• facebook
  • rss
  • Ucz się tego języka!

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 35/2015

    dodane 27.08.2015 00:15

    Społeczeństwo. Znajomość polskiego na Ukrainie oznacza szansę na studia za granicą, lepszą pracę i dostęp do informacji z innych niż rosyjskie czy ukraińskie media. Dlatego szkoły uczące języka przeżywają szturm, a ukraińscy nauczyciele w Lublinie szlifują swoje umiejętności.

    Walentyna po polsku mówi od dzieciństwa. Zawdzięcza to swojej babci, rocznik 1905, Polce, która za swoje pochodzenie była wielokrotnie represjonowana. – Historia mojej babci jest bardzo smutna. Polska rodzina w czasach zaborów mieszkająca pod rosyjskim panowaniem nie miała łatwo. Potem krótki czas odzyskania niepodległości przypadł na młodość mojej babci i umocnienie w niej dumy z polskiego pochodzenia. Niestety, przyszła wojna, Rosjanie zabrali ojca, czyli mojego pradziadka, który zginął bez śladu. Babcia wyszła za mąż za Polaka, ale ich małżeństwo nie trwało długo. Po wojnie znowu znaleźli się pod radzieckim panowaniem i któregoś dnia zajechał na podwórko samochód i zabrano babci męża. To wtedy zawzięła się stwierdziła, że „po rusku” słowa nie powie. I nie powiedziała. Mówiła więc po polsku i wszyscy w domu też tak mówiliśmy – opowiada pani Walentyna.

    Dla niej polski był więc naturalny i posługiwała się nim na równi z rosyjskim, obowiązującym w szkole, i ukraińskim, który był powszechny na ulicy. W jej rodzinie nie tylko mówiono po polsku, ale i kultywowano polskie tradycje, obchodzono święta, a babcia gotowała polskie potrawy. – Do dziś pamiętam babciny bigos, na który zawsze wpraszali się do nas ukraińscy sąsiedzi, bo mówili, że nic tak nie smakuje, jak kapusta po polsku – wspomina pani Walentyna.

    Spełnione marzenie

    Jednak bycie Polakiem w czasach komunizmu nie było łatwe. – Nieraz mówiono na nas „polskije mordy” i odmawiano różnych rzeczy. Nie mogło też być mowy o chodzeniu do kościoła, chrzczeniu dzieci, czy Pierwszej Komunii. Ochrzczono mnie więc w tajemnicy, a do Pierwszej Komunii św. szłam w Polsce na Śląsku, gdzie mieszkała moja ciocia. Nie było łatwo dostać pozwolenie na wyjazd do Polski, ale jakoś się udawało i co jakiś czas przyjeżdżałam do cioci na wakacje. Zwykle rosyjskie władze tak zwlekały z wydaniem pozwolenia, by zostało jak najmniej wakacji i by szybko trzeba było wracać do szkoły, ale moi rodzice tym się nie przejmowali. Ciocia uczyła rosyjskiego na Śląsku i jak zaczynał się wrzesień, szłam z nią do polskiej szkoły i przez tydzień lub dwa uczyłam się w niej. Potem wracaliśmy na Ukrainę – opowiada. Kiedy przyszedł czas wyboru studiów, chciała wyjechać do Polski, ale nie dostała zgody władz. Skończyła więc pedagogikę na Ukrainie, a kiedy przyszedł czas zmian i Ukraina przestała być częścią Związku Radzieckiego, Polacy zyskali nowy status. – Nie trzeba było kombinować ani ukrywać swojego pochodzenia. Ci Polacy, którzy zapomnieli języka lub nie nauczyli go swoich dzieci, zaczęli szukać możliwości poznawania polskiego. Tak zaczęłam uczyć. – przyznaje pani Walentyna.

    Gen polskości

    Inna, bo nieco młodsza, jest historia Artioma i Olgi. Są rodzeństwem i dziś oboje uczą języka polskiego. Artiom w Kijowie, Olga w Żytomierzu. W ich domu po polsku się nie mówiło. Wiadomo, że polskie korzenie sięgają bardzo daleko, ale które pokolenie urodziło się w Polsce, trudno dziś stwierdzić. – Mój tato i dziadek urodzili się już na Ukrainie, może pradziadek lub jeszcze ktoś z dalszego pokolenia był rodowitym Polakiem. Nie wiemy i nie potrafimy tego sprawdzić, bo wojny i zawieruchy, jakie na przestrzeni historii miały miejsca na terenach Żytomierza, zniszczyły dokumenty – mówi rodzeństwo. Świadomość polskich korzeni przetrwała mimo upływu lat. – Ani tata, ani dziadek nie mówili po polsku, ale w potoczny język ukraiński wplatali polskie wyrazy. Tacie często zdarza się mówić „O Matko Boska” lub o „O Jezusie kochany”, zna też kilka innych polskich słów, których nauczył się od swego taty. Jednak generalnie w naszej rodzinie po polsku się nie mówiło – mówią Olga i Artiom. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy Artiom miał 12 lat. Świetnie pływał i został wytypowany na wyjazd na międzynarodowe zawody dzieci do Polski. To był koniec lat 90. – Wtedy moja mama poszukała jakiejś studentki, by nauczyła mnie kilka słów po polsku. Jak to czasem u mam bywa, miała obawy, że jak pojadę do Polski, to się zgubię albo coś mi się stanie i nie będę mógł się skomunikować z nikim, kto mógłby mi pomóc. Zacząłem się więc uczyć podstawowych zwrotów. Okazało się, że bardzo łatwo przychodzi mi ta nauka, że gen polskości w mojej rodzinie daje w ten sposób o sobie znać. Kiedy pojechałem na te mistrzostwa do Polski i zobaczyłem, jak wygląda świat za granicą Ukrainy, zachwyciłem się nim. Miałem 12 lat, ale zrozumiałem, że znajomość języka polskiego otwiera mi całkiem nowe możliwości – mówi Artiom. Po powrocie z Polski dalej uczył się języka. Chciał też w Polsce studiować, ale się nie udało. – Nie było wtedy jeszcze tylu możliwości co dziś, ale wybrałem język polski jako studia na Ukrainie. Gdy skończyłem naukę w Żytomierzu, dostałem propozycję, by uczyć polskiego w gimnazjum w Kijowie. Zgodziłem się. Pracuję tam od 4 lat – opowiada. Za przykładem brata poszła Olga. – W nauce polskiego jest coś, co ludzi na Ukrainie pociąga. Mnie także, choć w moim przypadku rodowe korzenie jakoś ten wybór determinują. Wybierając studia, wybrałam kierunek, gdzie uczyłam się angielskiego i polskiego. Dziś obu tych języków sama uczę innych – opowiada Olga.

    Kraj ze snów

    Na Ukrainie najwięcej Polaków mieszka w obwodzie żytomierskim. Działają tam prężnie polskie organizacje i szkoły, a mieszkający na tych terenach ludzie bardzo chcieliby pojechać do Polski na studia lub do pracy. – Dla nas to normalne, że każdy młody Ukrainiec w okolicy marzy o tym, by pojechać do Polski. Ja od dziecka też wyobrażałam sobie, że Polska to bajkowy kraj, gdzie wszystko można kupić, ludzie mają wiele swobód, lepszy dostęp do edukacji, jest lepsza praca i tak zwyczajnie jest lepiej i ładniej – mówi Olena. Wpływ na takie wyobrażenia miało jej polskie pochodzenie. – W mojej rodzinie po polsku się nie mówiło, ale mieliśmy świadomość, że Polska to utracona ojczyzna. A wiadomo, że jak coś utracone, to się do tego tęskni, często idealizuje. Bardzo żałowałam, że moja mama, która jest Polką z pochodzenia, nie zna języka, a babcia bardzo słabo. Postanowiłam, że ja się nauczę i będę wyjątkiem w mojej rodzinie. Zaczęłam oglądać polskie filmy, słuchać polskiej muzyki i szukać informacji o Polsce. To były pierwsze kroki. Jakoś w miarę łatwo mi poszło to uczenie, więc zaczęłam zgłębiać temat – opowiada Olena. Dzięki determinacji i pracy dopięła swego. Dziś mówi po polsku, studiuje w Katowicach, a gdy wraca do Żytomierza, uczy polskiego innych. Nauczyciele języka polskiego podkreślają, że wielu Ukraińców bardzo chętnie uczy się właśnie naszego języka. – Polski jest bardziej popularny niż angielski. Ukraińcy są realistami. Wiedzą, że wyjazd do Anglii jest dużo trudniejszy i droższy, no i Anglia jest daleko, a my mamy bardzo silne związki rodzinne – mówią ukraińscy nauczyciele polskiego, którzy przyjechali do Lublina na kurs metodyczny. Ukraińcy chcą z współpracować z polskimi firmami, uczyć się u nas, podróżować po Polsce. – Zgłaszają się do nas na naukę bardzo różni ludzie. Często to młodzi, którzy w wyjeździe na Zachód upatrują swoją przyszłość, ale i starsi, którzy prowadzą jakieś biznesy lub pracują w dużych firmach. Znajomość polskiego ułatwia im ścieżkę kariery, są bardziej szanowani i mają szansę na lepszą pracę – podkreślają nauczyciele. Do Lublina przyjechało ich 10 na kurs metodyczny, organizowany przez Uniwersytet Otwarty KUL wraz ze Szkołą Kultury i Języka Polskiego KUL.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół