• facebook
  • rss
  • Od chrztu Polski do zbrodni wołyńskiej

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 50/2015

    dodane 10.12.2015 00:15

    Lubelski rzeźbiarz. Prowadzenie dłuta to  taniec mistrza z kamieniem. Jeden fałszywy ruch i trzeba się obejść bez smaku nagrody.

    Witold Marcewicz uprawiał w życiu różne zawody. Jednak dla Lubelszczyzny przede wszystkim jest rzeźbiarzem i twórcą najsłynniejszych lubelskich pomników. Był w szóstej klasie szkoły podstawowej, gdy namalował obraz modlącego się w Ogrójcu Jezusa. Płótno, dziś nieco już prześwitujące, z sentymentem przechowuje na dnie domowej szafy. – Pamiętam, że ciągle coś rysowałem, a to kolegów i koleżanki, a to nauczycieli – wspomina twórca pomnika Konstytucji 3 maja, orła stojącego na gmachu Poczty Głównej, pomnika katyńskiego, lwa sprzed lubelskiego zamku i wielu innych rzeźb.

    Pierwszy z papieru

    Pochodzący z ubogiej rodziny syn stolarza marzył, by uczyć się rysunku. Gdy okazało się, że jest lepszy od swego nauczyciela, zapragnął zostać jubilerem. – Do szkoły niestety się nie dostałem, rodziny nie było stać na zapłacenie za moje praktykowanie – opowiada. Młody Witold trafił więc do budowlanki. Robił projekty domów, pracował przy budowie wieżowców. Gdy budował szpital przy ul. Północnej, w wolnej chwili malował na ścianach pielęgniarki i lekarzy. – Trochę sobie z nich dworowałem – śmieje się. W wieku 20 lat został najmłodszym mistrzem budowlanym w izbie rzemieślniczej. Korciło go jednak wojsko. Gdy już tam trafił, okazało się, że oprócz standardowych zadań wojskowych, także i tam mógł wykazać się swoim talentem artystycznym. To właśnie w wojsku po raz pierwszy zaproponowano mu zrobienie pomnika. – Powiedziałem: czemu nie. Zrobiłem z listewek i papieru bryłę Kołobrzeskiego 7. Pułku Piechoty. Zobaczyłem, że potrafię, więc zaraz po opuszczeniu wojska otworzyłem swój zakład kamieniarski – opowiada. Jego życie diametralnie zmieniło się, gdy w 1966 r. wykuł tablicę upamiętniającą chrzest Polski. – Wtedy dowiedziałem się, co to złocenie i jak to się w ogóle robi. Wszystkiego uczyłem się sam – podkreśla. Tablica do dziś wisi w kościele w Bełżycach, gdzie także do dziś mieszka Witold Marcewicz. Od tamtego momentu jednak początkujący rzeźbiarz zaczął przyglądać się pracy starych mistrzów w całej Polsce. – Jeździłem do Krakowa, do Warszawy. Póki jeszcze żyli – wspomina. Z czasem został mistrzem rzeźbiarstwa artystycznego w izbie rzemieślniczej. Takich jak on w Polsce było czterech. Dziś zostało dwóch.

    Wykuwanie historii

    Jak opowiada mistrz Marcewicz, na początku swej drogi zawodowej zajmował się głównie rzeźbieniem pomników cmentarnych. – Tylko od czasu do czasu trafiała się jakaś tablica historyczna – mówi. Kierunek prac zmienił się, gdy w 1981 r. z inicjatywy Stronnictwa Demokratycznego wykonał społecznie rekonstrukcję pomnika Konstytucji 3 maja. To dzięki niemu na monumencie stanął orzeł. – Ależ to była wielka uroczystość – wspomina z sentymentem. – 70 tys. mieszkańców przyszło, by świętować powrót naszej niepodległości. Jak mówi, docenili go wszyscy bez względu na przekonania polityczne. Za monument Marcewicz otrzymał tytuł Zasłużonego dla Lublina. Później przyszły propozycje rekonstrukcji portali na Starym Mieście, w Lublinie w tym rekonstrukcja płaskorzeźby w tympanonie Trybunału Koronnego. Przy lubelskim zamku za sprawą mistrza z Bełżyc pojawił się także lew rodem ze Lwowa. – Już sam nie pamiętam, ile wykonałem tych pomników i tablic. Ale wiem, że historię przerobiłem dokładnie – śmieje się. – Przeszedłem od chrztu Polski przez króla Jagiełłę, połowę XVI i XVII w., powstanie styczniowe, obie wojny światowe i ruch oporu. Dziś, gdy jestem zapraszany do szkół na różne uroczystości, właśnie o tej historii, staram się młodym opowiadać. I mam satysfakcję, bo naprawdę mnie słuchają. Rzeźbiarz na razie następców nie ma. – Prowadzenie dłuta jest jak taniec – opowiada. – Kroki muszą same wychodzić w rytmie. Dłuto rozmawia z kamieniem. Musi chodzić tak, jakby robiła to maszyna. Nie mogę nauczyć czeladników, że dłuto trzyma się na palcu według starych zasad – ubolewa. Sam wie, że praca z kamieniem nie jest łatwa. Wcale też wbrew pozorom nie wymaga delikatności. – Gdybym chciał rzeźbić kamień delikatnie, to bym go zepsuł – stwierdza. – Ja lubię rzeźbić z dreszczem – śmieje się. – Wiem, że gdy uderzę za słabo, to już nic z tego nie będzie – dodaje.

    Pojednanie kontra lew

    Pan Witold w swym życiu doceniany był wielokrotnie, nie tylko przez mieszkańców Lubelszczyzny. – W 1995 r. wziąłem udział w konkursie na projekt pomnika „Pamięci Polaków i Polek deportowanych do prac niewolniczych w Trzeciej Rzeszy”. Ku swemu zaskoczeniu wygrałem ten konkurs – opowiada. Zaskoczenie było tym większe, że w szranki konkursowe stanęły bardzo znane osobistości, a wśród nich m.in. prof. Wiktor Zin oraz prof. Marian Konieczny. Jednak to projekt rzeźbiarza samouka z Bełżyc został doceniony przez ogólnopolskie jury. W 1996 r. rzeźba wykonana przez Witolda Marcewicza stanęła na warszawskich Powązkach. – Gdy robiłem ten pomnik, sypiałem niewiele – wspomina. – Ostatnie dni prawie wcale. Tuż przed skończeniem zupełnie oślepłem od kurzu. Przedstawioną na pomniku rękę uniesioną w górę wykuwałem już w Warszawie, tuż przed odsłonięciem monumentu – relacjonuje. Rzeźbiarzem z Bełżyc zaraz potem zainteresowali się nasi zachodni sąsiedzi. – Chcieli, bym Niemców uczył rzeźbić. Miałem też zrobić wyjątkową rzeźbę pojednania – opowiada. – Proponowali nawet spore pieniądze. Ja jednak nie chciałem. Dla mnie ważniejsza była historia naszego kraju i to, by jej służyć. Zresztą w tym samym czasie poproszono mnie o wykucie lwa na wzór tego z Cmentarza Orląt. Wybrałem to, co było mi bliższe.

    Krew i adrenalina

    Tak jak często był doceniany, tak często również przeżywał swojego rodzaju katusze. – Ból opuszków palców w trakcie wykonywania rzeźby, i długo później, jest nie do opisania – stwierdza Marcewicz. – Gdy rzeźbiłem lwa, to przywozili mi specjalną maść z Francji, bo ciągle leciała krew. A przy odsłonięciu Pomnika Katyńskiego przed kościołem garnizonowym, gdy biskup Głódź ścisnął mi rękę, to wycisnął krew – opowiada. – Dla mnie wiele razy największym wyzwaniem po ukończonej pracy było wzięcie do ręki pióra, by pod- pisać dokumenty związane z ukończeniem dzieła – opowiada. Mimo wielu różnego rodzaju trudności pojawiających się w trakcie pracy Marcewicz nigdy nie zawalił żadnego terminu. – Gdy przystępuję do pracy, pojawia się tak wielka adrenalina, że przestaję czuć zmęczenie. Ja w ogóle nie bywam zmęczony – śmieje się starszy już pan. – Kiedyś myślałem, że będę miał duży zakład, w którym będzie pracowało wiele osób, a ja będę tylko dozorował, że będę takim patronem. Okazało się, że kamień to całe moje życie. Nigdy nie byłem na urlopie, nigdy nie chorowałem. Nie mam komórki, bo nie chcę, by ktoś mi przeszkadzał w pracy. Odpoczywam tylko w niedzielę. Idę do kościoła, a później projektuję. Witold Marcewicz w swoim zawodzie pracuje już blisko 50 lat. Za kilka miesięcy będzie świętował wielki jubileusz. Klamrą spajającą tę półwieczną działalność będzie pomnik poświęcony ofiarom Wołynia. Lubelscy radni pod koniec października jednogłośnie przyjęli intencyjną uchwałę dotyczącą pomnika ofiar rzezi wołyńskiej. Obelisk ma stanąć na skwerze Ofiar Wołynia (u zbiegu ulic Głębokiej i Raabego). Monument będzie miał 4,3 metra wysokości. Pieniądze na jego powstanie będą pochodziły ze zbiórki wśród mieszkańców Lublina, której podjęli się inicjatorzy powstania pomnika. – Na pomniku będą wyryte twarze tych ludzi wykrzywione cierpieniem oraz krzyże – mówi Marcewicz, który został poproszony o wykonanie obelisku. – To będzie bardzo ważne dzieło – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół