• facebook
  • rss
  • Bezdomny i biskup

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 16/2016

    dodane 14.04.2016 00:15

    Każdy powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to jest, że czasy się zmieniają, a problemy biednych od wieków pozostają takie same – mówiła na KUL s. Małgorzata Chmielewska ze wspólnoty Chleb Życia.

    Mam wrażenie, że my, żyjący w 2016 roku, nie rozumiemy, do czego Chrystus nas wzywa w tym konkretnym czasie. Wobec działania wielu instytucji państwowych i kościelnych, które w swoich statutach mają zapisane, że ich zadaniem jest pomaganie biednym i potrzebującym, większość ludzi czuje się zwolniona z pomagania innym. I nie jest to tylko problem ludzi świeckich – mówi gość KUL s. Małgorzata Chmielewska prowadząca wspólnotę Chleb Życia, w której mieszka z bezdomnymi. Jej zdaniem miłosierdzie jest teraz w modzie.

    – Nie żebyśmy stali się bardziej miłosierni, przynajmniej w wersji oficjalnej, tej krążącej we wszelkich środkach przekazu, masowego oczywiście. Bo środki przekazu indywidualnego i bezpośredniego mogę ocenić tylko z własnego podwórka. Miłosierdzie w modzie, czyli wszyscy o nim mówimy. Czasem mi żal, że mniej słuchamy Tego, który jest samym Miłosierdziem. I w słowo to wkładamy własne znaczenie, takie jakie nam pasuje. Skutek jest, jaki jest – karykatura wychodzi i basta. Teorii bowiem mnóstwo, konferencji i zjazdów. Praktyki ciągle niedostatek – podkreśla s. Małgorzata.

    Nie jesteśmy innowacyjni

    Została zaproszona na konferencję zatytułowaną „Oblicza Kościoła w Polsce”, organizowaną przez Instytut Teologii Fundamentalnej KUL. Jej zadaniem było podzielenie się refleksją o Kościele. – Patrząc na charytatywne oblicze Kościoła, można podać wiele przykładów z historii o tym, jak poszczególne zgromadzenia czy stowarzyszenia zakładały szpitale, ochronki, przytułki. Tam, gdzie jest ludzka bieda, zawsze znajdzie się ktoś, kto na nią odpowie. I nie trzeba być człowiekiem wierzącym, by z różnych źródeł wyczytać, jak od samego początku swego istnienia Kościół pomagał biednym. Zakonnicy i zakonnice szli tam, gdzie inni się bali, brzydzili brudu, smrodu, zarazków – mówiła s. Małgorzata. Podkreślała, że nie jesteśmy – dzisiejsi katolicy, innowacyjni. Joannici, miechowici, kawalerowie maltańscy w średniowieczu, potem kolejne zakony, Panie Miłosierdzia z XVIII wieku, w XIX brat Albert Chmielowski, matka Angela Truszkowska, Honorat Koźmiński, w XX w. Róża Czacka. Każdy z nich tworzył maleńką przestrzeń na ziemi, w której można było dotknąć nieba. – To, co mnie dziś niepokoi, to fakt, że miłosierdzie próbuje się zbiurokratyzować. Na przykład w Warszawie jest taki pomysł, by bezdomnych do schroniska przyjmować ze skierowaniem. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że w piątkowy wieczór doczołguje się do naszego domu bezdomny chory na raka, wypuszczony ze szpitala bez dobrych rokowań. Znajduję go na schodach i zamiast pomóc, pytam: „Panie, a skierowanko pan ma? Nie? To proszę u nas pod płotem poczekać do poniedziałku, a jak rano otworzą biuro wydające bezdomnym skierowania, to się pan tam poczołga po papier i wróci do nas”. Moim zdaniem to nie jest już miłosierdzie – mówi s. Małgorzata.

    Honory dla bezdomnego

    Na szczęście niezależnie od urzędniczych pomysłów praktyka miłości bliźniego nie ginie. – Opowiem prawdziwą historię, jaka niedawno się zdarzyła. Na ulicach Rzymu bp Krajewski spotkał bezdomnego Polaka. Leżał na chodniku, brudny, zasikany, śmierdzący. Nie odstraszył biskupa, choć naprawdę mógł. Ten zabrał go do siebie, odskrobał z brudu, dał nowe ubranie. Po rozmowie z panem Jurkiem, bo tak ma na imię bezdomny, zadzwonił do mnie z pytaniem, czy go przyjmę. – Tak – odpowiedziałam. Biskup więc zaopatrzył pana Jurka w potrzebne do życia rzeczy i kupił mu bilet na samolot do Warszawy. Kiedy odstawiał bezdomnego na lotnisko, wszyscy karabinierzy mu salutowali, a że szedł z nim bezdomny pan Jurek, o którym nikt nie wiedział, że jest bezdomny, to i panu Jurkowi oddawano honory. Kiedy pod opieką personelu samolotu, żeby się nie zgubił na lotnisku, doleciał do Warszawy, my odebraliśmy go z lotniska, zawieźliśmy luksusowym samochodem, bo taki nam podarowano, do naszego domu w Zochcinie i zameldowaliśmy. Tak pan Jurek przestał być bezdomnym, a doświadczenia ostatnich dni przywróciły mu poczucie godności – mówiła s. Małgorzata. Zdaniem s. Chmielewskiej miłosierdzie to miłość w sercu dająca radość i pociechę innym. Taka często kosztuje kupę roboty i wysiłku. Czasem też i kasy. Jeśli chodzi o to ostatnie, to jest ono jedyną sensowną inwestycją finansową.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół