• facebook
  • rss
  • Zupa cenniejsza niż złoto

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 03/2017

    dodane 19.01.2017 00:00

    Pani Zosia nalewa herbatę. Do termosów, słoików, wiaderek po ketchupie lub majonezie. Zależy, co kto przyniesie. Herbaty akurat nigdy nie brakuje.

    agnieszka.gieroba@gosc.pl Większość ludzi korzystających z pomocy wolontariuszy Gorącego Patrolu nie ma możliwości zagotować wody. Mieszkają w pustostanach, altankach, kanałach ciepłowniczych, na śmietnikach. Nawet jeśli zachowali swoje domy, to dawno temu odcięto tam prąd z powodu niezapłaconych rachunków. – Ja tu wszystkich znam, bo sama do niedawna byłam jedną z nich. Życie tak się potoczyło, że nie było pracy, a mieszkanie kwaterunkowe, które kiedyś miałam, było w takim starym domu, że któregoś dnia po prostu zawaliła się ściana. Znalazłam się na ulicy. Nie chcę o tym opowiadać, ale przyznaję, że nikt, kto nie doświadczył podobnej sytuacji, nie jest w stanie wyobrazić sobie, co człowiek wtedy czuje, do czego robi się zdolny, jak inaczej patrzy na otaczający świat – mówi pani Zosia.

    Jej szczęściem było, że nie wciągnął jej alkohol. – Kiedy wydawało mi się, że nic mnie już nie czeka, pomocną dłoń wyciągnął do mnie ks. Mietek Puzewicz. Zaproponował, bym weszła do programu „Powrót”, prowadzonego m.in. przez Centrum Wolontariatu. Tak krok po kroku zaczęłam wracać do życia. Dziś mam 600 zł renty, trochę dorabiam dzięki programowi, dostałam od miasta małe mieszkanie. Wróciłam z dalekiej drogi – opowiada swoją historię pani Zosia.

    Zjeść jak człowiek

    Na pomysł wpadł ksiądz Mietek Puzewicz. Kiedy w 2002 r. media podawały, że Lubelszczyzna plasuje się w czołówce pod względem liczby osób, które zamarzają, pojawiło się hasło, by coś zrobić, zareagować, odszukać zagrożonych, podejść z kanapką i gorącą herbatą. Stąd pomysł nazwy programu: Gorący (od herbaty) Patrol (od wieczornych akcji). Początkowo było to przeszukiwanie okolic dworców, węzłów ciepłowniczych, uliczek. Z czasem potrzebujący sami wiedzieli, że wieczorem można spotkać wolontariuszy pod PKP, i na to spotkanie przychodzili. Na herbatę, ale i na rozmowę, bo jak sami mówią, wolontariusze są ich łącznikiem ze światem, kiedy można porozmawiać o czymś więcej niż tylko gdzie i za co dziś pijemy. – Punktem wyjścia był człowiek, nie wypytywanie o przeszłość, o przewinienia, nawet jeśli czasem zatracił swoje człowieczeństwo przez utratę pracy, domu, alkohol – mówi Justyna Orłowska z Gorącego Patrolu. Od kilku lat, dzięki pomocy ratusza, patrol ma swój lokal w okolicach dworca na ul. 1 Maja. Dzięki temu zupę można zjeść przy stole, jak normalny człowiek, a nie na kolanie na ulicy. Można też się ogrzać i… nie pada na głowę podczas posiłku.

    Byle przezimować

    Pani Teresa z rozbrajającą szczerością mówi: – Przyznaję, że lubię sobie wypić. Wiem, że to niedobrze, ale co zrobić, ja taka słaba jestem. W domu, który jeszcze ma, od dawna nie płaci rachunków. Nie ma prądu, ale nauczyła się obchodzić bez niego. W piecu pali, czym się da, co znajdzie na ulicy i w śmieciach. Czasem użebrze trochę grosza i jakimś cudem nie przepije wszystkiego, więc kupi opał. Czasem. Na jedzenie wydaje rzadko. W Lublinie jest kilka miejsc, gdzie można się najeść bez pieniędzy. Bezdomni czy tacy jak pani Teresa dobrze o tym wiedzą. Większość podopiecznych to już dobrzy znajomi wolontariuszy, którzy z Gorącego Patrolu korzystają od lat. – Dla niektórych to sposób na życie. Jak się napijesz, to wszystko jedno, gdzie i przy kim się prześpisz. Resztę da się jakoś zorganizować. Jest kilka miejsc w mieście, gdzie można pójść się umyć czy uprać swoje rzeczy. Niektórzy o to dbają tak, że nikt by nie powiedział, że to ludzie z problemami. Innym się nie chce. Z naszą pomocą jakoś przetrwają zimę, a kiedy przychodzi wiosna i lato, każdy z nich ma swoje ścieżki, niektórzy podejmują pracę, o którą w sezonie letnim łatwiej. Do nas wracają z pierwszymi mrozami. Tak jest od lat – mówią wolontariusze. Nie stawiają bezdomnym wymagań. – To była nasza odpowiedź na papieski apel o wyobraźnię miłosierdzia – mówi ks. Mietek. Każdy, kto przychodzi, otrzymuje gorącą herbatę, zupę, często jakieś drugie danie oraz drobną pomoc medyczną w postaci opatrunków czy tabletki przeciwbólowej. – Chodzi o to, by być z tymi ludźmi, by przywrócić im godność, którą utracili. Każdy z nich ma za sobą jakąś trudną historię, najczęściej więzienie, towarzyszy mu strach przed pójściem do lekarza, wyrobieniem dokumentów, zatrudnieniem. Każde z tych miejsc może sprawić, że bezdomny zostanie jakoś zapisany, a on tego nie chce. Część z nich ma wyroki w zawieszeniu, pozostaje w różnych konfliktach i nie chce zostać zidentyfikowana. Trzeba naprawdę długiego czasu, by ktoś zechciał to zmienić – mówi Artur Radziszewski z Gorącego Patrolu.

    Stają się naszą rodziną

    Praca, czy może raczej służba, która na pierwszy rzut oka może wydawać się niewdzięczna, okazuje się dla wielu ludzi jedną z najwspanialszych na świecie. Marta, jedna z wolontariuszek, przychodzi tu od 6 lat. Namówiła ją koleżanka ze stancji, jeszcze podczas studiów. Spróbowała, choć przyznaje, że za pierwszym razem czuła się niepewnie. – Przyszłam trochę wystraszona. Na początku parzyłam herbatę i robiłam kanapki, Potem odważyłam się rozmawiać z ludźmi, którzy przychodzili. Nawet nie wiem, kiedy zorientowałam się, że czuję się wśród nich jak w rodzinie. Nie przeszkadza mi to, że czasami są brudni, śmierdzący. Mają problem z alkoholem. Dla nas, wolontariuszy, są zawsze życzliwi, a jak nas widzą na ulicy, kłaniają się z daleka. Wśród nich czuję się bezpiecznie i wiem, że to, co robię, ma sens – mówi Marta. Sylwia, druga Marta i Janek są wolontariuszami patrolu od roku. Trafili tu, jak mówią, przez przypadek, choć jak wiadomo, to widocznie był Boży plan. Żadne z nich nie studiowało kierunku związanego z resocjalizacją czy, ogólnie mówiąc, pomaganiem bezdomnym, ani zawodowo nie są związani z taką działalnością. Przychodzą, bo widzą w tym sens, bo okazanie dobrego serca czy zwyczajny uśmiech nic nie kosztują, a dla kogoś w trudnej sytuacji są bezcenne. – To jest tak, że bycia z bezdomnymi trzeba się też uczyć. Sama doświadczyłam na własnej skórze, jak trudno im dotrzymać słowa czy wziąć za coś odpowiedzialność – opowiada Sylwia. – Na jednym z moich pierwszych dyżurów, gdy zmieniałam opatrunek jednej z pań, usłyszałam, że chciałaby coś zmienić, znaleźć jakąś pracę. Pomyślałam, że to będzie mój mały sukces, że jej pomogę. Zaproponowałam, że znajdę oferty pracy, napiszemy razem aplikację, spróbujemy poszukać wyjścia. Umówiłyśmy się na następne spotkanie, ale pani nie przyszła. Potem jeszcze kilkakrotnie przy różnych okazjach wspominała, że chciałaby coś zmienić, ale jak przychodziło do konkretów, nigdy jej nie było – opowiada Sylwia.

    Kategorie ulicy

    Pracując z bezdomnymi, wolontariusze uczyli się ich świata. Okazało się, że nie jest to jednolita grupa. – Bezdomni w Lublinie dzielą się na kilka kategorii – wyjaśnia ks. Mietek Puzewicz, który w 2016 roku wraz z wolontariuszami przygotował raport o bezdomnych w Lublinie. Jedni z nich to klatkowcy, czyli osoby, które nauczyły się wchodzić na klatki schodowe bloków, zwłaszcza zimą, gdzie na półpiętrach przy grzejnikach spędzają noc. Kolejni to altankowcy, którzy w zadziwiająco pomysłowy sposób adaptują altanki na ogródkach działkowych i spędzają tam zimę. Są też śmietnikowcy, którzy nawet pośród kontenerów z odpadkami rozkładają jakieś stare kołdry i nocują. Kanalarze mieszkają w kanałach ciepłowniczych. Są także meliniarze, którzy noce spędzają w melinach. Tu jednak „biletem wstępu” są alkohol lub papierosy. Wielu bezdomnych zajmuje także pustostany, urządzając sobie w nich lokum. – Odwiedzaliśmy wiele takich miejsc, zawożąc ludziom ciepłe ubrania, jedzenie, kołdry czy koce. Zawsze, gdy wchodzę do takiego lokum, jestem pod wrażeniem pomysłowości ludzkiej, dzięki której są w stanie przetrwać na ulicy – mówi ks. Mieczysław. Kiedy jednak przychodzi zima, szczególnie tak mroźna jak ostatnio, bez ciepłego posiłku i możliwości rozgrzania się, jest bardzo trudno. Dlatego w tym najtrudniejszym okresie do lokalu Gorącego Patrolu zgłasza się nawet do 80 osób dziennie. – Staramy się, by każdemu zupy wystarczyło. Otrzymujemy ją dzięki życzliwości „biskupiaka”, czyli liceum i gimnazjum biskupiego na Czwartku. To kuchnia w szkole dba o to, by obiad przygotowywany dla uczniów był zawsze nieco większy, tak by starczyło dla bezdomnych. Kiedy brakuje zupy, robimy kanapki i gorącą herbatę, zawsze to coś – mówią wolontariusze. Jeśli ktoś chciałby wspomóc wolontariuszy, zawsze może przynieść konserwy lub trwałe produkty żywnościowe oraz odzież – szczególnie męskie ciepłe ubrania i buty są teraz bardzo potrzebne. Gorący Patrol zaczyna swoją działalność w listopadzie, gdy robi się zimno, a kończy wiosną w zależności od pogody. W ten sposób wolontariusze pomagają przetrwać bezdomnym i biednym najgorsze miesiące w roku.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół