• facebook
  • rss
  • Ucieczki z Majdanka

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 43/2015

    dodane 22.10.2015 00:15

    Historia. Stali na apelu, wysłuchując wrzasków esesmanów. Niemcy się wściekali, a więźniowie cieszyli. Komuś udało się uciec. Jest więc nadzieja, że Majdanek nie jest miejscem bez wyjścia.

    Helena Żuk, gdy trafiła na Majdanek, robiła wszystko, by nie pracować. Po każdym porannym apelu był tzw. Arbeits – kolejny apel, gdzie poszczególni więźniowie grupowali się w piątki, formując jakieś komanda do pracy. – Ja podczas takiego zamieszania uciekałam do baraku i chowałam się pod pryczą. Szczelina między nią a podłogą była bardzo wąska i nie każdy mógł się tam wcisnąć. Było to uciążliwe i ryzykowne, gdyż naloty esesmanów sprawdzających baraki były częste – zapisała w relacji złożonej w archiwum Muzeum na Majdanku. – Jednego razu zostałam ja i jeszcze jedna więźniarka – wspomina pani Helena. – Usłyszałyśmy, że idą Niemcy, więc chciałyśmy się schować. Szybko wcisnęłam się pod pryczę, ale koleżanka nie zdążyła. Niemka zaczęła okładać ją pejczem. Najpierw wyciągnęła ją, a potem także mnie. Myślałam, że to koniec. Zaprowadziła nas za karę do komanda, które sortowało rzeczy ludzi zagazowanych. Ten gaz bardzo dusił i trudno było wytrzymać. Powiedziała do nas: „Tu was szlag trafi”. Jednak stało się inaczej. Okazało się, że to straszne miejsce było naszą drogą do wolności.

    Dziura w płocie

    Więźniowie doprowadzeni do granic wytrzymałości warunkami życia w obozie jedyną szansę ocalenia widzieli w ucieczkach. Różne to były ucieczki. Jedne indywidualne, inne zbiorowe, zorganizowane i starannie długo przygotowywane. Pierwszą zbiorową ucieczkę w historii Majdanka zorganizowali jeńcy radzieccy w marcu 1942 roku. Stanowili oni niewielką już grupę pozostałą z dwutysięcznego transportu. Ginęli masowo na skutek głodu, chorób i rozstrzeliwań. Majdanek składał się wówczas z dwóch pól więźniarskich otoczonych pojedynczym ogrodzeniem z drutów kolczastych bez instalacji elektrycznej. Nocą dwóch oficerów, jeńców radzieckich, przecięło druty obok bloku kuchennego. Przerwę w ogrodzeniu zarzucono kocami. Dziesięcioosobowe grupy więźniów wybiegały na pola, kierując się w kierunku lasu. Początkowo bezładna strzelanina Niemców szybko skoncentrowała się na trasie ucieczki. Ogień z karabinów maszynowych zablokował dojście do przerwy w ogrodzeniu. Poległo tu 42 jeńców. Z grupy około 200 uciekinierów 98 udało się dotrzeć do lasu. Resztę schwytano i rozstrzelano. Później taka droga ucieczki stała się niemożliwa. Obóz się rozrósł, ogrodzenie podłączono do prądu, wzmocniono straże. Jednak każda z nadarzających się okazji, by wydostać się na wolność, była przez więźniów wykorzystywana. – W obozie czekała nas śmierć, ucieczka dawała szansę na przeżycie. Jeśli się nie powiodła, śmierć przychodziła po prostu szybciej – mówią więźniowie Majdanka.

    W worku na wolność

    Kiedy Helena Żuk z koleżanką Feliksą Bidacha zostały złapane w baraku pod pryczą, ogarnęła je rozpacz. – W sortowni ubrań pozostałych po zagazowanych pracowali sami mężczyźni, z wyjątkiem nas. Trudno było wytrzymać od smrodu gazu, który przesiąknął ubrania. Dusił nas przy każdym głębszym oddechu. Trzeba było często wychodzić na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Z czasem jednak dało się trochę przyzwyczaić. Bardzo wspierali nas też mężczyźni więźniowie, którzy mieli więcej sił – wspominają kobiety. Okazało się, że sortownia rzeczy jest miejscem załatwiania różnych interesów. Szefem tego komanda był Niemiec o nazwisku Schulz. Nie był złym człowiekiem i współczuł więźniom. – Zaczęłyśmy z koleżanką urabiać go, by pomógł nam w ucieczce. Wszyscy wiedzieli, że front się zbliża i dni obozu są policzone. Namawiałyśmy go, żeby uciekł z nami, ale on powiedział, że nie może, jest niemieckim żołnierzem i musi wykonywać swoje obowiązki – wspominają panie. – Na moją prośbę skontaktował się z moim mężem, który miał pomóc w zorganizowaniu ucieczki. Mąż chciał mu zapłacić, ale on nie chciał pieniędzy. Kiedy nadszedł ten dzień, Niemiec upił rano komendanta obozu, wziął od niego przepustkę na wywóz rzeczy na stację kolejową. W przygotowane 2 worki zapakowano mnie i koleżankę wśród innych worków z rzeczami. Przyjeżdżał po nie furmanką Polak pracujący dla Majdanka. Schulz i jeszcze jeden z mężczyzn zapakowali nas na wóz i chłop w asyście naszego Niemca wyjechali za bramę obozu. Na łąkach przed ulicą Pawią Niemiec wysłał chłopa po papierosy i wtedy otworzył worki, a myśmy wyskoczyły i uciekły do przygotowanego przez mojego męża miejsca u państwa Sęczkowskich. Tam szczęśliwie dotarłyśmy i czekałyśmy na możliwość pójścia dalej. Przyszła wtedy tam jedna z lekarek i mówi, że w okolicy alarm, a Niemcy na ulicach sprawdzają wszystkie kobiety. Wiedziałyśmy, że nas szukają. W tym czasie cały obóz stał na apelu i cieszył się. Udana ucieczka była radością wszystkich. Niestety Polak, który powoził furmanką, domyślił się wszystkiego i wydał życzliwego Niemca. Schulz został aresztowany i wydano rozkaz by go rozstrzelać. W ostatniej chwili zmieniono decyzję, wysyłając go na pierwszą linię frontu. Wiadomo, że w drodze uciekł i dostał się do aliantów. Tam powołał się na nazwiska kobiet, którym pomógł. Po sprawdzeniu w Lublinie historii został uratowany.

    To była wyjątkowa okazja

    Rankiem 15 maja mamy iść do kąpieli, ale w tym samym czasie nadjeżdża szofer komendanta obozu i każe mi zostać i naprawić samochód – zaczyna swoją opowieść Mikołaj Stebiński. – Wszyscy poszli, ja zostałem sam. Nagle nadeszła mi taka myśl, żeby z samochodów, które stały na warsztacie, pospuszczać benzynę i nalać do jednego do pełna. Powyjmowałem też cewki zapłonowe z innych samochodów. Na warcie obok warsztatu stał znajomy esesman Chorwat, który przynosił mi czasem złote zęby żeby je przetopić na sztabki. Miałem akurat przemyconą butelkę wódki, więc mu ją dałem. Przy mnie wypił od razu pół. Wróciłem naprawiać samochód, a w nim, widzę, walizka z mundurem i bielizną Niemca. Wziąłem się do roboty. Wtedy przyszedł szofer Niemca i mówi, że idzie na obiad i za godzinę przyjdzie po samochód. Zabrał walizkę i schował w biurze. Sam wychyliłem porcję wódki, kopnąłem drzwi do biura tak, że się otworzyły, i zabrałem walizkę i jego rewolwer do samochodu. Dochodziła godzina 12, gdy postanowiłem zrobić jazdę próbną. Postawiłem taką tabliczkę za szybą i podjeżdżam do bramy warsztatu, a tam mój niemiecki Chorwat, upity, tylko spojrzał i otworzył szlaban. Wyjeżdżam na drogę obozową. Z daleka widzę dwóch jeńców – moich kolegów z warsztatu. Zatrzymuję się i zakładam bluzę od munduru i czapkę. Podjeżdżam do nich i mówię: wsiadajcie chłopaki, podwiozę was. Oni jak na komendę, w nogi. Wyskoczyłem za nimi i nie wiem, skąd miałem siłę, by wrzucić ich na tył samochodu. Leżą na podłodze przykryci wojskowym kocem. Jadę w stronę głównej bramy. Na drodze stoi esesman Litwin z psem. Zwalniam, pies szczeka straszliwie, ja do niego wołam po niemiecku, żeby uciszył tego psa, i on się nim zajmuje, nie zatrzymując mnie. Chłopaki na podłodze odmawiają zdrowaśki.

    Droga do wolności

    Nie wiem, dokąd mam jechać. Widzę, jak do bramy podjeżdżają dwa samochody jadące z Lublina i ich kontrolowaniem zajmuje się wartownik. Podjeżdżam powoli do głównej szosy Lublin–Chełm. Strażnik widząc samochód komendanta, podnosi powoli szlaban. Powinienem się zatrzymać i pokazać przepustkę, ale naciskam gaz i w nogi. Skręcam na Chełm i gnamy co sił. Widzę w lusterku, jak strażnik stoi osłupiały. Mijam Piaski w pełnej prędkości. Nie możemy uwierzyć w to, że jesteśmy wolni! Nie wiemy jednak, co robić dalej. Ja w bluzie niemieckiego munduru i spodniach pasiakach, chłopaki w ogóle w obozowych ubraniach. Wysiąść w takim stroju to wielkie ryzyko. Jedziemy więc dalej. Skręcamy w jakieś boczne drogi z dala od głównych szlaków. W którymś momencie na drodze wiodącej przez las widzę stojących Niemców, którzy każą mi się zatrzymać. No to koniec wolności – myślę i zatrzymuję się, bo widzę karabiny gotowe do strzału. Żołnierze otwierają drzwi samochodu, trzymając nas na muszce. Wysiadamy i widzimy w ich oczach zdumienie na nasz widok. Pasiaki od dołu, mundur od góry. Okazało się, że to partyzanci przebrani za Niemców myśleli, że zatrzymują niemiecki samochód. Po przesłuchaniu i wyjaśnieniu sprawy okazało się, że naprawdę jesteśmy wolni. To był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu – kończy swą relację pan Mikołaj. Tak brawurowych ucieczek nie było wiele, bo i takich okazji nie było dużo. Każda jednak udana ucieczka dawała nadzieję tym, którzy zostali w obozie, że może i oni znajdą się w takiej chwili i miejscu, gdy wolność znowu stanie się możliwa. Dom Kultury Bronowice wraz z Muzeum na Majdanku zorganizowały specjalny program edukacyjny dla młodzieży, podczas którego można było poznać historię ucieczek z Majdanka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół