym czasie syn Adam, który był zawsze słabego zdrowia, zaczął chorować. Nie zważając na swoje dolegliwości, angażował się w drużynę skautów i uczestniczył w różnych wyprawach w góry. Niestety, chłopca zaatakowała gruźlica, której nie udało się wyleczyć. Zmarł w Nałęczowie w chatce ojca. Prawdopodobnie wtedy ostatni raz Stefan odwiedził Nałęczów. Pamiątki po ukochanym synu i mężu Oktawia zdecydowała się zachować dla potomności, tworząc Muzeum Stefana Żeromskiego. Otwarto je w 1928 roku. Jest to jedno z najstarszych muzeów literackich w kraju. Każdy może je odwiedzić. By zobaczyć drewnianą chatę, w której czas się zatrzymał, wystarczy wspiąć się wąską stromą uliczką. Dziś jest to jedno z najstarszych muzeów w Polsce. Na nałęczowskim cmentarzu można odnaleźć również grób Oktawii. Mały, skromny, drewniany krzyż przyciąga tu turystów.

    Pisarz-kuracjusz

    Nie zamieszkał w Nałęczowie na stałe, nie wybudował domu, a jednak spędził tu 28 sezonów, od 1882 do 1910 roku. Był to długi okres, a w tym czasie wszyscy się z nim zżyli, polubili go i zapamiętali jego prace, życie i obyczaje. Bolesław Prus, czy też raczej Aleksander Głowacki, bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, też przyjechał do Nałęczowa na kurację. Jego specyficzna dolegliwość dokuczała mu coraz bardziej. Agorafobia, czyli lęk przestrzeni, dopadała Prusa w różnych miejscach. Czasami wpadał w panikę, widząc przed sobą pusty plac, który miał przejść. Podobnie było na mostach, łąkach i innych otwartych przestrzeniach. Lęk, który go ogarniał, paraliżował jego ruchy tak, że bez pomocy kogoś drugiego, kto chociaż podtrzymałby go za ramię, nie mógł zrobić kroku. Gdy po raz pierwszy przybył do Nałęczowa, miał 35 lat. Był już mocno doświadczonym przez los człowiekiem. Aż dziwne, że nie znał tego miejsca wcześniej, skoro wiele lat swej młodości spędził w Lublinie i pobliskich Puławach. Kiedy przyjeżdża do Nałęczowa, jest już znanym autorem. Leczy się tu i pisze. Stąd wysyła felietony, fragmenty powieści i obfitą korespondencję. Gdy ogarniała go niemoc twórcza, nazywał to paraliżem wakacyjnym. Wstawał rano i szykował się do pisania. Ciął papier, obsadzał stalówki i… odkładał pisanie na później. Korzystał z uroków Nałęczowa, spacerował, grał w szachy, odwiedzał znajomych, rozmawiał z kuracjuszami. I brakowało już czasu na pisanie. W sierpniu 1888 „Kurier Codzienny” nieoczekiwanie przerwał publikację „Lalki”, pisanej z odcinka na odcinek. Oburzało to czytelników, którzy czekali z niecierpliwością na kolejne losy bohaterów Stacha i Izabeli.

    Dziadunio

    Ulubionym miejscem Prusa w Nałęczowie był pałac Małachowskich. W czasie pierwszego jego przyjazdu w pałacu mieściły się siedziba administracji zakładu i mieszkanie administratora, restauracja Wolskiego, muzeum Nałęczowa i czytelnia z biblioteką, w której często bywał. W pięknej sali balowej odbywały się koncerty, a także spotkania towarzyskie i wieczory literackie. W pokoju na piętrze obok wieży, a potem na parterze, od strony północno-zachodniej, mieszkał i pisał „Placówkę”, „Lalkę”, a przede wszystkim „Kroniki”. Bolesław Prus postrzegany był w Nałęczowie jako człowiek pogodny, pełen humoru, szczery i otwarty. Z każdym porozmawiał, czasem pomagał. Razem z Żeromskim i Oktawią Rodkiewiczową zajął się losem syna nałęczowskiego stróża, Michasia Tarki, którego protegował, a także finansował jego naukę w Warszawie. On sam też potrzebował pomocy. Nałęczowskie panie: Kazimiera Żółtowska, Felicja Sulkowska, Oktawia Rodkiewiczowa załatwiały mu wszystko: obiady, mieszkanie, badania lekarskie, a nawet towarzystwo do spacerów po Nałęczowie. W Nałęczowie widziano Prusa jako człowieka łagodnego, ugodowego, rozluźnionego, natomiast w Warszawie miał częste konflikty z redakcjami i redaktorami, czytelnikami i krytykami. Był bowiem autorem i dyskutantem bezkompromisowym. Był też bardzo ciekawy świata i wszelkich nowinek. To w nałęczowskim parku, już jako dojrzały mężczyzna, uczył się jeździć na welocypedzie – czyli właśnie wynalezionym rowerze. Nie zrażał się upadkami i rozdartymi spodniami. Jakim był jednak Prus naprawdę, nikt tutaj nie wiedział i nie mógł wiedzieć. Nikt nie znał jego duszy i problemów, które go dręczyły. Nie wiedziano tu nic o jego sieroctwie w młodości, które kładło się cieniem na jego charakterze i osobowości, nie znano rozmiarów smutku, który wynikał z braku rodzinnego i własnego domu, a może z braku własnych dzieci. Dla nałęczowian był po prostu „Dziadziem Prusem”. Dziś zarówno Żeromski, jak i Prus mają w Nałęczowie swoje muzea. To dwa punkty odwiedzane obowiązkowo przez kuracjuszy i turystów.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół