Od sobotniego poranka 1 sierpnia są już w drodze. Grupa chełmska jako pierwsza ze wszystkich grup Lubelskiej Pielgrzymi Pieszej wyruszyła do Częstochowy. Ci, którzy idą wiedzą dlaczego to robią.
Temperatura przekracza 35 stopni, żar z nieba może wydawać się nie do wytrzymania, ale nie dla nich - pielgrzymi znoszą niedogodności zupełnie inaczej niż zwykli śmiertelnicy.
- Idę na pielgrzymkę po raz 4. Drugi raz z mojego rodzinnego Chełma, wcześniej z Lublina. Moje doświadczenie jest takie, że wraz z wyruszeniem w drogę do Matki człowiek otrzymuje szczególne moce, by wszystko co go w drodze spotka przekuć na modlitwę. Pewnie gdybym została w domu i spoglądała na termometr wskazujący powyżej 30 stopni, nie miałabym siły żeby cokolwiek zrobić, a tutaj krok za krokiem, z modlitwą na ustach i w sercu wszystko jest do wytrzymania. Wiem po co idę, niosę Matce Bożej ważną dla mnie intencję i nie spodziewam się, że będzie łatwo, ale przecież w wierze nie chodzi o to żeby było lekko, ale żeby było głęboko i prawdziwie. Im trudniej na zewnątrz, tym lepiej w moim sercu - mówi pani Anna, która wyruszyła z Chełma.
Każdy niesie jakąś intencję. Jedni idą z prośbami, ofiarując swoje problemy Maryi i przez jej wstawiennictwo Jezusowi, inni idą by podziękować. Tak jest w przypadku pana Zbyszka.
- Rok temu w jakiejś swojej desperacji w bezskutecznym poszukiwaniu pracy, postanowiłem pójść na pielgrzymkę. Nie wynikało to wcale z mojej wiary, ale z próby zapełnienia sobie jakoś czasu. Gdy człowiek dłuższy czas nie ma pracy, nie tylko czuje się bezwartościowy, ale traci motywację, by rano wstawać. Wszelkie poszukiwania kończyły się zapewnieniem, że ktoś się odezwie, ale telefon milczał. Wówczas mój sąsiad zaproponował mi, że skoro mam czas, to może poszedłbym z nim na pielgrzymkę. Najpierw pomyślałem, że to nie dla mnie, ale potem przyszła myśl, że przynajmniej będę miał po co wstawać. Tak wyruszyliśmy w drogę. Ze smutnego człowieka z każdym dniem zacząłem robić się radośniejszy. Kiedy odmawialiśmy każdego dnia różaniec, przychodził taki pokój w sercu, jakiego od dawna nie miałem. Tak samo było rano podczas modlitwy "Godzinkami". Czułem, że w mojej trudnej sytuacji nie jestem sam, że towarzyszy mi Maryja, która mnie pociesza. Poznawałem ludzi, chętnie pomagałem innym. Ostatniego dnia, jeden z pielgrzymkowych braci, zapytał mnie, czy nie chciałbym u niego w firmie pracować, że szuka kogoś kto organizacyjnie ogarnie różne rzeczy. Rozpłakałem się. On nie wiedział, że szukam pracy, wiedziała tylko Matka Boża. W tym roku idę by podziękować - mówi pan Zbyszek.
Na pielgrzymkowy szlak wyruszyli i młodzi i starsi. Wiek nie ma tu znaczenia - wszyscy stają się braćmi i siostrami. Na razie przyglądają się sobie nieśmiało, ale każdy kilometr, każdy kolejny dzień będzie ich zbliżał do siebie, aż tego ostatniego 14. dnia, kiedy ujrzą jasnogórski szczyt - będą sobie tak bliscy jakby znali się wiele lat. Pielgrzymka przemienia ludzi i buduje wspólnotę, otwiera na drugiego człowieka i na Boży plan.