Nowy numer 20/2018 Archiwum

Czas dziękczynienia

– Niech pan szykuje trumnę – powiedział lekarz ojcu Franciszka Przytuły, gdy ten jako mały chłopiec chorował na zapalenie opon mózgowych. To, że dziecko wyzdrowiało i rozwijało się dobrze, w rodzinie uważano za cud.

W Rudzie Solskiej, małej wsi oddalonej o ponad 10 km od Biłgoraja, wszyscy pracowali na roli. Uprawiali zboże, ziemniaki i tytoń. W niedzielę chodzili lub jeździli rowerami do kościoła św. Marii Magdaleny w Biłgoraju, by uczestniczyć we Mszy św. Obok tej świątyni stoi dawny kościół pofranciszkański, który natchnął małego, 7-letniego Franka Przytułę do pierwszej myśli o kapłaństwie. – Gdy poszedłem do mojego proboszcza i zwierzyłem się, że chciałbym wstąpić do franciszkanów w Niepokalanowie, ksiądz popatrzył na mnie dobrotliwie i powiedział, że na takie decyzje mam jeszcze czas i porozmawiamy, jak skończę szkołę. Posłuchałem i życie płynęło normalnym rytmem, jak to na wsi. Praca na gospodarstwie i szkoła – opowiada ks. Franciszek. Kiedy skończyła się podstawówka, wraz z kolegą, jako jedyni we wsi, postanowili iść do liceum w Biłgoraju. – To było ponad 10 km od naszej wsi i codziennie pokonywaliśmy tę trasę rowerami. Dni wypełniała nauka i – jeśli był czas – pomoc rodzicom. Wszyscy w domu byli wyrozumiali i ani brat, ani siostry nie narzekali na to, że się uczę. Ja wtedy myślałem o studiowaniu medycyny. W naszej rodzinie zawód lekarza był bardzo szanowany i rodzice sugerowali mi trochę, bym uczył się w tym kierunku, tym bardziej że doświadczyli na własnej skórze, jak bardzo medycyna jest potrzebna – wspomina kapłan.

Seminarium zamiast medycyny

Marzenia o medycynie pogrzebał nauczyciel od biologii, który na świadectwie maturalnym jako jedyny postawił mu dostateczny. – To był dla mnie znak, że chyba jestem zbyt słaby z biologii, by studiować medycynę. Wówczas jeden z kolegów, który miał brata księdza, zapytał mnie, czy nie poszedłbym z nim do seminarium. I wtedy powróciło dziecięce marzenie o zostaniu zakonnikiem. Zgodziłem się. Zwłaszcza że od jakiegoś czasu korespondowałem z księżmi sercanami, dopytując się, jak wygląda u nich formacja. Za radą kolegi wybrałem jednak seminarium diecezjalne. Poszliśmy obaj, choć pierwsze dwa lata były trudne. Studia filozoficzne miały swój specyficzny język, który trzeba było sobie przyswoić. Potem szło już lepiej, a czasem bardzo dobrze, choć pytanie, czy to moje miejsce, było we mnie jakiś czas – wspomina ks. Franciszek. Kryzys seminaryjnej formacji przyszedł wraz z egzaminem z historii Kościoła, którego nie zdał wraz z wieloma kolegami z roku. Profesor, który przedmiot ten wykładał i z niego egzaminował, słynął ze swej surowości i szorstkości. – Przyznam, że byłem wtedy rozgoryczony i zniechęcony. Egzamin poprawkowy odbywał się we wrześniu. Tak po dziecinnemu poszedłem wtedy do kościoła seminaryjnego i postawiłem Panu Bogu ultimatum: jeśli to moje miejsce i mam być księdzem, to zdam ten egzamin, a jeśli nie, rezygnuję z seminarium. Pamiętam, że na poprawkę miałem wejść jako 17. z 20 na liście. Wszyscy przede mną wychodzili z dwójami. Przyszła kolej na mnie i dostałem trzy z minusem, a profesor powiedział, że po mnie już nikogo nie zapyta. To był dla mnie taki wyraźny znak od Pana Boga, że kapłaństwo jest moją drogą. Już nie miałem wątpliwości – wspomina ks. Franciszek.

Wikary od katechezy idzie na studia

Po święceniach kapłańskich w 1971 roku został skierowany najpierw do pracy w parafii Chodel, a potem do Tomaszowa Lubelskiego, gdzie uczył katechezy. Najpierw w szkole podstawowej, a potem w szkołach średnich. Po 6 latach kapłaństwa niespodziewanie zaproponowano mu pójście na studia. – Biskup powiedział, że mogę wybrać sobie dowolny kierunek. Skłaniałem się ku katechetyce, bo doświadczenia nauki religii mnie do tego przekonywały. Podzieliłem się swoim wyborem z ówczesnym biskupem pomocniczym, bp. Kamińskim, a on powiedział, że w katechezie jestem już dobry i takie studia nie są mi potrzebne. Radził mi wybrać studia prawa kanonicznego. Posłuchałem tej rady i zacząłem studia prawnicze. Jednocześnie zaangażowano mnie do różnych prac w kurii biskupiej. Moim zadaniem było przygotowywanie tworzenia zespołów charytatywnych w parafiach. Był to też czas, gdy zbliżała się koronacja figury Matki Bożej Kębelskiej, wielkie wydarzenie w naszej diecezji. Poproszono mnie, bym był odpowiedzialny za procesję z darami. Wtedy to była pewna nowość w liturgii Kościoła. Miałem zebrać ludzi z różnych dekanatów, którzy pójdą w tej procesji, i ustalić, jakie dary mogą zanieść Matce Bożej. To było wyzwanie, bo trzeba było zarówno księżom, jak i wiernym tłumaczyć, czym jest ta procesja i jak ma wyglądać. Takie były moje pierwsze kroki w kurii w 1977 i 1978 roku – opowiada ks. Franciszek.

Młody kanclerz

W 1980 roku skończył studiować prawo i został notariuszem w kurii biskupiej, a jednocześnie robił doktorat. – Znałem teorię prawa kanonicznego, ale w kurii uczyłem się od starszych pracowników praktyki. Po 4 latach, gdy obroniłem doktorat, bp Bolesław Pylak mianował mnie kanclerzem. Byłem dosyć młody jak na taką funkcję, ale biskupowi to nie przeszkadzało. Zostając kanclerzem, zostałem też wikariuszem generalnym archidiecezji lubelskiej. Zwykle tę funkcję pełnią biskupi pomocniczy, ale w diecezji był zwyczaj, że pełnił ją również kanclerz – mówi ks. Franciszek. Tak zaczął się bardzo intensywny czas pracy. Biskup Bolesław Pylak nie miał osobistego sekretarza i wiele zadań spełniał kanclerz, który był odpowiedzialny za całą kancelarię. Wszystko, co zlecał biskup, kanclerz z pracownikami kancelarii wykonywał. – Obdarzył mnie ogromnym zaufaniem. Nie prowadził kalendarza spotkań, nie wyjeżdżał też często poza diecezję, więc o każdej porze można było przyjść do niego z jakąś sprawą. Księża też często przychodzili do mnie jako kanclerza, nie chcąc w jakieś pomniejsze sprawy od razu angażować biskupa. Można powiedzieć, że byłem pierwszą instancją w drodze do niego – mówi ks. Przytuła. Dla kanclerza to był też czas intensywnych wysiłków związanych ze zdobywaniem różnych pozwoleń urzędowych. – Czasy komunizmu wymagały od Kościoła nieustannego zabiegania o różne sprawy. Wiadomo, że nie można było budować kościołów, ale obchodziliśmy to w ten sposób, że występowaliśmy do władz o zgodę na budowę punktu katechetycznego. Gdy ją otrzymywaliśmy, wierni budowali budynek tak, by łatwo można go było przerobić na kaplicę lub kościół. Gdzie się nie dało uzyskać zgody, ludzie stawiali budynek nielegalnie. Często brałem udział w legalizacji budowy jako delegat biskupa – opowiada o swojej pracy były kanclerz.

Przepraszam i dziękuję

Wielkim wyzwaniem w jego pracy było także przygotowanie papieskiej wizyty w Lublinie w 1987 roku. – Pełniłem wtedy dyżur w kurii, bo wszyscy biskupi towarzyszyli wówczas papieżowi, a nie było wiadomo, czy w ostatniej chwili nie trzeba będzie czegoś załatwić, napisać jakiegoś pisma. To spoczęło na mnie, ale na Mszę św. z papieżem na Czubach zdążyłem – cieszy się ks. Franciszek. Kolejne wyzwanie przyszło w 1992 roku, kiedy w Polsce nastąpił nowy podział diecezji. Diecezja lubelska została pomniejszona o 10 dekanatów. Wiele obowiązków prawno-administracyjnych spoczęło na kanclerzu. Ksiądz Franciszek, pracując w kurii, był jednocześnie najpierw rektorem kościoła Ducha Świętego, a potem administratorem katedry i rektorem kościoła powizytkowskiego. W tym ostatnim pracował ponad 20 lat, prowadząc rozbudowę rektoratu dla księży i podejmując się różnych remontów. – W 2009 roku, kiedy otworzyły się możliwości zdobycia funduszy unijnych na generalny remont wnętrza, uznałem, że nie dam rady, i poprosiłem o wyznaczenie kogoś innego. Cieszę się jednak z lat spędzonych w tym kościele, z ludzi, z którymi mogłem współpracować i którym mogłem służyć jako duszpasterz – podkreśla ks. Franciszek. – Patrząc na ogrom pracy i obowiązków, jakie przyszło przez lata wypełniać ks. Franciszkowi, nie można nie wyrazić uznania i wdzięczności. Czas przejścia na emeryturę to okazja do wyrażenia wielkiej wdzięczności i jemu, i Panu Bogu za to, że dał naszej diecezji takiego kapłana – mówił abp Stanisław Budzik w dniu przejścia na emeryturę ks. Franciszka. On sam nie żegna się z pracą w kurii. Pozostaje dalej w Zespole ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży Archidiecezji Lubelskiej. – Starałem się zawsze wypełniać sumiennie moje obowiązki. Czasem brałem ich na siebie za dużo, ale nie potrafiłem odmawiać. Jeśli kogoś uraziłem, przepraszam, i za wszystko dziękuję – mówi ks. Franciszek.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma