• facebook
  • rss
  • W domu każdy wiedział, że gdy można, trzeba pomóc

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 23/2017

    dodane 08.06.2017 00:00

    Nie uważa się za osobę niezwykłą, choć dzięki niej setki naukowców w czasach PRL miało dostęp zarówno do światowej wiedzy, jak i codziennego wsparcia w postaci licznych darów przysyłanych do Polski. Wanda Gawrońska została przez KUL wyróżniona odznaczeniem Gratae Memoriae Signum Uniwersitatis.

    Nigdy nie przyszło jej do głowy, że robi coś nadzwyczajnego. Odkąd pamięta, jej rodzina zawsze spieszyła z pomocą tam, gdzie mogła zaradzić potrzebie. Nic dziwnego, że w takich warunkach wyrósł bł. Piotr Jerzy Frassati, wuj Wandy Gawrońskiej, który jest inspiracją do działania dla wielu ludzi. – To prawda, że Piotr Jerzy jest mi szczególnie bliski, ale nie tylko on w naszej rodzinie podejmował działania na rzecz drugiego człowieka. To naturalne, że tam, gdzie można przyjść z pomocą, po prostu robi się różne rzeczy – mówi Wanda Gawrońska.

    Choć osobiście nie poznała brata swojej mamy, dziś bł. Piotra Jerzego, bo urodziła się dwa lata po jego śmierci, od dziecka widziała, jak rodzice podejmują różne dzieła. Jej matką była Luciana z domu Frassati, ojcem polski dyplomata Jan Gawroński. Młodzi poznali się podczas pracy Jana na placówce dyplomatycznej w Rzymie, pokochali i pobrali. Z ich związku urodziło się 6 dzieci, które żyją do dziś. Jednym z nich jest Wanda.

    Wędrówka przez Europę

    – Tato jako dyplomata pracował w różnych miejscach, więc i rodzina przeprowadzała się do różnych krajów. Przed wybuchem II wojny światowej mieszkaliśmy też w Polsce w Warszawie. Kiedy jednak Hitler zaatakował naszą ojczyznę, rodzina przeniosła się do Rzymu. Stąd moja mama, przez koligacje rodzinne, interweniowała u Mussoliniego w sprawie uwolnienia 103 profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego aresztowanych przez Niemców. Do Polski wysyłane były paczki, a także sprowadzani ludzie potrzebujący pomocy, wśród których była żona gen. Sikorskiego. Nikt w domu nie rozważał, czy angażować się w pomoc, po prostu widząc potrzebę, próbował jej zaradzić – mówi Wanda Gawrońska. Po zakończeniu II wojny rodzina Gawrońskich pozostała w Rzymie. Wanda kończyła szkoły, studiowała w Oxfordzie, uczyła się języków obcych, podróżowała, m.in. po Stanach Zjednoczonych, gdzie zaraziła się pasją fotografii. Stała się pierwszą kobietą fotoreporterem, najpierw w świecie mody, później także polityki. Jako fotoreporter i dziennikarka pracowała do lat 60. XX wieku. Potem jej czas coraz bardziej zaczęła pochłaniać działalność społeczna.

    Książki i garnki

    Widząc, co dzieje się w krajach będących pod panowaniem Związku Radzieckiego, zaczęła organizować pomoc, najpierw wysyłając paczki, a potem fundując stypendia, by studenci i naukowcy mogli przyjeżdżać do Rzymu. By było to możliwe, założyła wówczas w Rzymie Centrum Spotkań i Studiów Europejskich, które przyznawało stypendia dla inteligencji opozycyjnej i katolickiej z Polski, w tym z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Tuż po wyborze na papieża Karola Wojtyły założyła Stowarzyszenie im. Piera Giorgia Frassatiego – Przyjaciele Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jego działalność nastawiona była wyłącznie na pomoc KUL i jego pracownikom. Do roku 1988 ze stypendiów przyznawanych za pośrednictwem Centro i Associazione skorzystało ok. 80 osób. – Wówczas Pier Giorgio nie był znany szerszemu gronu, ale Jan Paweł II o nim wiedział. Pamiętam, jak podczas wizyty w Mediolanie, gdzie i ja byłam z mamą na spotkaniu z papieżem, powiedział do młodych, że da im przykład ich rodaka, który doskonale rozumiał, jak wypełniać Ewangelię, i wymienił Piotra Jerzego. Myślałyśmy, że spadniemy z krzeseł w wrażenia, bo wujek był wówczas tylko czcigodnym sługą Bożym, żadnym znanym błogosławionym. To jeszcze bardziej zmotywowało mnie do działania – wspomina pani Wanda. W Rzymie stworzyła też bibliotekę zabronionych w Polsce wydawnictw emigracyjnych oraz punkt rozdawnictwa tych publikacji. Prowadziła gratisową wysyłkę książek naukowych do Polski – najhojniej do Biblioteki Uniwersyteckiej KUL, która otrzymała tą drogą kilkanaście tysięcy książek, czasopism i encyklopedii. – Pani Wanda doskonale wiedziała, że do życia potrzeba dużo więcej niż wiedza z najlepszych publikacji, dlatego do paczek z książkami pakowała też ubrania, środki chemiczne, kosmetyki, a nawet garnki, o które poprosił kiedyś rektor, bo w Polsce nie można było ich dostać, a stołówka KUL miała braki w tej materii – mówił prof. Marian Surdacki, wygłaszając laudację. Świadectwa pomocy w różnych dziedzinach życia przytaczało wiele osób, które przybyły na KUL, by podziękować za otrzymane dobro.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół