• facebook
  • rss
  • Poznałem ludzi z dobrej strony

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 23/2016

    dodane 02.06.2016 00:08

    Ks. prof. Andrzej Szostek o swoich naukowych autorytetach, byciu studentem oraz „szefowaniu” na KUL.

    Justyna Jarosińska: Otrzymał Ksiądz ostatnio jako pierwszy w historii KUL tytuł Professor Emeritus, który oznacza „profesora wyróżnionego”.

    Ks. prof. Andrzej Szostek: To dla mnie wielki zaszczyt. Nie wiem jeszcze, jakie niesie ze sobą obowiązki, natomiast jednym z przywilejów, z jakimi się wiąże, jest możliwość dalszej pracy na etacie, co prawda nieco okrojonym, choć ukończyłem 70 lat.

    Pracuje Ksiądz na KUL od 45 lat. Wcześniej były jeszcze studia na wydziale filozofii. Otarł się Ksiądz o największe osobistości tej uczelni.

    Formalnie pisałem magisterium pod kierunkiem ks. kard. Karola Wojtyły. Ponieważ on był już wtedy kardynałem, jeździliśmy do niego do Krakowa na seminarium. Spotkania trwały po kilka godzin. Do dziś pamiętam niektóre tematy seminariów. I pamiętam jego znamienne „Quid vobis videtur?” (Co o tym sądzisz?), rozpoczynające dyskusje. Chętnie się w nią włączaliśmy.

    W pierwszej części seminarium zawsze była tzw. prasówka. My mówiliśmy, co kto czytał, bądź widział wartego przeczytania, a ks. Wojtyła sobie w swoim dzienniczku odnotowywał to, co go zainteresowało. Potem przedstawialiśmy swoje referaty. Ja na którymś ze spotkań miałem mówić na temat Kotarbińskiego. W tym czasie jednak ks. Wojtyła też coś pisał. Nie podobało mi się to. Uważałem, że na tę chwilę mógłby odłożyć to notowanie i zająć się nami. Ale gdy zaczął streszczać to, co od nas usłyszał, zobaczyłem, do jakiego stopnia znakomicie potrafi wydobyć wszystko, co istotne, z naszych wszystkich wypowiedzi i jak doskonałą ma pamięć. Któregoś razu podczas takiego spotkania zabrałem głos. Nie pamiętam, o czym mówiłem, pamiętam tylko, że podniósł na mnie wzrok, i nagle uprzytomniłem sobie, że to, co ja mam do powiedzenia, jest śmiesznie nieważne w stosunku do jego uwagi. Spojrzał na mnie z takim skupieniem i zrobiło mi się wstyd. Pomyślałem wtedy, że na taką uwagę trzeba zasłużyć.

    Kardynał Wojtyła był także recenzentem Księdza doktoratu.

    Tak, jednym z trzech. Bez wątpienia nie był papierowym mistrzem. Gdy pisałem swój doktorat, nie śmiałbym go puścić dalej bez akceptacji szefa katedry, nawet jeśli promotorem był ks. Tadeusz Styczeń. Napisałem więc pracę, przygotowałem ją w trzech egzemplarzach i wysłałem do kard. Wojtyły, do ks. Stycznia i ks. Jurosa. Jedynym, który odpisał, był Wojtyła. Odpisał z aprobatą. W związku z tym bez obaw złożyłem pracę w dziekanacie. Nawet nie myślałem o tym, by to kard. Wojtyła był oficjalnym recenzentem. Jednak gdy ks. Styczeń odwiedził go w Krakowie i on zapytał o mój doktorat i o to, kto jest recenzentem, ks. Tadeusz odpowiedział: bylibyśmy szczęśliwy, gdyby to Wuj nim był. Ks. Wojtyła natychmiast odpowiedział: dobrze.

    A jakim był Ksiądz studentem? Zdarzyło się oblać egzamin?

    Nawet dwa razy. Pierwszy raz nie zdałem egzaminu ze śpiewu u słynnego ks. Miazgi. Uczył naprawdę znakomicie i był bardzo wymagający. Do dziś pamiętam antyfony po łacinie i niektóre Msze gregoriańskie. Profesor wchodził do sali, rzucał numer strony w śpiewniku i kazał nam od razu śpiewać. My najczęściej mieliśmy jakąś inną numerację. On wtedy bardzo się denerwował. Ja mam słuch, kończyłem szkołę muzyczną, ale na egzaminie zapytał mnie o jakiś element muzyki gregoriańskiej, a ja się tego nie uczyłem. Oblał mnie. Drugi egzamin, z którego miałem poprawkę, to był język hebrajski.

    Był Ksiądz szefem KUL przez dwie kadencje. Jak to Ksiądz wspomina?

    Osiwiałem w ciągu pierwszego półtora roku bycia rektorem i to nie dlatego, że byłem tak bardzo zapracowany. Ta funkcja naprawdę kosztuje wiele nerwów. Problemem były pieniądze, których zawsze było mało, i różne konflikty międzyludzkie. Generalnie miałem jednak bardzo dobrych współpracowników. W czasie mojego rektorowania dobrze poznałem ludzi, także z dobrej strony. Przez te lata zawsze przede wszystkim starałem się trudne sprawy rozwiązywać jawnie i przejrzyście, dzięki temu uniknąłem wielu nieprzyjemnych sytuacji.

    Nie zdecydował się Ksiądz jednak na trzecią kadencję.

    Od razu wiedziałem, że chcę być rektorem dwie kadencje, nie więcej. Pierwsze trzy lata to tak naprawdę nauka, człowiek wiele nie zdąży zrobić. Cieszę się, że wraz ze współpracownikami zostawiliśmy uniwersytet bez żadnych długów. Pamiętam, że po dwóch kadencjach jeden z pracowników naukowych powiedział: żal będzie księdza rektora żegnać. Ja mu na to odpowiedziałem: proszę pana, ja wolę być teraz żegnany z żalem niż za trzy lata z ulgą.

    Jak Ksiądz postrzega dziś po latach swoją uczelnię?

    Mamy bez wątpienia kryzys, który jest udziałem nie tylko KUL, ale wszystkich uniwersytetów, i jest związany z kryzysem demograficznym. Obniża się niestety w związku z tym poziom wymagań, a student szybko wyczuwa, że jest „świętą krową”. Kryzys demograficzny wiąże się z koniecznością zwalniania pracowników. Żeby tego nie robić, uczelnia zaczyna otwierać nowe, zupełnie efemeryczne kierunki studiów. Na dłuższa metę to jednak nic nie daje. Trzeba po prostu przyjąć, że teraz mamy lata chude. Oczywiście należy myśleć o nowych kierunkach, ale takich, które mogą dać młodym ludziom pracę.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół