• facebook
  • rss
  • Najpierw nakarmić

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 24/2016

    dodane 09.06.2016 00:00

    – Daję wam jeść po to, byście mieli siłę do walki ze złem – mawiał ks. Jan Mazur, założyciel placówki.

    Zaczęło się 25 lat temu. Ks. Jan Mazur, najpierw kapelan więzienia, potem rektor kościoła przy ul. Zielonej w Lublinie, gdzie działała jadłodajnia, na co dzień spotykał się z biedą. Różna to była bieda. Czasem tak po ludzku niezaradna, czasem spowodowana alkoholem, brakiem pracy lub dziedziczna. Najgorzej było na początku lat 90. Przemiany w Polsce pozbawiły wiele osób pracy. Zamykano różne zakłady, likwidowano hotele robotnicze. Nagle bez środków do życia znalazły się tysiące ludzi, a system pomocy społecznej nie był w stanie szybko poradzić sobie z takim ogromem biedy. Ks. Jan wiedział, że samo jedzenie nie wystarczy, choć od niego trzeba zacząć.

    Trudno głodnemu mówić o tym, że się go zaktywizuje, pokaże, jak szukać pracy, czy nauczy nowych umiejętności. Powstało więc Bractwo Miłosierdzia, które miało nieść pomoc potrzebującym – opowiada Wojciech Bylicki, prezes Bractwa Miłosierdzia im. brata Alberta Chmielowskiego w Lublinie. Potrzeba dobrej woli W szczytowym okresie Bractwo wydawało około 600 posiłków dziennie. Samo jedzenie, dla wielu jedyny posiłek w ciągu dnia, nie wystarczało. Do księdza Jana przychodzili ludzie pytać, czy mogą się gdzieś przy kościele przespać, bo zostali bezdomnymi. Wtedy powstał pomysł, by stworzyć schronisko dla bezdomnych. Urząd miasta, do którego zwrócono się z prośbą o pomoc, przekazał do użytku pomieszczenia przy ul. Dolnej Panny Marii. Tam stworzono pierwsze 15 miejsc dla bezdomnych mężczyzn. Kolejnym krokiem była noclegowania. W swojej pracy z bezdomnymi, obok miłości do człowieka, ks. Jan miał bardzo realne spojrzenie na życie i stawiał wymagania. Przed swoja śmiercią w 2007 roku mówił „Gościowi Niedzielnemu”: „Dochodzę do wniosku, że w dzisiejszych czasach, żeby móc żyć w miarę łatwo, trzeba najpierw upaść. Bezdomny za nic nie odpowiada. Nie płaci podatków, nie reguluje rachunków, a mimo to wszyscy starają się mu pomóc. Drzwi urzędów otwarte, policja zawsze gotowa zabrać bezdomnego w nocy z przystanku, bo może zamarznąć, Caritas da ubranie, ja dam zupę. Żyją więc bez odpowiedzialności i wysiłku. Wielu z bezdomnych to alkoholicy. Trwaniu w bezdomności sprzyja brak ich przymusowego leczenia. To są chorzy ludzie. Prawda jest taka, że można pomóc tylko temu, kto wykaże odrobinę dobrej woli i przyzna się do tego, że jest słaby”. – Mądrość ks. Jana jest z nami do dziś, choć jego samego już nie ma. Na siłę nikomu nie możemy pomóc, choć staramy się na różne sposoby przekonywać, że warto zawalczyć o siebie – mówi Wojciech Bylicki. Dobre i złe zakończenia Opowiada historię jednego z bezdomnych, który po wieloletnim wyroku wyszedł z więzienia i nie miał dokąd wrócić. Żona się z nim rozwiodła, zaczęła nowe życie, on został na ulicy. Trafił do schroniska. – To był człowiek niesamowitej determinacji i chęci działania. Bardzo angażował się w prace w schronisku, chętnie pomagał innym. Po jakimś czasie zaproponowaliśmy mu pracę asystenta. Spisywał się znakomicie, dzielił się doświadczeniem, wspierał innych. Po dwóch latach dostał mieszkanie socjalne i wyprowadził się do siebie. Kolejny rok potwierdził, że jest on znakomitym pracownikiem, i wydawało się, że bezdomność, więzienie, alkohol i najtrudniejszy czas w życiu ma za sobą. Poszedł na urlop i nie wrócił. Spotkał ludzi ze swojego starego środowiska i wybrał życie z nimi. Przestał przychodzić do pracy, zaczął pić. W końcu dowiedzieliśmy się, że nie żyje. To przykład na to, że każdy ponosi za siebie odpowiedzialność i na siłę nikogo nie można uszczęśliwić – mówi pan Wojciech. Na szczęście historii z dobrym zakończeniem jest dużo więcej. Jedną z nich jest opowieść pana Artura, który jako młody, trzydziestokilkuletni mężczyzna trafił do schroniska. – To była bieda dziedziczona. Wyrósł w rodzinie, która utrzymywała się z tego, że była bezrobotna. Korzystała z różnych zapomóg, przychodziła na Zieloną na zupę i po ubrania. Artur był bardzo roszczeniowy. Należał do trudnych podopiecznych. W schronisku przebywał 2 lata. To był czas wielu rozmów, nabywania umiejętności zawodowych, jakie oferujemy naszym podopiecznym, ale też czas modlitwy, bo w schronisku jest kaplica, codzienna Msza św. i duszpasterz. Arturowi udało się załatwić mieszkanie socjalne i wyprowadził się. Kontakt nam się urwał. Niedawno spotkałem go w jednym z marketów. Podszedł do mnie, powiedział, że znalazł tu pracę, poznał wspaniałą kobietę, ożenił się. Podziękował za to, że pomogliśmy mu wrócić do normalnego świata – opowiada pan Wojciech.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół