• facebook
  • rss
  • Doświadczanie Bożej miłości

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 01/2017

    dodane 05.01.2017 00:00

    Padało. Piątkowy wieczór nie zachęcał do wyjścia z domu. W dodatku było ślisko i nieprzyjemnie. Naprawdę można było znaleźć wiele powodów, by usprawiedliwić swą nieobecność na tym spotkaniu. W końcu to tylko przygotowanie do bierzmowania.

    Jakie „tylko”? – oburzają się młodzi, którzy z żadnej wymówki nie zamierzali skorzystać. – „Tylko” to mogą powiedzieć ci, którzy nie rozumieją, co znaczy zostać bierzmowanym, nie znają sensu tego sakramentu, a przede wszystkim nie mieli okazji doświadczyć, jak dobrze jest być dzieckiem Boga. Bardzo nam szkoda naszych rówieśników, którzy czas przygotowania do bierzmowania uważają za system zbierania podpisów i pieczątek, a po wszystkim „żegnaj, Panie Boże” – mówią młodzi, którzy do bierzmowania przygotowują się w kościele św. Michała Archanioła na Bronowicach w Lublinie. Rzeczywiście przygotowanie nie jest zwyczajne, choć może jest właśnie odwrotnie. Może to, co dzieje się w Lublinie na Bronowicach i w katedrze, jest zwyczajne?

    Program na lata

    To, do czego zostali zaproszeni młodzi, nie trwa kilka tygodni czy nawet miesięcy. To program opracowany na 6 lat. W tym czasie co tydzień odbywają się spotkania w małych grupach. Raz w miesiącu organizowane są w parafii, w pozostałe piątki młodzież zapraszana jest do domów rodzin z parafialnych wspólnot neokatechumenalnych, które zdecydowały się zostać „chrzestnymi” od bierzmowania. – Pomysł nie jest całkiem nowy. W latach 90. XX w. w parafii Męczenników Kanadyjskich w Rzymie Kiko Argüello, założyciel Drogi Neokatechumenalnej, zaproponował program, który miał zmieniać nastawienie młodych do Kościoła. Nie tylko polska rzeczywistość jest taka, że wielu nazywa bierzmowanie „sakramentem pożegnania z Kościołem”. Oczywiście warto go mieć czy, jak niektórzy mówią, zrobić, bo jest potrzebny do zostania chrzestnym czy do ślubu kościelnego. Ale przecież nie o to chodzi! – mówi Maciej Barczentewicz, który wraz z żoną znalazł się w grupie małżeństw prowadzących program w Polsce.

    Małe wspólnoty

    Kiko zaproponował, by program włoski objął młodzież od 13. roku życia, ponieważ właśnie wtedy we Włoszech udzielany jest sakrament bierzmowania, i dalej trwał aż do matury. Wiadomo było, że głoszenie nauk przed bierzmowaniem w wielkiej grupie młodzieży, która nie ma możliwości wypowiadania się czy komentowania tego, co słyszy, skutek ma różny, najczęściej niestety mizerny. Doświadczenia Drogi Neokatechumenalnej pokazały, że spotkania w małych grupach, dzielenie się słowem Bożym, rozmowa o przykazaniach i świadectwo życia konkretnych osób mają większe szanse, by dotrzeć do kogoś z Dobrą Nowiną. Podzielono więc młodzież na małe, 7–8-osobowe grupy, które co tydzień odpowiedzialne małżeństwa z wieloletnim doświadczeniem Drogi zabierały do swoich domów, częstowały posiłkiem, organizowały modlitwę, rozmowę na określony temat, budując tym samym małą wspólnotę, która pomaga młodzieży doświadczyć osobistego spotkania z Bogiem, jako miłującym Ojcem, oraz Jezusem Chrystusem, który umarł za nasze grzechy, zmartwychwstał dla naszego usprawiedliwienia i posyła nam Ducha Świętego, Obrońcę i Pocieszyciela w każdej sytuacji.

    Nowa rzeczywistość

    – Doświadczenia włoskie pokazały, że rzeczywiście ci, którzy zdecydowali się na udział w takiej formie przygotowania do sakramentu bierzmowania i kontynuacji spotkań po samej uroczystości, odkrywali dostępną każdemu prawdę, której wielu nie chce widzieć: że są dziećmi Bożymi, kochanymi przez Pana Boga najbardziej na świecie. To zaś zmienia wszystko w życiu, ustawia nowy kąt widzenia rzeczywistości – mówi Wojciech Kaczmarek, odpowiedzialny za neokatechumenat w Lublinie. Spotkania zaczynają się od rozważania Bożych przykazań. – Weźmy choćby to mówiące „czcij ojca swego i matkę swoją”. Przykazanie, z którym młodzi często się zmagają, wchodząc w okres dorastania. Rozmawiając na jego temat, pytamy młodych, co oni o tym sądzą, jak to widzą, z jakimi trudnościami się spotykają. Rozmawiamy o tym, co na ten temat mówią świat, rodzina, koledzy i znajomi, media, kultura i współczesna nauka, a co mówi Pismo Święte i Katechizm Kościoła Katolickiego. To wszystko daje nowe widzenie przykazań i ich rozumienie. Przestają być spisem nakazów czy zakazów, a nabierają treści, która jest bliska i pomaga po prostu być szczęśliwym. Słowo Boże mówi: czyń to, a będziesz żył – czcij ojca i matkę, nie będziesz zabijał ani cudzołożył. Grzech przynosi śmierć, a życie w prawdzie życie szczęśliwe, już tu, na ziemi – mówią państwo Barczentewiczowie.

    Świadectwo życia

    Jednak żadna katecheza sama w sobie nie jest tak przekonująca jak ta uzupełniona faktami, świadectwem życia. – Dlatego zapraszamy młodych do naszych rodzinnych domów, by mogli zweryfikować to, o czym mówimy, by zobaczyli, jak żyjemy, co jest dla nas priorytetem – mówią małżonkowie. Maciej i Iwona Barczentewiczowie są w neokatechumenacie ponad 30 lat. Drogę odkryli, będąc młodymi ludźmi, studentami, można powiedzieć: przez przypadek, choć z perspektywy czasu widać, że był to Boży plan dla ich życia. – Byłem wówczas studentem medycyny, który z Kościołem nie miał wiele wspólnego. Wydawało mi się, że Bóg nie jest mi do niczego potrzebny. Dzięki temu, że musiałem powtórzyć II rok studiów, spotkałem moją żonę. Pan Bóg posługuje się naszymi „porażkami” życiowymi, aby wyprowadzić większe dobro. Chciałem z nią być, ale dziewczyna zaproponowała, żebyśmy razem się modlili i chodzili do kościoła. Pomyślałem wtedy: czemu nie, tym bardziej że ktoś już wcześniej zapraszał mnie na jakieś spotkania modlitewne, ale wtedy nie byłem zainteresowany – wspomina Maciej Barczentewicz. Tym razem nie opierał się. – Dowiedzieliśmy się, gdzie i kiedy są spotkania, i poszliśmy, nie wiedząc nic więcej. Okazało się, że są to katechezy Drogi Neokatechumenalnej, które całkowicie zmieniły nasze życie – mówi Iwona Barczentewicz. – Powoli uczyliśmy się ufać we wszystkim Panu Bogu. Otworzyliśmy się na życie, choć wiele razy słyszeliśmy słowa krytyki czy wręcz doświadczaliśmy niedostatku – mówią. Dziś są rodzicami jedenaściorga dzieci i mają głęboką świadomość, że każdy przeżyty dzień jest łaską, że Pan Bóg zabezpiecza nasze życie. – Widzimy, że największym darem, jaki otrzymaliśmy od Pana Boga, jest małżeństwo i nasze dzieci – podkreślają.

    Pan daje pokój

    – Były w naszym życiu niejednokrotnie sytuacje trudne, gdy z ludzkiego punktu widzenia mogliśmy się załamać czy popaść w rozpacz. Tylko wiara i pewność, że jest nad tym wszystkim Pan Bóg, pozwoliła nam to przetrwać – podkreślają małżonkowie. Jednym z najtrudniejszych momentów ich życia był splot wypadków, jaki w ciągu kilku miesięcy dotknął ich rodzinę. – Najpierw nasza córka urodziła się z porażeniem splotu barkowego, pięć miesięcy później nasz syn miał wypadek samochodowy, a po kolejnych kilku miesiącach drugi syn, wówczas 6-letni, także został potrącony przez samochód. Jego stan był bardzo poważny. Nie wiedzieliśmy, czy Jakub przeżyje. Byliśmy przy nim w szpitalu i patrzyliśmy na nasze dziecko nieprzytomne, podłączone do aparatury. Jednak wtedy, jak nigdy wcześniej, mieliśmy w sobie wielki spokój i pewność, że jest życie wieczne. Nasi bliscy, którzy na nas patrzyli, pytali z niedowierzaniem, jak możemy być tacy spokojni wobec takiej sytuacji, ale to nie była nasza zasługa. To było doświadczenie Bożej obecności i pewność, że cokolwiek się stanie, jesteśmy w Bożych rękach – mówią małżonkowie. Tak rzeczywiście było. Powoli sytuacja się normowała i Bóg wyprowadzał ich z tej próby. Dziś chłopcy są dorosłymi, samodzielnymi mężczyznami, którzy znakomicie sobie radzą, córce zaś pozostał tylko niewielki problem z pewnymi ruchami ręką. Wszystko jest łaską – podkreślają. Sytuacji Bożej interwencji w codzienne życie mogą wyliczać wiele, dlatego gdy zapytano na spotkaniu, czy są chętne małżeństwa, by poprowadzić przygotowania młodych ludzi do bierzmowania i opiekować się nimi przez 6 lat, zgodzili się. – Mając jedenaścioro dzieci, trudno nad wszystkim samemu zapanować, dlatego od wielu lat proszę Boga, by opiekował się nimi, i mam pewność, że tak jest. Kiedy więc usłyszeliśmy, że jest prośba, by zaopiekować się Bożymi dziećmi, bo przecież każdy jest Bożym dzieckiem, pomyślałam, że chcę to zrobić, by się odwdzięczyć – mówi pani Iwona. Jakie owoce zrodzą się z 6 lat spotkań i modlitwy, czas pokaże. Dla młodzieży jednak już nieocenionym skarbem jest doświadczenie spotkań z rodzinami, które już dawno zawierzyły się Panu Bogu i nigdy się nie zawiodły.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół