• facebook
  • rss
  • Najważniejsze, by być

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 06/2016

    dodane 04.02.2016 00:15

    Hospicjum św. Anny w Lubartowie. Człowiek chodzi, dopóki go ból nie przyciśnie. A jak już przycisnął tak bardzo, że poszłam do lekarza, okazało się, że na wiele rzeczy jest za późno. Dlatego, gdy dowiedziałam się o hospicjum, które może mi ulżyć, bardzo chciałam tu być. Okazało się, że znalazłam nie tylko ulgę w chorobie, ale i taką opiekę, jakbym była w domu.

    Pani Barbara choruje od 3 lat. Przynajmniej od tego czasu wie o swojej chorobie i z nią walczy. – Życie tak się potoczyło, że byłam sama. A jak człowiek jest sam, nie roztkliwia się nas sobą. Przecież i tak nie ma nikogo, żeby się mną zajął, żebym mogła pomarudzić i porozczulać się. Trzeba było wziąć się w garść i zająć domem, zrobić zakupy, wykonać swoje codzienne obowiązki. Do lekarza nie było mi po drodze – opowiada pani Barbara. W końcu jednak ból był tak silny, że niechęć do badania osłabła na tyle, że pani Basia wybrała się do doktora. Diagnoza przewróciła jej świat do góry nogami.

    – Okazało się, że to rak i trzeba natychmiast operować. Przez pół roku było dobrze, ale potem wszystko wróciło. To wtedy uległam namowom mojej siostry, która od dawna prosiła mnie, bym się do niej przeprowadziła. Nie chciałam wcześniej. raz dlatego, że ceniłam swoją samodzielność, a dwa, że wiązało się to z wyjazdem na drugi koniec Polski. Choroba jednak zmieniła moje podejście do życia i z wdzięcznością przyjęłam pomoc siostry. Tak znalazłam się w Lubartowie – opowiada pani Barbara. Choroba jednak nie dawała za wygraną. – Najgorszy był ból. Przysłaniał mi cały świat. Nie mogłam funkcjonować, nie miałam siły na zwykłe proste czynności. Marzyłam nawet nie o tym, żeby wyzdrowieć, tylko żeby nie bolało. Dowiedziałam się wtedy o hospicjum w Lubartowie. Wiem, że ludziom zdrowym hospicjum się źle kojarzy, ale dla mnie było spełnieniem marzeń. To tutaj przestało mnie boleć. Ciemność, jaka wypełniała mój świat, zniknęła. Z każdym kolejnym dniem bólu było mniej. Zaczęłam wstawać z łóżka, chodzić, interesować się światem. Wcześniej nie miałam już sił, by przeczytać książkę czy gazetę, teraz wracam do życia. Jest nadzieja, że niedługo będę mogła wrócić do domu i choć nie znaczy to, że nowotwór zniknął, bo pewnie będzie ze mną już zawsze, to hospicjum dało mi szansę, bym ten czas, który mam jeszcze przed sobą, mogła przeżyć, ciesząc się życiem – podkreśla pani Barbara.

    Miejsce niezwykłe

    Hospicjum w Lubartowie mieści się niedaleko parafii św. Anny. To z nią związany jest początek placówki. – Proboszcz parafii – ks. Andrzej Tokarzewski – wyszedł z taką inicjatywą, by w Lubartowie zbudować hospicjum. Kościół dał działkę i postawił budynek, zawiązano stowarzyszenie, które miało zająć się prowadzeniem placówki. Tak się stało. Potem okazało się, że ks. Andrzej sam walczy z chorobą nowotworową. Czy wiedział o tym, gdy zaproponował budowę hospicjum, czy choroba ujawniła się później, dziś nikt nie potrafi powiedzieć. Jedno jest pewne, że dzięki temu człowiekowi chorzy z Lubartowa i całego powiatu zyskali miejsce, które pomaga im w najtrudniejszym momencie życia – mówi Waldemar Klej, prezes hospicjum. Zabiegając o stworzenie hospicjum, ks. Andrzej Tokarzewski przygotował list, w którym napisał: „Kierując się dobrem mieszkańców naszego miasta pragniemy założyć Hospicjum św. Anny w Lubartowie. W czasach współczesnych, jako wierzący, powinniśmy zainteresować się losami ludzi, których choroba jest nieuleczalna, aby w godziwych warunkach przeżywali ostatnie chwile swojego życia. Szpitale często tylko leczą, a my pragniemy pomóc ludziom, którzy cierpią i dlatego tak potrzebne jest hospicjum w naszym mieście. Parafia udostępni plac pod budowę i fundusze, ale konieczną jest rzeczą, aby utworzyć stowarzyszenie, które umożliwiłoby działalność hospicjum…”. Hospicjum udało się wybudować i uruchomić w 2007 roku. Od tego czasu pomaga chorym zarówno stacjonarnie, jak i obejmuje opieką tych, którzy chorują w domu.

    Jak w domu

    Małe, przytulne pokoje, kaplica, kuchnia, gdzie każdy może przyrządzić sobie posiłek, i uśmiech na twarzach personelu, który pośród cierpienia próbuje sprawiać chorym małe radości. – Tu zawsze można przyjść o każdej porze dnia i nocy. Posiedzieć przy swoim chorym, kochanym, potrzymać go za rękę, porozmawiać lub pomilczeć. Najważniejsze, by razem być. Ta obecność jest cenniejsza niż wszystko inne. My, lekarze czy pielęgniarki, też jesteśmy do dyspozycji pacjentów. Ze strony medycznej robimy co możemy, by zapewnić choremu ulgę w cierpieniu, ale to nie wszystko. Stajemy się towarzyszami naszych chorych, niesiemy im uśmiech, staramy się spełnić zachcianki, by ten czas, który przyszło spędzić im w hospicjum, mimo całego bólu i cierpienia był czasem dobrym – mówi doktor Joanna Kućmińska, kierownik placówki. Kiedy jedna z ostatnio przyjętych do hospicjum pacjentek zapytała nieśmiało panią doktor, czy może zjeść jabłko, usłyszała, że może jeść wszystko, na co ma ochotę. – A może kawki pani zrobić – zapytała lekarka. Chora popatrzyła z niedowierzaniem i zapytała: – To ja mogę kawkę? – Może pani, co tylko zechce – usłyszała. – Bo ja tak dawno kawy nie piłam, a taka mi się z mlekiem marzy – przyznała chora. – O to chodzi, by pacjenci, którzy do nas trafiają, czuli się jak w domu. I choć wiadomo, że mimo najlepszych starań hospicjum będzie tylko namiastką, to chcemy, by była to namiastka maksymalnie zbliżona do rzeczywistości – podkreśla doktor Joanna Kućmińska.

    Towarzyszenie

    Nie jest łatwo patrzeć na cierpienie i odchodzenie, choć nie zawsze hospicjum oznacza coś ostatecznego. Kiedy jednak tak jest, wszyscy starają się zapewnić choremu ulgę w cierpieniu. Podejście ludzi do śmierci jest bardzo indywidualne. Psychologia mówi o różnych fazach przygotowania: od nieświadomości, niepewności, przez zaprzeczenie, bunt i depresję do akceptacji. W praktyce pacjenci bardzo różnie to przeżywają. Jedni zdążą przejść przez wszystkie fazy i zaakceptować sytuację, inni nie. – Na pewno jest to dla nich bardzo trudne. Każdy, mimo bólu, jaki towarzyszy chorobie, różnych ograniczeń i bezradności, chce trzymać się życia. Każdy człowiek to inna historia. Zawsze niepowtarzalna i trudna. Nie ma jednego schematu w chorowaniu i odchodzeniu. Może trudniej jest ludziom młodym, takim pomiędzy 40. a 50. rokiem życia. Wielu z nich ma jeszcze małe dzieci i świadomość, że zostaną bez jednego z rodziców, jest paraliżująca. Szczególnie, gdy choruje mama i wie, że zostanie sam mąż z dziećmi. Nawet dla mnie jako psychologa, który profesjonalnie podchodzi do swojej pracy, to bardzo trudne towarzyszenie. Zresztą nie ma łatwych, niezależnie od tego, ile pacjent ma lat – mówi Justyna Dalętka, psycholog z hospicjum. Choroba to wyzwanie nie tylko dla chorego, ale i dla całej jego rodziny. – Często między pacjentem i jego rodziną toczy się rodzaj gry. Pacjent udaje, że wie mniej niż wie w rzeczywistości o swoim stanie zdrowia, a rodzina ukrywa przed nim, jaki jest rzeczywiście jego stan. Obie strony prowadzą grę, by nikt nie domyślił się prawdy. Moim zdaniem to czas stracony. Gdyby stanąć w prawdzie, można zyskać czas na to, by wyjaśnić sobie różne sytuacje, uporządkować różne sprawy i zwyczajnie przygotować się wspólnie na rozstanie – mówi psycholog. Ludzie nie chcą odchodzić sami. Bardzo chcą, by w tych ostatnich momentach życia ktoś przy nich był. Jeśli to możliwe, to ktoś bliski z rodziny, jeśli nie, to lekarz, pielęgniarka czy wolontariusz. Zdając sobie z tego sprawę, hospicjum obejmuje opieką wielu chorych, także tych w domach. – Moglibyśmy pomóc jeszcze większej liczbie potrzebujących, ale jak to zwykle bywa, wszystko rozbija się o pieniądze. I tak nieustannie szukamy sponsorów, bo koszty funkcjonowania hospicjum są większe niż otrzymywane z NFZ fundusze. Nowotwór to choroba naszych czasów, liczba zachorowań rośnie, więc trudno zakontraktować określoną liczbę chorych. Mimo wszystko staramy się nikomu nie odmawiać pomocy. Ludzie to wiedzą i jeśli ktoś może, wspiera nas finansowo, a każde takie wsparcie jest na wagę ludzkiego życia – mówią pracownicy hospicjum.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół