• facebook
  • rss
  • „Źródło” w każdym z nas

    ks. Rafał Pastwa

    |

    Gość Lubelski 10/2016

    dodane 03.03.2016 00:15

    Nowa ewangelizacja. – Gdy miałem dwanaście lat, razem z rodzeństwem trafiłem do domu dziecka. Miałem trzy posiłki dziennie, swoje łóżko, ale nie opuściły mnie lęk i niepewność. Ciągle słyszałem od wychowawców, że skończę w więzieniu – wspomina Robert, świecki ewangelizator.

    Najpierw jest oczekiwanie i napięcie, bo to nieco inne rekolekcje niż zwykle. Oprócz księdza do parafii przyjeżdża grupa osób świeckich, które bez ogródek opowiadają o swoim życiu i działaniu Boga. To robi wrażenie. W kościele panuje cisza, niektórzy wyciągają szyję, by przyjrzeć się członkom ekipy. Zwłaszcza scenki rodzajowe, mające pomóc zobrazować treść przesłania ewangelizacyjnego, wzbudzają zainteresowanie wiernych. Potem są świadectwa, śpiewy, wspólna modlitwa. Kościół tworzy przestrzeń rodzinną i wspólnego losu osób, które przychodzą tu w jednym celu – by spotkać żywego Chrystusa. To On odpuszcza grzech i daje życie w obfitości. Rekolekcje „Przyjdź do Źródła” trwają od czwartku do niedzieli. W sobotę przybywają do parafii relikwie Krzyża Świętego.

    Tego nam potrzeba

    Po krótkiej przerwie rekolekcje ewangelizacyjne „Przyjdź do Źródła” kontynuowane są w dekanacie bychawskim. Po Starej Wsi ewangelizatorzy świeccy dotarli do parafii w Woli Gałęzowskiej. Przewodził im ks. dr Krzysztof Kwiatkowski, kanclerz kurii metropolitalnej w Lublinie. – To zupełnie inna forma przeżywania rekolekcji. Złapałam się na tym, że zdziwiło mnie i zaskoczyło, iż zwykli ludzie dzielą się osobistym przykładem wiary. A tak powinno być przecież na co dzień. Nasunęła mi się myśl, że wszystkie obowiązki związane ze świadectwem wiary i jej głoszeniem zrzuciliśmy na księży, a dzisiaj rzeczywiście potrzeba świadectwa ludzi, którzy żyją w świecie. Oczekujemy świadectwa od księdza, a nie przychodzi nam do głowy, że i my musimy od siebie wymagać, by stanowić przykład dla innych – mówi Monika z parafii w Woli Gałęzowskiej. Rola świeckich podczas spotkań rekolekcyjnych jest niezwykle istotna. – Osobiste doświadczenia ludzi wierzących bardzo pomagają w umocnieniu wiary. Świadectwa pokazują również, że często nasze problemy, które uznajemy za największe na świecie, wcale takie nie są. A poza tym to spotkanie uświadamia, że Bóg jest również po to, by nam towarzyszyć w codziennym życiu – dodaje Monika. Innym parafianom uczestniczącym w rekolekcjach ewangelizacyjnych taka forma spotkań przypomniała młodość i nieskrępowaną bliskość Kościoła. – Dorastałem w atmosferze spotkań, podczas których ludzie mówili o wierze, o Bogu i starali się brać na siebie odpowiedzialność za świat w duchu chrześcijańskim. Teraz przychodzę tu ze swoim synem i cieszę się, że również on może zobaczyć radosną, autentyczną wspólnotę ludzi, którzy nie wstydzą się mówić o swoich relacjach z Bogiem. Przyznam się, że brakowało mi takiej formy spotkań i przepowiadania. Brakowało mi głosu ludzi świeckich, także w odniesieniu do komentowania Biblii – tłumaczy Piotr Barszcz.

    Ciemno jak w kopalni

    – Kiedy mówimy, że grzech człowieka pęta, to chcemy to też przedstawić, aby jeszcze wyraźniej uświadomić sobie stan człowieka po popełnieniu grzechu – mówi do zebranych rekolekcjonista. Na środku, przed ołtarzem, pojawia się krzesło, potem siada na nim mężczyzna, którego za chwilę zwiążą grubymi linami kobiety z grupy ewangelizacyjnej. Po jakimś czasie na jego oczach pojawi się zasłona, która symbolizuje zatracenie jasnego patrzenia i postrzegania rzeczywistości. Wtedy rozpoczyna się osobiste świadectwo Roberta. W kościele panuje absolutna cisza. – Rodzice byli alkoholikami. Przez całe dzieciństwo byłem wraz z czwórką młodszego rodzeństwa świadkiem dramatycznych wydarzeń. Były to kłótnie, przemoc, pijaństwo. Nieustannie byłem wystraszony, ciągle się bałem. W szkole nie miałem dobrych relacji, stałem się kłótliwy, zazdrościłem kolegom i koleżankom ich rodziców, szczęścia rodzinnego i tego, że mogli się uczyć w spokoju. Gdy miałem dwanaście lat, razem z rodzeństwem trafiłem do domu dziecka. Tam się wychowałem. Miałem trzy posiłki dziennie, miałem swoje łóżko, ale nie opuściły mnie lęk i niepewność. Ciągle słyszałem od wychowawców, że się do niczego nie nadaję i skończę w więzieniu. Z takim przeświadczeniem i spojrzeniem na świat, w poczuciu braku sensu, dorastałem – opowiada Robert Cieślak z ekipy ewangelizacyjnej.

    Czułość Boga

    Kiedy skończył szkołę górniczą na Śląsku, poszedł do pracy w kopalni – w wieku osiemnastu lat. Był dobrze zbudowanym, młodym mężczyzną. W związku z tym sztygar od razu wysłał go do przodka, miejsca niebezpiecznej i ciężkiej pracy. – Po pierwszej dniówce nie chciało mi się żyć. Pomyślałem, że moje życie nie ma sensu. Doświadczyłem śmierci duchowej – wspomina. Robert znalazł jednak przewodnika w swoim życiu, na wzór Mojżesza, który wyprowadził Izraelitów z niewoli. Była to przyszła żona Roberta. – Pewnego razu kolega spytał mnie, czy nie zagrałbym w piłkę nożną. Potem zaprosił mnie do domu. Tam poznałem jego siostrę. Zaczęliśmy się spotykać. Po pewnym czasie powiedziała, że mnie kocha. Dla mnie był to szok. Nigdy nie słyszałem takich słów. Była osobą wierzącą, zaprowadziła mnie też do kościoła. Zrozumiałem, że Bóg dociera do człowieka najbardziej przez czułość, przez miłość drugiego człowieka – podsumował Robert. Okazało się, że rekolekcje, w których bierze aktywny udział jako jeden z ewangelizatorów, to kolejny znak. – Dla mnie to miejsce i czas są wyjątkowe, bo na terenie parafii jest dom dziecka. Jego wychowankowie przychodzą na nasze spotkania rekolekcyjne. Wiem, że nie ma przypadków w życiu. Mam tylko nadzieję, że moje świadectwo będzie dla nich pomocą i wsparciem, którego mnie zabrakło na tym etapie mojego życia – podkreśla.

    Zadanie i służba

    To trzecie rekolekcje w ramach projektu „Źródło”, które prowadzi ks. dr Krzysztof Kwiatkowski. – Każda okazja, by głosić Ewangelię, jest ważna. Dobrze, że z rekolekcjami połączona jest peregrynacja relikwi Krzyża Świętego, bo to uzmysławia nam, że Chrystus jest sensem naszej działalności i centrum przepowiadania – wyjaśnia. Każde rekolekcje są inne. Wiele zależy od czasu i miejsca, w jakim są realizowane. – Teraz szczęśliwie się składa, że mamy Wielki Post – to czas uprzywilejowany, naznaczony wezwaniem do nawrócenia. Jednak bez względu na uwarunkowania trzeba głosić Chrystusa. Trzeba się przy tym wystrzegać skrajności. Bo z jednej strony pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że nie warto się wysilać i szukać nowych form przepowiadania i docierania do ludzi. Jeszcze inni być może sądzą, że wystarczy wygłosić rekolekcje ewangelizacyjne w parafii i wszyscy się od razu nawrócą, w związku z tym nic więcej nie należy robić. A trzeba nieustannie głosić Chrystusa, w poczuciu służby i modlić się o owoce tego przepowiadania – dodaje ks. Kwiatkowski. Proboszcz parafii miał obawy dotyczące frekwencji, bo pogoda nie była sprzyjająca. – Okazało się, że nie było tak źle. Rekolekcje cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem wśród młodzieży. A obecność osób świeckich w ekipie ewangelizacyjnej wywarła pozytywny wpływ na parafian. To ważne doświadczenie dla naszej wspólnoty – powiedział ks. Leszek Żelazny, proboszcz parafii w Woli Gałęzowskiej.

    Zwyczajne znaki

    Do grupy ewangelizatorów trafiła niedawno Teresa Stachyra z parafii Czerniejów, animatorka „domu zmartwychwstania” we wspólnocie Galilea. – Osoby ze wspólnoty zaczęły mnie namawiać do udziału w projekcie ewangelizacyjnym. Długo się wzbraniałam, ale teraz nie żałuję. Wychodzimy do ludzi, szukamy na nowo, bo istnieje potrzeba odnowienia autentycznej wiary we wspólnotach parafialnych. Chcielibyśmy, aby życie wiarą nie stanowiło w przekonaniu ludzi obciążenia, ale by niosło radość i siłę do twórczego działania – mówi T. Stachyra. W ekipie ewangelizatorów, która przyjechała do Woli Gałęzowskiej, była również Hanna Kowalska z parafii św. Barbary w Łęcznej. Należy tam do wspólnoty o nazwie Szkoła Modlitwy, która jako charyzmat przyjęła modlitwę za parafię i za dzieło nowej ewangelizacji. Jej rekolekcyjne świadectwo dotyczyło codziennego życia. Mówiła o śladach obecności Boga, który ukazywał jej stopniowo sens wydarzeń, jakie miały miejsce na przestrzeni lat. – Najpierw była przeprowadzka z Zamojszczyzny do Łęcznej. Marzyłam o życiu w wielkim mieście, a trafiłam niemalże na pustynię, do miasta, które dopiero było w budowie. Chciałam być aktywna zawodowo, a gdy zaszłam w czwartą ciążę, te marzenia stały się niemożliwe, świat mi się zawalił. Miałam wrażenie, że mówię do Boga, a On mnie nie słyszy. Ale okazało się, że odpowiedzi przyszły bardzo szybko. Znalazłam pracę, pogodziłam ją z wychowywaniem dzieci, a do tego zbliżyłam się do wiary. Przeżyłam swoiste nawrócenie, nie spektakularne, ale dające mi poczucie sensu i nowe siły. Teraz mówię o tym innym ludziom i podkreślam, że moje nawrócenie nie dokonało się w jakimś niezwykłym miejscu, ale w domu, podczas nawiedzenia krzyża, i w parafii, podczas rekolekcji. Nawróciło mnie słowo Boże – podsumowała Hanna Kowalska.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół