• facebook
  • rss
  • Całkiem nowa rzeczywistość

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 02/2016

    dodane 07.01.2016 00:15

    Asia i Mikołaj mają pięcioro dzieci. Czworo na ziemi i jedno w niebie. I choć mogą powiedzieć, że wyrośli w kościele, tak naprawdę Pana Boga spotkali wtedy, gdy umarła ich córeczka.

    Oboje wychowali się w kościele, i to niemal dosłownie. Ich rodzice weszli na Drogę Neokatechumenatu przed ich urodzeniem, więc kiedy na świecie pojawili się Asia i Mikołaj, od pierwszych chwil życia zabierani byli na spotkania wspólnoty, Msze Święte, rekolekcje. Modlitwa domowa była czymś naturalnym. Wspólne odmawianie jutrzni czy świętowanie w bliskości Pana Boga oboje wyssali z mlekiem matki. – Kościół, wspólnota, rozmowy o Bogu były w naszym życiu czymś zwyczajnym. Nie znaczy to jednak, że bliskie, osobiste relacje z Panem Bogiem zrodziły się same. Do tego trzeba świadomej decyzji, a tego długi czas w naszym życiu nie było – mówią małżonkowie.

    Młodzieńczy bunt

    Dzieci, jak to dzieci, przedkładają zabawę nad obowiązki. Nie było więc łatwo, gdy trzeba było iść na Eucharystię, a rówieśnicy zostawali na placu zabaw. – Pamiętam, jak się buntowałam. Chciałam zostać z koleżankami na podwórku, a nie iść z rodzicami na spotkanie wspólnoty. Myślałam sobie wtedy, że jak będę już duża i będę mogła o sobie decydować, to z pewnością nie będę tak często chodziła do kościoła – wspomina Asia. Podobne odczucia miał Mikołaj. – Ciągnęło mnie do świata. Dziś, z perspektywy lat, widzę, jak bardzo szatan chciał, bym sobie poszedł z Kościoła. A ja, jako młody chłopak, chętnie słuchałem różnych podszeptów. Z jednej strony znałem teorię, jak powinno wyglądać życie chrześcijanina, z drugiej – bardzo chętnie ulegałem różnym pokusom. Szedłem jakby równolegle dwiema ścieżkami. Jedną nogą byłem w Kościele, drugą poza nim. Na dłuższą metę jednak tak okrakiem nie dało się iść przez życie – opowiada Mikołaj. Wspominając tamte czasy, nie może o sobie powiedzieć, że był święty. – Wpadałem w różne nałogi, próbowałem wielu rzeczy przynoszących szkodę, a grzech był na porządku dziennym. Nie przeszkadzało mi to, że chodzę na spotkania wspólnoty i na Mszę św. W sobotę wieczorem szedłem na Eucharystię, a po niej na imprezę. Próbowałem jakoś pogodzić dwa światy – wspomina.

    Krok w dorosłość

    Mając trzynaście lat, można wejść do własnej wspólnoty neokatechumenalnej, własnej, czyli takiej bez rodziców. – Bardzo tego chciałam. Wiązało się to dla mnie z dorosłością, poczuciem niezależności od rodziców, samodzielnością. Poza tym wspólnota, która właśnie powstawała, była młoda, a to mnie oczywiście pociągało. Chciałam być z rówieśnikami poza kontrolą mamy i taty – mówi Asia. W tej nowej wspólnocie młodych spotkali się z Mikołajem. – Wysłuchaliśmy katechez, raz jeszcze przypomnieliśmy sobie, na czym polega bycie chrześcijaninem, ale to wciąż była teoria. Praktyka naszego życia była powtarzającym się pasmem różnym grzechów i upadków. W końcu, jako bardzo młodzi ludzie, pobraliśmy się. Ja miałem 19 lat, Asia 20 i oczekiwaliśmy narodzin naszego pierwszego dziecka – wspomina Mikołaj. Młodej rodzinie nie było łatwo. – Mieliśmy różne wizje życia, małżeństwa, przyszłości. Dogadanie się, gdy brakuje dojrzałości, wydawało się niemożliwe – wspominają. Po roku małżeństwa Asia była w ciąży z drugim dzieckiem. Nic nie wskazywało na to, że ich życie wywróci się do góry nogami. – Ciąża była książkowa. Nasza córeczka dobrze się rozwijała, ja czułam się dobrze, badania były w normie. Oczekiwaliśmy na jej narodziny. Nagle, w dziewiątym miesiącu ciąży, Pola – tak daliśmy jej na imię – przestała się ruszać. Kiedy się zorientowałam i pojechaliśmy do szpitala, okazało się, że nasze dziecko nie żyje. To był szok. Na początku nie rozumiałam, co się wokół mnie dzieje, ale ta sytuacja sprawiła, że rzuciłam się z prośbą o pomoc do jedynego znanego mi źródła – do Boga. I choć przez całe moje wcześniejsze życie wiele o Nim słyszałam i modliłam się do Niego, to nigdy z Nim nie rozmawiałam tak bardzo osobiście i blisko jak wtedy, gdy okazało się, że moje dziecko umarło. Ta modlitwa dała mi siłę, by normalnie urodzić Polę, i choć nie oddychała, mogłam ją przytulić. Wtedy namacalnie odczułam, że Bóg jest blisko mnie w całej tej tragedii – wspomina Asia. Podobne odczucia miał Mikołaj. – Śmierć dziecka paradoksalnie zbliżyła mnie do Boga. Gdy tylko okazało się, że Pola nie żyje, w szpitalu byli przy nas nasi rodzice i bracia ze wspólnoty. Zostaliśmy otoczeni taką mocą modlitwy, że czuć ją było w powietrzu. To sprawiło, że mimo ogromnego bólu, jaki czuliśmy, nie było w nas czarnej rozpaczy. Potrafiliśmy przyjąć to cierpienie z pokojem. Wtedy właśnie odbyło się moje świadome powiedzenie Panu Bogu „tak”. Powiedziałem: „Boże, oddaje Ci moje życie, kieruj nim i przeprowadź nas przez to doświadczenie”. I tak się stało – mówi Mikołaj.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół