• facebook
  • rss
  • Czas odkrywania na nowo

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 33/2017

    dodane 17.08.2017 00:00

    Raz gorąco, raz zimno. Dla nich jednak – zawsze idealnie. Nie narzekają, bo idą po wielką nagrodę – spotkanie z Matką.

    Są w różnym wieku. Zarówno zupełnie mali, jak i już bardzo dorośli. Jedni doskonale sami wiedzą, po co pielgrzymują, innym sens długiej drogi tłumaczą dorośli. – Jak dzieci są bardzo małe, jeszcze w wózkach, to całkiem fajnie się z nimi idzie – mówi pani Joanna, która na pielgrzymce była już wiele razy, także ze swoimi córkami – roczną i trzyletnią. – Tak naprawdę chodzi o to, by się dobrze zorganizować – przekonuje. Podobnego zdania są Monika i Marek, rodzice trojga dzieci. – One są już przecież całkiem duże – stwierdza Marek, wskazując na swego prawie 10-letniego syna i dwie córki: 12- i 15-latkę. – Lubią z nami spędzać czas i nigdy nie musieliśmy ich zachęcać do pielgrzymowania. Są przyzwyczajone, że co roku jeździmy na rekolekcje, a tym razem przeżywamy rekolekcje w drodze.

    Życzliwi ludzie

    Pielgrzymi po pięciu dniach marszu, szczególnie ci mniej zaprawieni w drodze, zaczynają odczuwać zmęczenie. – Za każdym razem w okolicy Świętego Krzyża dopada mnie zwątpienie – śmieje się Karol, młody biznesmen, który od pięciu lat swój wakacyjny urlop wykorzystuje, by razem z przyjaciółmi przez 12 dni modlić się, maszerując. – Przyzwyczaiłem się do tego uczucia i wiem, że to trzeba przeczekać, przetrwać, aż minie. Ale gdy patrzę na tych, którzy idą pierwszy raz i czasami płaczą z bólu, przypominam sobie siebie. Za pierwszym razem chciałem zrezygnować. Zabrać swój plecak i niepostrzeżenie oddalić się, żeby nie było wstydu. W porę przyszło otrzeźwienie, że skoro pan Tadeusz, mój sąsiad, idzie, a ma trzy razy tyle lat co ja i nie narzeka, to ja nie mogę się poddać. Byłem wtedy po studiach i szedłem w intencji znalezienia dobrej pracy. Doszedłem i Matka Boża mi pobłogosławiła. Na trasie pątników witają mieszkańcy wsi i miasteczek, przez które idzie lubelska pielgrzymka. Jest poczęstunek, są napoje. Zdarza się też prysznic dla ochłody. – Ludzie są dla nas bardzo życzliwi – przekonuje pani Irena. – Chcą słuchać opowieści o pątniczym szlaku, o tym, dlaczego człowiek tak naprawdę idzie na pielgrzymkę. Często tłumaczą się, jakby trochę przed nami, trochę przed samymi sobą, dlaczego oni nie pielgrzymują. A przecież nikt ich o to nie pyta, nikt im nie wyrzuca, że zamiast być w drodze, chodzą do pracy bądź wybierają inną formę urlopowania. A poza tym zawsze podkreślam, że gdyby oni pielgrzymowali, to my nie mielibyśmy gdzie spać – śmieje się kobieta.

    Prośby i dziękczynienia

    Każdy z pątników niesie do Częstochowy swój bagaż. I wcale nie chodzi o zapasowe ubrania czy karimaty. Bo te akurat wiozą przygotowane do tego specjalne samochody. Pielgrzymi niosą swoje bagaże doświadczeń życiowych, przeżyć, często zawodów i porażek. Idą, by to wszystko oddać Matce Bożej w nadziei, że przyjmie, uleczy, pocieszy. Często jest to także wielki bagaż dziękczynienia. – Nie mogę nie dziękować mojej ukochanej Matce – mówi nieco z rozrzewnieniem pan Stanisław. 74-letni mężczyzna na pielgrzymce jest 24. raz. – To Ona uratowała moje dziecko, gdy było bardzo chore. Obiecałem sobie, że dopóki będę mógł, będę dziękował Jej osobiście, idąc do Niej do Częstochowy. Na razie mogę – dodaje. Pani Dorota jest dyrektorem jednej z lubelskich podstawówek, na pielgrzymce jest po raz 3. – W zasadzie nigdy nie planowałam pójścia na pielgrzymkę, wydawało mi się, że nie dam rady, choć tak podskórnie coś mnie pchało do drogi – opowiada. – Kiedyś trafiłam zupełnie przez przypadek na spotkanie grupy pielgrzymkowej w kościele. Przygotowywali się do wyjścia. Pomyślałam, że to może przeznaczenie i… dołączyłam do nich. Wkręciłam się bardzo i teraz nie wyobrażam sobie już, że mogłabym nie pójść na pielgrzymkę. Dla mnie to wielka odskocznia od stresu dnia codziennego, od pracy. Pani Dorota do Częstochowy niesie wyjątkową intencję. – Chcę modlić się za ojczyznę – mówi lekko łamiącym się głosem. – Bardzo martwi mnie to, co dzieje się w naszym kraju – dodaje. Razem z panią Dorotą pielgrzymuje pani Jadwiga. – Poznałyśmy się rok temu na pielgrzymce i teraz idziemy razem – mówi. – Ja już po raz 9. Pamiętam, jak szłam pierwszy czy drugi raz w intencji nawrócenia moich dzieci. Nie wiedziałam jednak, że Pan Bóg działa tak, jak chce, często inaczej, niż to sobie wyobrażamy – śmieje się kobieta. – Pamiętam, jak wróciłam z tej pielgrzymki, a mój brat, który od Kościoła był bardzo daleko, zaczął mnie dopytywać, o co chodzi z tym Różańcem, z Koronką do Miłosierdzia Bożego, żebym mu wytłumaczyła, jak ma się modlić. Dziś nie ma możliwości, żeby opuścił niedzielną Mszę św. Pan Bóg zawsze wysłuchuje, czasami tylko inaczej, niż my to sobie zaplanowaliśmy – stwierdza z uśmiechem.

    Modlitwa wystarczy

    W grupie pani Doroty i Jadwigi jest, jak obie podkreślają, wyjątkowa osoba. – Pani Maria jest niesamowita – opowiadają z entuzjazmem. Pani Maria ma 85 lat. Wygląda na 20 lat mniej. – Jestem rodowitą lublinianką i regularnie od 30 lat chodzę na pielgrzymkę – mówi. – Mój mąż nie żyje już 50 lat. Mam dzieci, które sama wychowałam. One, gdy odbierają mnie po każdej pielgrzymce z autobusu, pytają, czy to może już w końcu był ten ostatni raz, a ja się śmieję, że gdy coś zjem i się wyśpię, mogę iść od nowa. Kobieta kilkakrotnie zaznacza, że nie ma żadnego specjalnego patentu na to, by w dobrym zdrowiu przez tyle lat pielgrzymować. – To wszystko zasługa Pana Boga. Jeśli ktoś chce usłyszeć coś innego, to niestety ja nie mam nic innego do powiedzenia. Jak każdy człowiek mam swoje dolegliwości, ale dzięki modlitwie one na pielgrzymce mijają jak ręką odjął. Tak, modlitwa. Ona wystarcza i potrafi zdziałać cuda. Pani Maria Panu Bogu i Matce Bożej już teraz dziękuje. – Za zdrowie, za dzieci, za wszytko – stwierdza. Dla pielgrzymów wyjątkowym momentem jest droga na Święty Krzyż. To, jak mówił Karol, prawdziwy przełom. – Jak się już wejdzie na tę górę, to później wszystko wydaje się łatwe – śmieje się. Na Święty Krzyż pielgrzymi ze wszystkich lubelskich grup wchodzą razem. Choć razem odmawiają nabożeństwo Drogi Krzyżowej, to w tym momencie każdy z nich tak naprawdę jest sam. – To zawsze jest czas dla samego siebie, czas do rozmyślań, przełamywania swoich słabości, czas rozmowy z Bogiem – mówią pielgrzymi. Po raz pierwszy pielgrzymów na Świętym Krzyżu odwiedził abp Stanisław Budzik. Podczas Eucharystii, której przewodniczył, przypomniał, nawiązując do Ewangelii, że krzyk „Panie, ratuj mnie” to nie tylko słowa Piotra, ale każdego z nas w chwilach słabości. – Jezus nie pozwoli nam zginąć w odmętach tego świata. Przemienia nasze trudności, sprawiając, że gdy chwytamy Jego dłoń, On daje nam siłę – podkreślał arcybiskup. Po 12 dniach marszu w miarę zbliżania się do Częstochowy zmęczenie pątników jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mija. Niektórzy z lekkim żalem zaczynają mówić, że nieuchronnie zbliża się koniec wspólnej drogi. Bo czas pielgrzymki to wyjątkowe chwile. Nie tylko wielki wysiłek i wyrzeczenie, ale też przeogromna, jak mówią pątnicy, radość. Radość bycia we wspólnocie i odkrywania Boga i siebie na nowo.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół