• facebook
  • rss
  • Ludzi ulicy przybywa

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 29/2016

    dodane 14.07.2016 00:00

    Klatkowcy, altankowcy, śmietnikowcy, kanalarze – to potoczne określenia bezdomnych. W Lublinie jest ich około 600, co trzeci z nich korzysta z pomocy Centrum Wolontariatu.

    14 lat temu pierwszy raz pojechali na dworzec PKP, by zawieźć bezdomnym gorącą herbatę i kanapki. Była zima, na dworze mróz. Dworcowa poczekalnia wydawała się idealna na ogrzanie, choć spać tam się nie dało, bo sokiści wyrzucali. – To wtedy zaczęliśmy myśleć o jakimś miejscu w tamtej okolicy, gdzie bezdomni mogliby się ogrzać, napić gorącej herbaty. Wielu z nich pozostawało pod wpływem alkoholu, więc nie mieli szans na zgłoszenie się do schroniska, gdzie wymagana jest trzeźwość. Z czasem przychodzili do nas nie tylko na herbatę, zupę czy po ubrania, ale by porozmawiać. To był mały krok w kierunku zmiany dotychczasowego życia – mówi ks. Mieczysław Puzewicz, pomysłodawca Gorącego Patrolu, jak nazwano grupę wolontariuszy jeżdżących do bezdomnych.

    Strach przed identyfikacją

    Wolontariusze nie stawiali bezdomnym wymagań. – To była nasza odpowiedź na papieski apel o wyobraźnię miłosierdzia – mówi ks. Mietek. Każdy, kto przychodził, otrzymywał coś do picia czy jedzenia oraz drobną pomoc medyczną w postaci opatrunków czy tabletki przeciwbólowej. – Chodzi o to, by być z tymi ludźmi, by przywrócić im godność, którą utracili. Każdy z nich ma za sobą jakąś trudną historię, najczęściej więzienie, i towarzyszy mu strach przed pójściem do lekarza, wyrobieniem dokumentów, zatrudnieniem. Każde z tych miejsc może sprawić, że bezdomny zostanie jakoś zapisany, a on tego nie chce. Część z nich ma wyroki w zawieszeniu, pozostaje w różnych konfliktach i nie chce zostać zidentyfikowana. Trzeba naprawdę długiego czasu, by ktoś zachciał to zmienić – mówi Artur Radziszewski, koordynator prac Gorącego Patrolu. Tegoroczny dyżur patrolowy zakończył się 1 czerwca. Na początku wakacji wydany został specjalny raport podsumowujący działania wolontariuszy.

    Kategorie ulicy

    Pracując z bezdomnymi, wolontariusze uczyli się ich świata. Okazało się, że nie jest to jednolita grupa. – Bezdomni w Lublinie dzielą się na kilka kategorii – wyjaśnia ks. Mietek Puzewicz. Jedni z nich to klatkowcy, czyli osoby, które nauczyły się wchodzić na klatki schodowe bloków, zwłaszcza zimą, gdzie na półpiętrach przy grzejnikach spędzają noc. Kolejni to altankowcy, którzy w zadziwiająco pomysłowy sposób adaptują altanki na ogródkach działkowych i spędzają tam zimę. Są też śmietnikowcy, którzy nawet pośród kontenerów z odpadkami rozkładają jakieś stare kołdry i nocują. Kanalarze mieszkają w kanałach ciepłowniczych. Są także meliniarze, którzy noce spędzają na melinach. Tu jednak „biletem wstępu” jest alkohol lub papierosy. Wielu bezdomnych zajmuje także pustostany, urządzając sobie w nich lokum. – Odwiedzaliśmy wiele takich miejsc, zawożąc ludziom ciepłe ubrania, jedzenie, kołdry czy koce. Zawsze, gdy wchodzę do takiego lokum, jestem pod wrażeniem pomysłowości ludzkiej, dzięki której są w stanie przetrwać na ulicy – mówi ks. Mieczysław.

    Krok po kroku

    Raport o bezdomnych w Lublinie podaje, że ich liczba stale rośnie. Część z nich nie pochodzi z naszego miasta, jednak wybiera Lublin na miejsce przebywania. Zwiększa się też liczba bezdomnych kobiet, którą obecnie szacuje się na 10–15 procent. Obniża się także wiek bezdomnych. Najmłodsza z osób, którym pomagali wolontariusze, miała 19 lat. Większość jednak to osoby między 40. a 60. rokiem życia. Znamiennym zjawiskiem jest fakt, że pojawiają się rodziny bezdomne, co wcześniej raczej się nie zdarzało. Bardzo niebezpiecznym zjawiskiem jest też stan zdrowia takich osób. Wiele z nich cierpi na choroby skóry, świerzb, różne zapalenia. – Trzeba pamiętać, że człowiek nie staje się bezdomnym z dnia na dzień. To cały proces, który najczęściej zaczyna się od nadużywania alkoholu. Potem przychodzi utrata pracy, kolizja z prawem, więzienie, utrata rodziny. Dlatego wyjście z bezdomności to też proces długi, trudny i żmudny – tłumaczy Dominika Mazurek, jedna z wolontariuszek Gorącego Patrolu. – Kiedy bezdomni widzą naszą postawę pełną szacunku wobec nich, zaczynają z nami rozmawiać. Z czasem poznajemy ich historię życia i jeśli możemy w czymś pomóc, robimy to, np. podejmujemy się mediacji z ich rodzinami. Są takie przypadki, że bezdomny kiedyś skonfliktował się z bliskimi i nie wierzy, że może naprawić wyrządzone zło i uzyskać przebaczenie. Na szczęście mamy kilka takich przypadków, że dzięki mediacji wolontariuszy osoba bezdomna wróciła do swojego domu – opowiada Dominika. Obecnie dzięki pomocy wolontariuszy siedem osób podjęło leczenie, a trzy znalazły pracę i próbują wyjść z bezdomności.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół