• facebook
  • rss
  • Wyrwani z zamknięcia

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 24/2016

    dodane 09.06.2016 00:00

    Wychodzą codziennie rano na osiem godzin. Jak gdyby szli do pracy. Niewielu wie, że pod pozorem zwyczajnego życia, zmagają się z  nieuleczalną chorobą.

    Marcin ma 31 lat. W swoim życiu imał się różnych zawodów. Był ochroniarzem, magazynierem, robotnikiem drogowym. Wszystkie zajęcia wykonywał w ramach pracy chronionej. Od kilku miesięcy codziennie rano stawia się w Środowiskowym Domu Samopomocy w Lublinie, prowadzonym przez Stowarzyszenie „Misericordia”.

    – Trafiłem tu po pobycie w szpitalu – mówi. – Potrzebowałem kontaktu z innymi ludźmi takimi jak ja, bo choć rodzina daje mi dużo wsparcia, jednak nie zawsze to wystarcza. Tu nikt mnie nie ocenia. W końcu znalazłem przyjaciół i widzę, że też mogę być coś wart – opowiada. Marcin choruje na schizofrenię paranoidalną. W domu, do którego przychodzi otrzymuje nie tylko wsparcie psychiczne, ale też konkretne zadania do wykonania. Pomagają mu one zapomnieć o chorobie i skupić się na efekcie. – Chodzę na zajęcia do pracowni stolarskiej. To dla mnie wielka frajda, że mogę zrobić coś z niczego. Marek, szef pracowni stolarskiej, uczy pracy z drewnem i w drewnie nie tylko Marcina, ale także wielu innych podopiecznych stowarzyszenia. – Tu nie chodzi o to, by ich wyuczyć na stolarzy – podkreśla. – Tak naprawdę najważniejsze jest nauczenie tych ludzi organizacji pracy i koncentracji. Samo wykonanie przedmiotu to w zasadzie efekt uboczny, choć zdarzają się prawdziwi artyści – zauważa. Marcinowi marzy się własny dom i rodzina. – Nie wiem, czy to będzie kiedykolwiek możliwe, bo moja choroba daje słabe rokowania. Lekarz mówi, że jest mało prawdopodobne bym wyzdrowiał – wzdycha mężczyzna. Beata do Misericordii przychodzi od 8 lat. Na schizofrenię paranoidalną zachorowała blisko 20 lat temu. – Moja choroba zbiegła się z chorobą mojej mamy i ten dom okazał się dla mnie ratunkiem. Mogłam wyjść, ubrać się. Miałam cel. Spotykałam się w końcu z innymi ludźmi – opowiada. Mimo że na początku Beata miała trudności z otworzeniem się przed innymi, dziś wie, że to najlepsze, co ją na co dzień spotyka. – Mieszkam sama, a samotność nie tylko pogłębia chorobę, ale dodatkowo człowiek popada w depresję – stwierdza. Beata najczęściej korzysta z pracowni plastycznej, ale, jak mówi, nie unika też komputera. – To dla mnie takie okno na świat

    Rzucony na głęboką wodę

    Charytatywne Stowarzyszenie Niesienia Pomocy Chorym „Misericordia” powstało 25 lat temu dzięki determinacji ks. Tadeusza Pajurka. – Kiedy zostałem kapelanem w szpitalu neuropsychiatrycznym nie było miejsca, gdzie mógłbym odprawiać Mszę św. dla chorych – opowiada. – Marzyła mi się kaplica, ale żeby ją mieć, musiałem ją zbudować. Pojawił się pomysł budowy kościoła na terenie należącym do szpitala. Powstał nawet projekt tego kościoła, niestety, okazało się, że na budowę nie ma pieniędzy. Ponieważ dosyć często jeździłem do pracy w Niemczech i miałem tam wielu znajomych, to właśnie tam zacząłem szukać pieniędzy – wspomina prezes „Misericordii”. By zrealizować zamierzenia budowy kościoła, polski ksiądz potrzebował miliona marek. – Zacząłem mówić w Niemczech, że potrzebuję tych pieniędzy, żeby wybudować kaplicę, ale od razu otrzymałem odpowiedź, że Niemcy kościołów w Polsce budować nie będą. Na szczęście w tym samym czasie powstała fundacja polsko-niemiecka, która miała za zadanie wspierać w Polsce cele społeczne i kulturalne. Już wiedziałem, że kaplicy nie wybuduję. Powstanie za to ośrodek rehabilitacyjny dla osób z zaburzeniami psychicznymi, oczywiście z kaplicą – opowiada. Kwota, którą ks. Tadeusz, już jako prezes powołanego na szybko stowarzyszenia, otrzymał, stanowiła 80 proc. potrzebnych środków. Pozostałą część, w tym w szczególności na budowę kaplicy, pozyskał od Fundacji Renovabis i ofiarodawców indywidualnych. Uzyskał też pomoc z PFRON-u. Przy szpitalu na Abramowickiej powstała więc kaplica wielofunkcyjna, która z racji przepisów stała się jednocześnie salą spotkań kulturalnych, a oprócz niej osiem pracowni rehabilitacyjnych, tworzących dzienny środowiskowy dom samopomocy. Do dziś to ośrodek, w którym ludzie z zaleczoną schizofrenią po wyjściu ze szpitala otrzymują niezbędną pomoc rehabilitacyjną i terapeutyczną.

    Zamiast kawy i  papierosa

    – Ci ludzie wychodzą ze szpitala i nasz Środowiskowy Dom Samopomocy ma pomóc im odnaleźć się na nowo w rzeczywistości – wyjaśnia dyrektor ŚDS ks. Bogusław Suszyło. – Większość z nich choruje na schizofrenię. Trudno im wrócić do normalnego funkcjonowania, trudno im też znaleźć właściwy obraz siebie. Wielu z nich ma lęki. Niektóre osoby, nawet jeśli biorą leki, ciągle słyszą głosy, mają różne zaburzenia emocjonalne. Nie potrafią nawiązywać relacji. Poprzez pracę z psychologami, z terapeutami w pracowniach, z pielęgniarką, pomagamy im wrócić choć w pewnym stopniu do normalności, bo chodzi o to, by nie pozwolić im trwać w zamkniętym kole. Zazwyczaj jest tak, że człowiek, który wraca ze szpitala do domu, w zasadzie z tego domu nie wychodzi. Siedzi, pali papierosy i pije kawę. Rodzina się wstydzi, więc tym bardziej nie zachęca do wychodzenia. Potem taka osoba przestaje brać leki i znowu wraca do szpitala. Każdy z uczestników zajęć w Środowiskowym Domu Samopomocy ma tworzony przez zespół terapeutyczny specjalny plan swojego funkcjonowania w ośrodku. – Przez pierwsze dni obserwujemy podopiecznego i proponujemy mu konkretne zajęcia – wyjaśnia ks. Bogusław. – Po jakimś czasie oceniamy, na jakim jest poziomie, jak funkcjonuje w danej pracowni, jak zmieniły się jego relacje i jak daje sobie radę w rzeczywistości poza ośrodkiem. Jeśli trzeba, zmieniamy mu zajęcia lub jeśli zauważymy znaczną poprawę, proponujemy przejście do kolejnych aktywności.

    Droga do  samodzielności

    Środowiskowy Dom Samopomocy, jak informuje prezes stowarzyszenia ks. Tadeusz Pajurek, to jedna z trzech form działalności stowarzyszenia Misericordia. Kilka lat temu w budynku Domu Kultury w Głusku powstały także Warsztaty Terapii Zajęciowej. Jest tam m.in. stolarnia, pracownie krawiecka i poligraficzna. Tam część podopiecznych za swoją pracę otrzymuje pierwsze w życiu zarobione pieniądze. Chorzy uczą się radzenia sobie z trudnymi emocjami i stresem związanym z wychodzeniem na zewnątrz – robieniem zakupów, chodzeniem do kina czy restauracji. Jakiś czas temu Misericordii udało się stworzyć również własny zakład pracy – Zakład Aktywności Zawodowej. W starej odremontowanej plebanii działa kompleks gastronomiczny. Jest tu kuchnia przemysłowa i ekipa mogąca obsłużyć imprezę na 300 osób. – Mamy też kawiarnię pod nazwą Santiago Cafe – mówi ks. Pajurek. W ZAZ podopieczni pracują na pół etatu. Gotują, sprzątają, dowożą jedzenie, prowadzą kawiarnię, ale przede wszystkim budują poczucie własnej wartości i pewnej niezależności. Praca w Zakładzie Aktywizacji Zawodowej to ostatni etap na drodze do samodzielności. Część osób zatrudnionych w cateringu i kawiarni mieszka w utworzonym przez Misericordię hostelu. – Tych ludzi nie stać na wynajęcie mieszkania, a nie zawsze mogą mieszkać w domu rodzinnym – opowiada ks. Tadeusz. – Stworzyliśmy dla nich coś na kształt akademika. Mieszka w nim 17 osób. Raz w tygodniu odwiedza ich terapeuta. W pozostałe dni radzą sobie sami. XVIII-wieczna odnowiona plebania mieści także 7 mieszkań dla chorych. – Mieszkają tu małżeństwa, które u nas się poznały – dodaje. Dziś, po 25 latach, prezes za największy sukces powołanego przez siebie stowarzyszenia uważa fakt, że organizacji udało się stworzyć całościowy system pomocy chorym z zaburzeniami psychicznymi. – Wielu ludzi, którzy przychodzą do nas po opuszczeniu szpitala, dzięki zajęciom, które proponujemy, pracy którą dajemy, a często też mieszkaniu, do tego szpitala już nie wraca.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół