• facebook
  • rss
  • Na koniec spadł błogosławiony deszcz

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 23/2017

    dodane 08.06.2017 00:00

    Od rana ciągnęły tłumy. Ze wszystkich stron, z pól, od lasu, ulicami, od miasta – wszędzie nieprzebrane tłumy. Przyszło ponad milion ludzi, by słuchać tego, co Jan Paweł II miał do powiedzenia.

    Oczywiste było, że Ojciec Święty odwiedzi Majdanek i KUL. Biskup Ryszard Karpiński zabiegał, by papież zatrzymał się też w katedrze, do której lubił zaglądać na modlitwę, gdy przyjeżdżał do Lublina na zajęcia ze studentami. Nie wiadomo jednak było, gdzie odbędzie się spotkanie z rzeszą wiernych. Miejsce musiało być dobrze przygotowane, łatwo dostępne i musiało stwarzać możliwości zbudowania na tyle dużego ołtarza, by pomieścić nie tylko papieża wraz z biskupami, ale i 50 diakonów z całej Polski, którzy mieli otrzymać święcenia kapłańskie.

    Czuby najlepsze

    – Bardzo nam zależało, żeby to było na Czubach. Decyzja do nas nie należała, trzeba było modlitwy. Może Duch Święty natchnął abp. Bolesława Pylaka? Zadzwonił do mnie i mówi: „Ty interesowałeś się przyjazdem papieża do Lublina. Weź plan, inżyniera, objedźcie Lublin i na planie zaznacz, gdzie mógłby być przyjęty Ojciec Święty, gdzie mogłaby zostać odprawiona Msza św. dla przynajmniej miliona ludzi”. Jeszcze tej samej niedzieli pojechaliśmy i obejrzeliśmy wszystkie dostępne miejsca, ale ja wiedziałem, że Czuby są najlepsze – wspomina ks. Ryszard Jurak, wieloletni proboszcz parafii Świętej Rodziny i organizator spotkania z Janem Pawłem II w Lublinie. Budujący się kościół Świętej Rodziny miał się stać centralnym miejscem uroczystości. Teren trzeba było jednak odpowiednio przygotować, a czas był krótki. – Proszę sobie wyobrazić, że trzeba było wykopać 12 tys. dołków i postawić 38 km płotu, pozyskać żerdzie z lasu, okorować. To wszystko zrobili ludzie w ciągu miesiąca – podkreśla ks. Jurak.

    Niezwykły dzień

    Po godz. 15 papież przyjechał na miejsce, skorzystał z pokoju osobistego, by skupić się w ciszy. O 16.00 zaczęła się liturgia. Ludzie jednak czekali na Ojca Świętego od rana. Od wschodu słońca w kierunku Czubów ciągnęły tłumy. Wiadomo było, że żadna komunikacja miejska nie dojedzie w pobliże, więc wszyscy szli. Wśród ludzi spieszących na spotkanie z Janem Pawłem II była Renata Kołodziej. Od lat związana z Ruchem Światło–Życie na Czuby wybierała się z całą oazaową wspólnotą. Dla nich był specjaly sektor w dosyć bliskiej odległości od ołtarza. – Nikt nie czuł zmęczenia, choć trzeba było wcześnie rano wstać i pokonać spore odległości. Kiedy spod katedry papież pojechał na KUL, zgromadzeni na placu katedralnym, wśród których było sporo oazowiczów, wyruszyli na Czuby. Szły nas setki, jeśli nie tysiące. Ludzie wysypywali się z różnych uliczek. Im bliżej Czubów, tym tłum gęstniał. Ludzie nieśli flagi, transparenty, pomagali sobie wzajemnie. Stanowiliśmy wszyscy jakby jedną wielką rodzinę. To były jeszcze czasy komuny, więc udział w takiej uroczystości był nie tylko radością ze spotkania z Ojcem Świętym, ale też przejawem buntu wobec ówczesnej władzy. To chyba ta świadomość sprawiała, że czuliśmy się tak bardzo wyjątkowo tego dnia – mówi pani Renata.

    Nie było w nas strachu

    W „oazowym” sektorze wszyscy mieli żółte chusty. Papież nadjechał od strony Poczekajki. Tłum falował z radości. Były oklaski, śpiewy, były i łzy. Wśród oazowiczów był także Marian Czajczyk, wówczas odpowiedzialny po stronie Ruchu Światło–Życie w Lublinie za organizację oazowego sektora. – Oaza przeżywała właśnie śmierć założyciela ks. Franciszka Blachnickiego, ale nie załamanie. Na rekolekcje wybierały się setki młodych ludzi, nic więc dziwnego, że chcieli oni także uczestniczyć w spotkaniu z papieżem. Przygotowaliśmy kilka tysięcy śpiewniczków, by w oczekiwaniu móc się modlić i śpiewać. Rozpierała nas wielka radość – wspomina Marian Czajczyk. Zaczęła się Eucharystia. Kiedy Jan Paweł II mówił o wolności, przerywały mu gromkie oklaski. – Wśród setek transparentów było wiele z napisem „Solidarność”, wtedy wszyscy zapomnieliśmy o strachu. Była w nas niesamowita odwaga, by manifestować swoją wiarę i przekonania – mówi Renata Kołodziej. Podczas Mszy św. Jan Paweł II udzielił święceń diakonom z różnych diecezji w Polsce. Gdy Msza św. dobiegała końca, piękna pogoda, jaka od rana panowała w Lublinie, zamieniła się w ulewny deszcz. Był to deszcz niezwykły, bo zapisał się we wspomnieniach chyba wszystkich obecnych wtedy na spotkaniu z papieżem. – Łąki, na których zbudowane były sektory, zamieniły się w błoto. Po ulicach płynęły strumienie wody. Pamiętam, że wracając po Mszy do domu, zdjęliśmy buty i szliśmy na bosaka bez żadnych parasoli czy płaszczy, brodząc w wodzie sięgającej niemal po kolana. Byliśmy tacy szczęśliwi – wspominają świadkowie tamtych wydarzeń.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      Reklama

      przewiń w dół