• facebook
  • rss
  • Porażeni miłosierdziem

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 40/2017

    dodane 05.10.2017 00:00

    W małżeństwie Bożenki i Zbyszka źle się działo. Do tego oboje nie mieli pracy i coraz trudniej było się dogadać. Po ludzku wydawało się, że są bez szans. Wtedy doświadczyli, jak Pan Bóg pochyla się nad takimi słabymi ludźmi.

    Miałem 40 lat, aniołem nigdy nie byłem, do tego lubiłem sobie wypić. Lata 90. przyniosły nam bezrobocie. Oboje z żoną byliśmy bez pracy. W domu bieda, dzieciaki rosną, my bezradni i ciągle skłóceni, obrażeni na siebie. W domu atmosfera napięta do granic możliwości, nic tylko płakać – zaczyna swoją opowieść Zbyszek Flor. Wtedy dowiedział się, że Urząd Pracy organizuje jakieś kursy komputerowe dla kobiet, więc namówił żonę, by się zgłosiła.

    Bożenka była chętna, tylko chciała, zanim na kurs pójdzie, coś o tych komputerach się dowiedzieć, żeby nie była taka całkiem zielona. – Wtedy mało kto miał w domu komputer. W naszym bloku był jeden u sąsiada z góry, mojego kolegi, z którym kiedyś razem piliśmy. Poszedłem więc do niego i poprosiłem, żeby Bożenkę trochę podszkolił. Zgodził się. Po kilku lekcjach z sąsiadem okazało się, że moja żona na tym kursie dobrze sobie radzi. Pomyślałem wtedy, że trzeba mu podziękować. Kupiłem flaszkę i poszedłem na dół, licząc na to, że razem flaszkę wypijemy, wszak dawniej tak bywało. Tymczasem sąsiad wziął ode mnie butelkę i wylał ją do zlewu. Powiedział mi wtedy, że od kilku lat już nie pije i podpisał Krucjatę Wyzwolenia Człowieka, która zobowiązuje do abstynencji. Mnie zamurowało. Usłyszałem wtedy, że jak chcę mu podziękować, to mam zaprosić do domu misjonarzy o. Pio, którzy w naszej parafii głosili rekolekcje. Powiedziałem, że jak Bożenka się zgodzi, to mogę zaprosić. Sąsiad, nie czekając, poszedł do mojej żony i ona się zgodziła. Nie było innego wyjścia, musieliśmy z misjonarzami się spotkać – mówi Zbyszek.

    Pan Bóg przysłał swoich ludzi

    Kiedy zadzwonił dzwonek, za drzwiami stało dwoje ludzi. Zasuszony staruszek i starsza kobieta. Biła od nich prostota i charyzma. – Nie miałem pojęcia, że tak wyglądają misjonarze, ale zaprosiliśmy ich do domu. Weszli, usiedli na kanapie, a my z żoną staliśmy na środku pokoju, nie wiedząc jak się zachować. Wtedy staruszek bez owijania w bawełnę powiedział: „Słyszałem, że u was źle się dzieje. Gniewacie się na siebie?”, „Tak”, odpowiedzieliśmy, on na to, „a czy choć trochę kochacie się jeszcze?”, wtedy oboje odpowiedzieliśmy, że tak, choć o miłości to my nie rozmawialiśmy od niepamiętnych czasów. „To pogódźcie się” – powiedział, a my bez chwili wahania przebaczyliśmy sobie. Czuliśmy wtedy, jakby ciężar spadł z naszych ramion, a ja, kompletnie zaskoczony, pomyślałem, że nie wiedziałem, że z Bogiem to takie proste – mówi Zbyszek. W ich parafii przy ul. Bursztynowej w Lublinie zaczynały się wtedy dwutygodniowe rekolekcje prowadzone przez ekipę misjonarzy o. Pio z Włoch. Postanowili wziąć w nich udział. – Ja, który z parafią od dawna nie miałem nic wspólnego, chodziłem dzień w dzień przez dwa tygodnie do kościoła i spędzałem tam długie godziny. Jaki miało to na nas wpływ, zdaliśmy sobie sprawę, gdy któregoś dnia wróciliśmy z kościoła, a na stole czekała na nas kolacja przygotowana przez nasze nastoletnie dzieci. Nigdy im się to nie zdarzało. Od tamtej pory, do końca rekolekcji, po powrocie do domu dzieci czekały z kolacją. Atmosfera w naszej rodzinie zaczęła się zmieniać – mówią małżonkowie. – Na tych rekolekcjach prowadzący ksiądz powiedział, że jak ktoś ma ochotę potowarzyszyć mu w kontemplacji, to o 6 rano zaprasza do kościoła. Nie miałem pojęcia, co to jest ta kontemplacja, ale byłem ciekawy wszystkiego, odkąd zacząłem żyć z Panem Bogiem. Za pięć szósta poszedłem do kościoła z kolegą. Siedliśmy w ławce i czekamy. O szóstej przyszedł zakonnik, nastawił sobie na pół godziny budzik do gotowania jajek, usiadł w pierwszej ławce i siedzi. My nie wiemy, co mamy robić, kręcimy się, by dać mu znać, że czekamy na tę kontemplację, a on nic. Siedzi i patrzy na ołtarz. No to my też siedzimy i jest nam jakoś tak dobrze w sercu – opowiada Zbyszek.

    Spowiedź życia

    Na zakończenie rekolekcji była możliwość odbycia spowiedzi z całego życia. – Ustawiłem się w kolejce. Czekałem i dziwiłem się, że tak długo ludzie się spowiadają. Myślałem ile czasu można mówić swoje grzechy. W końcu przyszła kolej na mnie. Wchodzę, a tam w pokoju zamiast konfesjonału stół z dwoma krzesłami, chusteczki i młody zakonnik. Przeraziłem się. Ksiądz spojrzał na mnie i powiedział: „Bracie, mając 16 lat, zacząłem robić meble, kasa płynęła strumieniami. Samochody, dyskoteki i dziewczyny były moje. Pieniądze dawały duże możliwości i doświadczenia. Potem przyszło wojsko, w którym też różne straszne rzeczy się działy, a potem znalazł mnie Pan Bóg. Widzisz więc, że jestem przygotowany na to, co mi powiesz”. Jak on mi tak szczerze, to ja mu też o sobie prawie godzinę mówiłem. Dobrze, że były te chusteczki, bo płakaliśmy obaj jak bobry. To było tak głębokie doświadczenie Bożego Miłosierdzia, że zwaliło mnie z nóg. Chciałem jeszcze więcej takiego pokoju, jaki spłynął na mnie – mówi Zbyszek.

    Młody zjada wszystko

    Małżeńskie relacje zaczynały się poprawiać, choć trzeba było czasu, by nauczyć się być ze sobą inaczej niż dotychczas. Gorzej było z relacjami z dziećmi. – Z pracą wciąż było słabo. Udało mi się na wakacje załatwić sobie pracę w Szwajcarii. Pewien Polak miał tam swego brata, który potrzebował sezonowych robotników. Zapytałem go, czy mogę przyjechać z synem, który będzie mi pomagał, a przy okazji spędzimy razem trochę czasu. Zgodził się. Pożyczyłem w Polsce 20 franków, kupiliśmy bilety na autobus do Genewy, Bożenka zrobiła nam prowiant na drogę i jedziemy. Mój 15-letni wtedy syn do Wrocławia zdążył zjeść wszystko, co żona zrobiła dla nas dwóch na całą drogę. Autobus staje na postój, a mój syn mówi: „tata, głodny jestem”. Mnie włos zjeżył się na głowie, bo nie mam ani złotówki, jedynie te franki, które miały być na czarną godzinę, jakby w Genewie trzeba było zadzwonić. Poszedłem do kantoru we Wrocławiu, rozmieniłem franki na dwie dziesiątki, jedną wymieniłem na złotówki, dałem synowi, by poszedł do sklepu, kupił sobie, co chce, by do Genewy mu wystarczyło. Ja na głodnego siedzę w autobusie i ogarnia mnie rozpacz. Jadę z synem do obcego kraju, bez grosza, mam tylko numer telefonu faceta, u którego mamy pracować, a co będzie, jak on po nas nie wyjedzie? Płakać mi się chce, trzymam się tylko dlatego, że syn siedzi obok. Wołam w rozpaczy „Boże, ratuj, ojcze Pio, pomóż”. Nagle czuję pod żebrami takiego kuksańca, tak bolesnego, że zrywam się na nogi z fotela autobusu, patrzę przez przednią szybę i widzę, że przed nami jedzie TIR, który na tylnych drzwiach na całą wielkość naczepy ma namalowanego o. Pio. Od razu przypominają mi się czytane świadectwa ludzi, którzy modlili się do niego, że w nadzwyczajnych sprawach o. Pio daje kuksańca w bok dla opamiętania. Spływa na mnie ulga i spokój. Jedziemy do Szwajcarii spokojnie, na miejscu czeka nasz pracodawca, który daje nam nie tylko zarobić pieniądze, ale i zaprzyjaźnia się z nami. Kiedy uświadamiam sobie tę sytuację, czuję się porażony miłosierdziem – mówi Zbyszek.

    Pożycz od Ojca

    Bożenkę i Zbyszka ciągnie do Pana Boga, szukają możliwości, by umacniać swoją wiarę, więc zapisują się na rekolekcje Domowego Kościoła. – Nie mieliśmy pojęcia, co to jest, ale wiedzieliśmy, że to rekolekcje dla małżeństw, więc bardzo chcieliśmy pojechać. Nie mieliśmy wtedy, jak zwykle, pieniędzy, ale determinacja była ogromna. Poszedłem do sąsiada, by pożyczyć, on nie miał. No to poszedłem do stryja, o którym w rodzinie mówiono, że śpi na pieniądzach. Mówię: „pożycz”, on mi na to „nie dam”. Wyszedłem od niego zrozpaczony. Idę ulicą i wołam do Pana Boga, zaczynam odmawiać „Ojcze nasz” i na słowie „Ojcze” zacinam się. Przychodzi mi do głowy, by pójść do swojego ojca. Idę i mówię mu, że chcemy z Bożenką pojechać na rekolekcje, ale nie mamy kasy. Na to mój tato wyciąga pieniądze, daje mi i mówi, że na rekolekcje zawsze pieniądze się znajdą. Jak mam więc nie chwalić Bożego Miłosierdzia – mówi z przekonaniem Zbyszek. Mając takie doświadczenie działania Bożej łaski, zgłosili się do swojego proboszcza w parafii Matki Bożej Różańcowej z propozycją, by założyć parafialne biuro pośrednictwa pracy, które będzie pośrednikiem wymiany dóbr. – Wielka bieda panowała wtedy w wielu rodzinach na naszym osiedlu. Ludzie nie mieli zatrudnienia ale mieli chęci. Pomyśleliśmy, że można by skontaktować tych, którzy potrzebują drobnych usług, żeby umyć okna, skopać działkę, pójść na spacer ze starszą osobą, z tymi, którzy szukają pracy i za jakąś opłatą mogliby wykonywać takie prace – mówią małżonkowie. Na podstawie doświadczeń i obserwacji działalności parafialnego biura podobne działania przenieśli do Domowego Kościoła Ruchu Światło–Życie, w który się zaangażowali. Tak powstała Diakonia Miłosierdzia Ruchu Światło–Życie, która z Lublina rozprzestrzeniła się w inne rejony Polski. Jak bardzo Boże miłosierdzie może zmienić oblicze nie tylko rodzin, ale całych miast, wiedzą ci, którzy od kilku lat wychodzą na ulice, by Koronką do Bożego Miłosierdzia modlić się na skrzyżowaniach, polecając Bogu wszystkich mieszkańców i sprawy swoich miejscowości. Ludzie się modlą, a Pan Bóg działa.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół