• facebook
  • rss
  • Droga do Rio

    Agnieszka Gieroba

    dodane 10.09.2015 09:39

    Kiedyś myślał, że wypadek odebrał mu wszystko. Dziś uważa, że wszystko mu dał. Piotr Sawicki trenuje łucznictwo. Teraz szykuje się do Igrzysk Paraolimpijskich w Rio de Janejro w 2016 roku.

    Jest wielokrotnym medalistą prestiżowych imprez międzynarodowych, trzykrotnym uczestnikiem igrzysk paraolimpijskich oraz multimedalistą mistrzostw kraju. O to czy kolejny raz będzie miał szanse pojechać na Igrzyska Paraolimpijskie Piotr walczył w Donaueschingen.

    Do niemieckiego miasteczka przybyło 260 zawodników z 46 krajów. Wszystko za sprawą odbywających się tam Mistrzostw Świata Osób Niepełnosprawnych w Łucznictwie, które jednocześnie były główną kwalifikacją do Igrzysk Paraolimpijskich w Rio de Janejro. - Konkurencja była bardzo silna. Kwalifikację do Brazylii uzyskało 16 najlepszych zawodników - mówi Piotr Sawicki.

    Pozostali musieli zmierzyć się w turnieju dodatkowym, w którym zwyciężył sportowiec ze Świdnika. W przyszłorocznej paraolimpiadzie, nasz kraj reprezentować będzie również Milena Olszewska z Gorzowa Wielkopolskiego.

    To kolejny raz, kiedy sport daje mu szanse zobaczenia świata, przeżycia emocji, jakich wielu pełnosprawnych nigdy nie doświadczy i walki o zwycięstwo. Paradoksalnie wszystko to zawdzięcza swojemu wypadkowi i niepełnosprawności.

    Piotr miał wypadek w wieku 14 lat. - Dziś z perspektywy czasu widzę, że dla mnie to była podwójna tragedia. Wszystko, co wypełniało moje życie, skończyło się jak nożem uciął - mówi.

    - Byłem normalnym chłopakiem, który w miejscu nie usiedział, a tu nagle zostałem zamknięty w domu. To było ponad 20 lat temu. W tamtych czasach być niepełnosprawnym to był zwyczajnie wstyd. Bałem się pokazać ludziom, nie chciałem, żeby litowali się nade mną, a to zamykało mnie w czterech ścianach. Dziś sytuacja jest inna, ale ten, kto nagle zostaje niepełnosprawnym, wcale tak o tym nie myśli - zapewnia.


    Z każdego kąta wyzierała depresja. Piotrkowi pomógł się jej pozbyć młodzieńczy wstyd. - Dla czternastoletniego chłopaka fakt, że matka musi go umyć czy założyć mu portki, to wstyd i męka. Przynajmniej u mnie tak było. Zawziąłem się i powiedziałem, że gatki to ja sam sobie będę zakładał - mówi. - Ile mnie to kosztowało! Szarpałem się, sapałem, zmęczony byłem, jakbym maraton przebiegł, ale się udało. Za każdym razem robiłem to trochę szybciej, aż się nauczyłem - opowiada.

    Nie mając nic lepszego do roboty, często oglądał telewizję. To tam pierwszy raz usłyszał o szkole dla osób niepełnosprawnych w Konstancinie. Zobaczył, że młodzi ludzie w podobnej do niego sytuacji radzą sobie całkiem nieźle w poruszaniu się, wykonywaniu codziennych czynności i, co najważniejsze, nie wstydzą się swojej niepełnosprawności. Decyzja była natychmiastowa - pojechał do Konstancina.

    - Dostałem się tam do zawodówki. Nie chodziło jednak tylko o skończenie jakiejś szkoły. Nauczono mnie, jak się poruszać na wózku inwalidzkim, pokonywać przeszkody, dostałem nowe poczucie własnej wartości. Wszyscy tam uprawiali jakiś sport. Pomyślałem, czemu nie ja. Zacząłem próbować różnych dyscyplin, ale kiedy dostałem do ręki łuk, poczułem, że to jest właśnie to - mówi Piotr.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół